Książki
(Zmierzch)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Ilość stron: 416
Rok wydania w Polsce: 2007
Zaprawdę ciężkich dożyliśmy czasów, kiedy to pieniądz jak chyba jeszcze nigdy przedtem rządzi show-biznesem. Remaki kultowych horrorów (np. „Bal maturalny”) i adaptacje niemniej kultowych gier komputerowych dla dorosłych (chociażby „Max Payne”) tworzone są z myślą o kategorii PG-13, zaś gry łagodzi się tak, aby otrzymały kategorię T (12+ w Europie). Podobna moda zapanowała chyba również na rynku książkowym, oto bowiem pojawił się przeznaczony głównie dla nastolatek tytuł uchodzący za horror. Prawdopodobnie w ogóle nie zajmowałbym się recenzowaniem „Zmierzchu”, gdyby nie fakt, że zarówno rodzimy wydawca, jak i rzesze fanek tytułu określają go mianem horroru, niejako prowokując miłośników tego gatunku do wypowiedzenia się o perypetiach Edwarda i Isabelli. Jako reprezentant miłośników horroru postanowiłem podnieść rzuconą nam rękawicę i przyjrzeć się bliżej jednemu z największych bestsellerów ostatniego pięciolecia.
Siedemnastoletnia Isabella Swan przeprowadza się ze słonecznego Phoenix do deszczowego Forks w stanie Washington, gdzie mieszka jej ojciec. Chociaż nienawidzi miasteczka, jak sama mówi – dobrowolnie skazała się na zasłanie tamże. Wbrew swoim obawom, że znów zostanie niepopularnym dziwadłem, dość szybko znajduje kilkoro znajomych. W tym samym czasie rodzi się w niej fascynacja dziwnym rodzeństwem – pięciorgiem bladych osób, dwiema dziewczynami i trzema chłopakami, którzy stronią od jakiegokolwiek kontaktu z innymi uczniami. Isabella zadurza się w jednym z braci, Edwardzie Cullenie, ten jednak początkowo unika jej jak ognia. Z czasem nawiązują ze sobą kontakt, a niedługo później wywiązuje się między nimi dziwna więź. Zahipnotyzowana chłopakiem dziewczyna zdaje sobie sprawę, że ponad wszelką wątpliwość jest on wampirem, nie zamierza jednak z niego rezygnować.
Pierwsze uczucie, jakie nachodzi mnie po przeczytaniu „Zmierzchu”, to ogromna żałość. Żałość nad tym, że obecnie do głosu coraz częściej dochodzi niezbyt rozgarnięta młodzież i dzieciarnia, dla której powstają kolejne debilne komedie o pierdzeniu i kopulowaniu z wypiekami cukierniczymi, zaś niewarte uwagi serie typu „High School Musical” i „Hannah Montana” stają się maszynką do robienia pieniędzy, zachęcając twórców, aby produkować więcej takiego śmiecia. „Zmierzch” poniekąd wpisuje się w ten model, jednak pod pewnymi względami przewyższa wspomniane musicale i pokrewne im produkcje: książkę od biedy da się przeczytać od deski do deski, chociaż dla mnie zdecydowanie nie była to porywająca lektura. Jednym z największych minusów powieści jest warsztat pisarski autorki, oscylujący na poziomie popularnych w Internecie fan fiction. Akcja miejscami wlecze się niemiłosiernie, a wszystko to przez wszędobylskie zachwyty nad urodą Edwarda, jego umięśnieniem, umiejętnością doboru ubrań, opisów jego oczu, włosów (konia z rzędem facetowi, który potrafi sobie zwizualizować zdania typu „Dziś [jego oczy – przyp. Pottero] miały zupełnie inny kolor: dziwny odcień ochry, ciemniejszy od kajmaku, ale w podobny sposób złocisty” bądź wie, jak wygląda dekolt w serek) oraz całą masę innych zbędnych opisów. Trudno jest mi się również nadziwić temu, że książka taka jak „Zmierzch” stała się jednym z największych bestsellerów ostatnich lat, znajdując miejsce wśród tytułów naprawdę poczytnych, dobrze napisanych i skądinąd wartych uwagi. Gdzie tam omawianej powieści do pomysłowości „Kodu Leonarda da Vinci” czy „Harry’ego Pottera”, gdzie tam Meyer do umiejętności Browna, Rowling bądź Kavy w budowaniu napięcia! Chociaż przywołane powyżej tytuły zapewne nie przez każdego, kto przeczyta tę recenzję, uznawane są za wartościowe, jednemu nie można zaprzeczyć: pod względem warsztatu przebijają wymysły Meyer o kilkanaście długości, sprawiając, że „Zmierzch” wygląda przy nich jak biedny kopciuszek.
Nie ma co ukrywać, że „Zmierzch” niewiele ma wspólnego z horrorem, zaś klasyfikowanie go do tego gatunku to chyba zabieg marketingowy. Jakby tego było mało, saga Meyer bywa porównywana do „Kronik wampirów” Rice, a to, w moim mniemaniu, jest już spore nadużycie. Niemniej i w takiej sytuacji można znaleźć jakiś plus – część fanek powieści, zachęcona rekomendacją, sięga po dzieje Lestata, przynajmniej ocierając się o prawdziwą powieść grozy. Wracając jednak do horrorowatości omawianego tytułu, to ogranicza się ona w zasadzie do obecności weń wampirów. I to bynajmniej nie takich, do jakich przez lata przyzwyczajało nas kino i kolejni pisarze. Rodzina Cullenów to „udomowione” wampiry, nie pijące ludzkiej krwi, polujące zamiast tego na zwierzęta. Jakby tego było mało, pan Cullen to wampir-filantrop – cała jego „rodzina” składa się z osób, których w krwiopijców przemienił na łożu śmierci, chcąc ratować ich życia, zaś obecnie pracuje jako lekarz w miejscowym szpitalu, nadal chcąc nieść pomoc ludziom. Wampiry w „Zmierzchu” nie boją się słońca, czosnku, krzyży, wody święconej, srebra, nie sypiają w trumnach – wszystkie te motywy, do których od lat przyzwyczaja nas Hollywood, poszły w odstawkę. Krwiopijcy są tutaj niemalże nieśmiertelni, zaś Meyer dodatkowo „wyposażyła” ich w inne przypisywane im przez różnych twórców bądź różne mitologie atrybuty: są superszybcy, niezwykle silni, w ogóle się nie męczą, mają wyczulony słuch, część z nich posiada specyficzne nadprzyrodzone zdolności, jak czytanie w myślach, wpływanie na samopoczucie innych czy przewidywanie przyszłości. Spojrzenie autorki na wampiry mocno odbiega od skostniałych konwencji, przez co staje się poniekąd interesujące, chociaż na pewno nie zabraknie głosów ortodoksów, którzy stwierdzą, że zmiany są zbyt śmiałe i właściwie nic już z prawdziwych wampirów nie zostało. Choć przyznałem, że wykreowane przez Meyer wampiry są dość interesujące, ich zdolności sprawiają jednak, że autorka nazbyt często stosuje dzięki nim deus ex machina, co ujemnie wpływa na odbiór książki. Powieść ma jeszcze jeden problem, który dla wielu może okazać się nie do przeskoczenia: pierwszoplanowy wampir, Edward, jest po uszy zakochany w Isabelli, z wzajemnością zresztą, więc o ten właśnie wątek rozbija się cała książka i cała saga. Zakochany wampir to nic nowego, aby nie szukać daleko, warto wspomnieć chociażby Draculę z filmu Coppoli czy Meiera Linka z „Vampire Hunter D: Żądzy krwi”, jednakże w przypadku „Zmierzchu” i tutaj mamy pewne novum. Otóż „Zmierzch” to nic innego, jak grubaśny harlequin, infantylna do bólu opowieść o miłości, w dodatku bez werwy. W tym chyba należy doszukiwać się przyczyny tego, dlaczego wśród miłośników „Zmierzchu” niewielu jest mężczyzn, zaś większość fanów stanowią nastolatki. I skąd biorą się te wszystkie sarkastyczne komentarze pod adresem powieści. Aby wbić gwóźdź do trumny (osinowy kołek w serducho?) dodam jeszcze, że materiał Meyer jest w dużym stopniu przewidywalny – po przeczytaniu trzech czwartych pierwszego tomu wysnułem kilka domysłów co do wydarzeń z następnych części, które w sporym stopniu pokryły się ze stanem faktycznym.
Polski wydawca zachwala na okładce, że „wydawca amerykański zapowiada kolejne tomy cyklu, a wszyscy ci, którzy poznali początek tej ekscytującej historii, nie mogą się ich doczekać”. Nie czarujmy się: „Zmierzch” wciągnie prawdopodobnie tylko nastolatki i mniej wyrobionych odbiorców, większość poważniejszych czytelników albo nie dotrze do końca pierwszego tomu, albo na nim skończy swoją przygodę z tym tytułem. Trudno jest mi ostatecznie ocenić „Zmierzch” i wystawić mu sprawiedliwą ocenę – pod wieloma względami jest to brzydkie kaczątko, które zdecydowanie nigdy nie przemieni się w pięknego łabędzia. Na plus zasługuje chyba jedynie nietypowe spojrzenie na wampiry oraz fakt, że część osób bez większych problemów przebrnie przez książkę, znajdując zajęcie na parę godzin, aby – w wielu przypadkach – następnie pokręcić głową, uśmiechnąć się ironicznie i niedługo później o niej zapomnieć. „Zmierzch” jako horror zasługuje na 2, jako książka ogólnie co najwyżej na 5.5, zaś jako niezobowiązująca czytanka dla znudzonych nawet na 7. Po wyciągnięciu średniej z powyższych ocen stawiam ocenę ogólną, jednakże pamiętaj, że jeśli jesteś dziewczyną, masz znacznie większe szanse na to, że „Zmierzch” ci się spodoba. Jak stwierdziła moja osiemnastoletnia siostra: „Zmierzch” może jest fatalnie napisany, ale za to dziewczyny, dzięki swojej wrażliwości i bardziej plastycznemu umysłowi, mogą odbierać go jako kolejną zasłyszaną baśń, podobną do tych, które matki i babcie opowiadały im przed snem, kiedy były małe; mogą wyobrażać sobie siebie jako kolejną księżniczkę. Cytując siostrę: „Ta kobieta opisała w zasadzie to, co dziewczyny sobie myślą o idealnej miłości. To jest, szczerze mówiąc, najlepszy chyba podręcznik kobiecej psyche”.