Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Ludzie grozy

« powrót
Kazimierz Kyrcz Jr (wywiad)

Kazimierz Kyrcz Jr. urodzony w 1970 roku polski pisarz szeroko pojętej fantastyki i horroru. Grozą – jak sam przyznaje – interesował się od najmłodszych lat, czytając rosyjskie powieści science fiction. Dzięki temu nauczył się języka i ukończył filologię rosyjską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikuje w najlepszych polskich pismach: „Magazyn Fantastyczny”, „TDH”, „Ubik”, „Fantazyn”, „Lśnienie”, „Alfred Hitchcock poleca”, „Przekroju”, a także w Internecie oraz fanzinach. W 2004r. ukazał się jego debiutancki zbiór opowiadań napisanych w duecie z Dawidem Kainem, zatytułowany „Piknik w piekle” (parafraza „Sezonu w piekle” Arthura Rimbauda), natomiast 2 lata później światło dzienne ujrzała kontynuacja pt. „Horrorarium”. Dużym sukcesem okazało się opowiadanie „Głowa do kochania” napisane wspólnie z Łukaszem Śmiglem, które tytułem nawiązuje do głośnego filmu Davida Lyncha „Głowa do wycierania”. Na jego podstawie Amerykanin Van Kassabian nakręcił krótkometrażówkę „Head to love” wyświetlaną na kilku prestiżowych festiwalach, w tym na polskiej edycji Horror Festiwalu (2009). Kazimierz publikował także z  Łukaszem Radeckim oraz aktualnie z Robertem Cichowlasem. Jego ulubieni pisarze, którzy jak sam mówi często inspirują go do pisania to: Kathe Koja, Lucius Shepard i Jonathan Lethem. Kyrcz to także prawdziwy meloman. Nie dość, że jest fanem legendarnej formacji The Cure, to jeszcze komponuje oraz pisze teksty zespołowi rockowemu Lusthaus w którym jest basistą. Organizator kilkunastu koncertów z cyklu „Mroczne Strony Rocka”. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Rozmawiał Miłosz „J.M” Górniak:

Należysz do czołowych twórców literatury grozy w Polsce. Jak ci się to udało? Powiedz, skąd czerpiesz inspiracje?

Tak naprawdę natchnienie usiłuję czerpać ze wszystkiego, nie ograniczając się do jednego, określonego obszaru ludzkiej egzystencji. Kiedyś uważałem, że najlepiej korzystać z tego, co się przeżyło i na bazie związanych z tym uczuć tworzyć teksty. Teraz wiem, że coś takiego graniczy z niemożnością, bo trzeba byłoby zgromadzić ogromną kolekcję doznań. Chyba że ktoś ma tak bogate życie jak Stephen King, który podobno w młodości wykonywał wiele prac, by później z tych doświadczeń czerpać natchnienie. Staram się więc przede wszystkim słuchać ludzi i rozmawiać z nimi. W ten sposób dochodzę do ciekawszych wniosków, niż gdybym dywagował sam ze sobą. To mnie naprawdę nakręca… Czasami inspiruję się książkami, na przykład bardzo lubię posługującą się poetyckim językiem Kathy Koję. Wejść w odpowiedni nastrój pomaga mi też muzyka, w szczególności zespół The Cure, którego teksty potrafią być przerażająco szczere.

Skoro już wspomniałeś o Stephenie Kingu – co sądzisz o fenomenie jego kariery pisarskiej?

Znam raptem kilka książek Stephena Kinga. Prawdę mówiąc, widziałem więcej ekranizacji jego prozy i sądzę, że w dużym stopniu to one przyczyniły się do popularności tego pisarza. Większość z nich, zresztą całkiem zasłużenie, okazała się sporymi hitami. Fajnie, że King nadal tworzy, szczególnie cieszę się na planowaną kontynuację „Talizmanu” i „Czarnego domu”, które napisał wspólnie z Peterem Straubem.  

Zatem który z amerykańskich pisarzy grozy jest Twoim zdaniem najbardziej wart uwagi?

Właśnie Straub, który napisał między innymi znakomitą „Julię” i „Upiorną opowieść”. W czerwcowym numerze „Nowej Fantastyki”, można przeczytać świetny wywiad z tym autorem, przeprowadzony przez Bartłomieja Paszylka. Szczerze polecam!

Podobnie jak King czy Straub, tak i Ty z kilkoma literatami wspólnie pisaliście utwory. Powiedz, na czym polega specyfika tego rodzaju twórczości?

Może posłużę się przykładem „Głowy do kochania”. Któregoś razu szlajałem się po Nowej Hucie i zobaczyłem na ścianie tamtejszej prokuratury graffiti przedstawiające twarz kobiety. To był tak udany malunek, że przez dłuższą chwilę nie mogłem oderwać od niego wzroku. Niejako automatycznie postawiłem się w sytuacji mężczyzny, który zakochał się w wizerunku nieznanej kobiety i zacząłem się zastanawiać, jaki wpływ miałoby to na jego postępowanie. Następnie, po tym jak dotarłem do połowy tekstu, wysłałem go Łukaszowi Śmiglowi. Tak się złożyło, że Łukasz był chory i miał sporo wolnego czasu. Nieco przekształcił moje opowiadanie, wykorzystując do tego zawarty w nim motyw ślepoty i dodając co nieco od siebie... Kiedy natomiast piszę z Robertem Cichowlasem, siadamy przy komputerach czy telefonie i omawiamy początkowy pomysł, kreujemy najważniejszych bohaterów… Wymyślamy im imiona, nazwiska, ustalamy, czym się zajmują, jakie mają problemy, tworzymy całą ich historię, więc kiedy już zaczniemy przelewać nasze pomysły na papier, mamy przed oczyma te postaci, dzięki temu są one bardziej wiarygodne. Jednocześnie tworzymy szkielet fabuły, rozpisując plan powieści na rozdziały czy nawet poszczególne sceny. Czasami pierwotny zamysł zmienia się w trakcie, jak było np. w przypadku „Siedliska”, którego pierwotne zakończenie całkowicie zmieniliśmy. Tym niemniej plan to podstawa, szczególnie przy dłuższych formach nie da się go uniknąć. Zdarza nam się, że mamy z Robertem różne pomysły na rozwiniecie fabuły, jednak na ogół obywa się bez kłótni czy ciosów karate. Po prostu gramy w otwarte karty, bez obrażania się czy dąsów. W końcu obu nam zależy na tym, by efekt finalny naszej dłubaniny był jak najlepszy. Robert jest ode mnie młodszy, mamy różne doświadczenia życiowe, a co za tym idzie na pewne sprawy zapatrujemy się inaczej, co zresztą ma swoje plusy. Sądzę, że przez to nasze historie są bogatsze. Zwykle, kiedy piszę jakiś wątek, a Robert go kontynuuje, jednocześnie sprawdza i koryguje to, co napisałem, a ja potem sprawdzam to, co on napisał. I tak aż do skutku. To jest fajne, bo od razu załatwiamy wstępną redakcję. Daje to znacznie lepszy efekt, niż gdyby przyszedł ktoś z zewnątrz i nie lubiąc grozy, korygował nasze teksty, tylko dlatego, że dostał takie zlecenie.

Napisane wraz z Łukaszem Śmiglem opowiadanie „Głowa do kochania”, o którym już zresztą wspomniałeś, zostało zekranizowane przez Vana Kassabiana, a następnie pokazane podczas III edycji Horror Festiwalu.

Nie tylko tam; „Head to Love” pokazywany był także na festiwalu Dances with Films w Hollywood – niestety film nie wygrał, chociaż z tego co wiem część jurorów była skłonna przyznać mu pierwsze miejsce. Nic zresztą dziwnego, to naprawdę kawał dobrego kina.

Mógłbyś opowiedzieć, jak doszło do tej współpracy, a przy okazji zdradzić kilka ciekawostek z przygotowań do realizacji filmu?

Dostałem mejla, który zaczynał się od „Przepraszam, słabo mówić po polsku”, a reszta leciała już po angielsku. Początkowo myślałem, że ktoś sobie robi jaja. Dobrze, że w ogóle filtr antyspamowy mi tego nie wyrzucił! Van Kassabian to gość, który od dłuższego czasu siedzi w filmach, przy czym wcześniej był operatorem, montażystą, scenarzystą, tak więc ma spore doświadczenie w branży. Tak się szczęśliwie złożyło, że od dawna szukał materiału na film, który mógłby wyreżyserować. Jego dziewczyna, Ania, jest Polką, no i tak się złożyło, że trafiła na nasze opowiadanie… Przetłumaczyła je specjalnie dla Vana, a on uznał, że to świetna historia i zaczął na jej podstawie tworzyć scenariusz. Van bardzo się wczuł w historię Mino, dzięki czemu udało mu się tak ją rozbudować, że spokojnie mogłaby posłużyć jako kanwa do filmu pełnometrażowego… Wkrótce Van przyjechał do Polski, by spotkać się ze mną i omówić szczegóły. Kiedy z nim rozmawiałem, od razu zorientowałem się, że facet ma wizję przez duże „W”, jego entuzjazm był wręcz zaraźliwy. Film został w całości nakręcony w Krakowie, gdzie mieszkam, więc chodziliśmy całą ekipą i szukaliśmy odpowiednich plenerów – w ten sposób namierzyliśmy Jerzego Rojkowskiego, który dla potrzeb „Head to Love” przygotował graffiti. Super gość, nawiasem mówiąc. Bardzo utalentowany… Wszystko zaczynało zatem powoli nabierać kształtów, choć nie było łatwo. Zgromadzenie budżetu, ściągnięcie anglojęzycznych aktorów, znalezienie człowieka od efektów specjalnych, wszystko to zajęło Vanowi prawie rok.

A czy na planie miały miejsce jakieś śmieszne wydarzenia, zdarzały się jakieś wpadki?

Van to uosobienie spokoju, jednak posiadał ograniczone ilości taśmy filmowej, więc nie wchodziło w grę kręcenie każdej sceny w nieskończoność. Kiedy już za którymś razem z kolei coś nie wyszło, naprawdę się wkurzył, zaklął, rzucił też chyba kubkiem z herbatą. Wyszło to dość zabawnie, bo cała ekipa na moment zastygła w przerażeniu. Raz w środku nocy wywaliło prąd, no i zaczęły się gorączkowe poszukiwania jakiegoś sprawnego generatora… Horror po prostu. W pierwszym dniu zdjęć Maciek Skuratowicz, grający zresztą ostro bujającego w obłokach kolesia, miał iść wzdłuż budynku szkoły i dalej, aż do momentu, kiedy dostanie sygnał, że ma się zatrzymać. Po minucie czy dwóch skończono nagrywanie, Van wdał się w dyskusję z operatorem i generalnie wszyscy zapomnieli o Maćku, który szedł i szedł… chyba z kilometr. Innym razem, Van usadził mnie na ławce razem ze swoją dziewczyną Anią i kazał nam śmiać się i udawać maksymalnie wyluzowanych. Niby nic trudnego, ale nie wtedy, gdy trzeba się szczerzyć przez kwadrans. Spytałem więc Anię czy widziała psią kupę, którą charakteryzatorki pomalowały sprejami na wszystkie barwy tęczy. To nas rozśmieszyło, ale po chwili, powtarzając tę samą kwestię, poczułem się lekko absurdalnie.

Czyli, jak rozumiem, produkcja filmu potrafi być stresująca.

Owszem. Szczególnie, że całe przedsięwzięcie w znacznym stopniu opierało się na wierze w to, że się uda. Nawet Van do końca nie wiedział, czy wszystko się nagrało tak jak należy, ponieważ taśmy można było wywołać dopiero po zakończeniu zdjęć. Stres na maksa. Ostatnie dni były kręcone w domu, którego wnętrza wykorzystano m.in. w „Katyniu”. Wyobraźcie sobie, że ekipa filmowa latała z kąta w kąt, a lokatorzy czaili się zamknięci w pokoju obok jak jakaś rodzina krwiożerczych mutantów… Pełen odlot!

Może będzie to nieco sztampowe pytanie, ale jeśli już rozmawiamy o filmach, to powiedz, jaki jest Twój ulubiony horror?

Niestety, mam tak mało czasu, że oglądam niewiele filmów. Moim ulubionym jest „Kruk”, na który trafiłem, gdy dowiedziałem się, że na jego ścieżce dźwiękowej znalazł się „Burn” The Cure. Ale kiedy go już obejrzałem, zakochałem się w nim kompletnie. Motyw zemsty, nieszczęśliwej miłości, destrukcyjne klimaty to coś bardzo nośnego, coś, co do mnie przemawia. Nie należy też zapominać, że na planie zdjęciowym zginął Brandon Lee, co nadaje obrazowi swoistej symboliki.

W ostatnim czasie pojawiło się w Polsce kilka nazwisk kojarzonych z horrorem. Jakie widzisz perspektywy dla rozwoju literatury i kina grozy w naszym kraju?

Jestem optymistą. Gdyby znalazł się u nas ktoś pokroju Vana Kassabiana – ktoś, kto ma świeżą wizję, kto zaangażowałby do tego zdolnych, niekoniecznie opatrzonych aktorów – to można by nakręcić i u nas dobry film, niekoniecznie za jakieś totalnie wielkie pieniądze. Chciałbym, żeby te pobożne życzenia wkrótce stały się rzeczywistością… A co do literatury, cóż… Nie brakuje u nas dobrze zapowiadających się młodych autorów, którzy wydali opublikowali po kilka ciekawych opowiadań, po czym zniknęli, jakby zapadli się pod ziemię. Nie wiem, z czego to wynika – czy chodzi o to, że już spełnili swe aspiracje, czy wypalili się, czy po prostu nie mają siły przebicia? Właśnie głównie z myślą o młodych literatach wymyśliłem „Antologię polskich opowiadań grozy”, którą przyjęło pod swe skrzydła wydawnictwo City. Pierwszy tom ukazał się w końcówce ubiegłego roku, drugi jest już przygotowany…

Może mógłbyś więc udzielić kilku porad początkującym pisarzom?

Jeśli chcesz być pisarzem, to nie wolno się zniechęcać. Ja piszę od dziesięciu lat i miałem setki powodów, żeby z tym zerwać i odpalać komputer tylko po to, by sprawdzać pocztę, a zeszyt z notatkami wyrzucić na śmietnik. Żeby coś osiągnąć, trzeba wytrwałości. Jeśli jej się nie ma, lepiej w ogóle nie zaczynać.

Co sądzisz o idei tarnowskiego Fan Festu?

Podoba mi się atmosfera, jaka tu panuje. Ludzie są otwarci, a zawsze fajnie jest spotkać i poznać kogoś nowego – to chyba najważniejsze. Fan Fest ma ciekawy program, każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Z chęcią przyjadę na kolejna edycję tej imprezy.

Jakie są Twoje plany na przyszłość? Kolejna książka z Robertem Cichowlasem?

Tak. Tyle, że nie książka a książki… Pierwszą z nich będzie powieść „Efemeryda”. Z marketingowego punktu widzenia historia jest potencjalnym hitem, ponieważ opowiada o… katastrofie lotniczej. Przy czym nie był to z naszej strony celowy zabieg, bo pierwszą wersję „Efemerydy” ukończyliśmy kilkanaście miesięcy temu. Zabieramy się też za naszą czwartą powieść, której akcja dla odmiany nie będzie rozgrywała się ani w Krakowie, ani w Poznaniu… Miksujemy również kolejny zbiór opowiadań, a jeden z tekstów, „Zakładnicy fikcji”, ukaże w trzecim numerze magazynu „Lśnienie”. Liczymy na to, że nasze nowe publikacje się spodobają.

Nie może być inaczej! Na zakończenie – może jeszcze kilka słów specjalnie dla portalu Horrormania.pl?

Mam nadzieję, że Horrormania nadal będzie się rozwijała, dając przy tym ludziom tyle samo frajdy z czytania i z tworzenia, co dotychczas. No i życzę Wam, abyście wkrótce byli najlepsi!

data: 11:41; 14 czerwca 2010     autor: Miłosz „J.M” Górniak