Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Gry

« powrót
Doom II: Hell on Earth
Ocena: * * * * * * * * * *
Gatunek: first-person shooter
Producent: id Software
Wydawca: id Software
Premiera światowa: 1994-06-15
Premiera polska: 0000-00-00

id Software to deweloper, który złotymi zgłoskami zapisał się w historii gier komputerowych. W roku 1993 wydał na świat kultowy „Wolfenstein 3D”, uważany za praojca first-person shooterów, a niewiele później „Doom” – bodajże pierwszy prawdziwy sukces w tym gatunku, który znalazł rzeszę naśladowców, przyczyniając się do powstania terminu „gra doomopodobna”. Niecały rok później, w 1994 roku, świat ujrzał kontynuację tego przeboju, „Doom II: Hell on Earth”.

Podobnie jak w przypadku części pierwszej, fabuła jest prosta i przekazywana graczowi za pomocą plansz tekstowych pomiędzy rozdziałami. Marine, który ocalał z masakry w opanowanej przez demony stacji kosmicznej na Marsie, wraca na Ziemię z nadzieją na prowadzenie spokojnego żywota jako cywil. Jego marzenia szybko zostają zdruzgotane, bowiem okazuje się, że maszkarony dotarły i na naszą planetę, zaś on po raz kolejny będzie musiał stawić im czoła.

Powyższa fabuła na dobrą sprawę nie ma większego znaczenia. W połowie lat 90., kiedy jeszcze dobrze nie znałem języka angielskiego, w ogóle się nią nie interesowałem, bo czymże ona była w porównaniu z przyjemnością, jaką dawało strzelanie do wszelakich maszkar? Taka radość do dziś pozostaje przecież najważniejsza w niejednym shooterze, nie wyłączając tych z efektownymi przerywnikami filmowymi i ciekawymi postaciami, jak chociażby „Battlefield: Bad Company 2”.

Pod względem technicznym, „Doom II” niewiele różni się od poprzedniej części. Co prawda program doczekał się drobnych poprawek, jednakże dla współczesnych graczy, wychowanych na grach w pełni trójwymiarowych, są one niezauważalne. Więcej radości dostarcza jednak sam gameplay. Pozostawiono to, co w pierwszej części najlepsze (demony i uzbrojenie, z kultowymi BFG i piłą łańcuchową na czele), dodając do tego jeszcze więcej. Co prawda ilość poziomów zmniejszyła się z trzydziestu dwóch (lub sześciu, jeśli liczyć ukryte) do trzydziestu (dwóch, z ukrytymi), ale do dyspozycji gracza oddano nową broń (supershotgun, czyli dwururka), zaś po planszach pałęta się siedem nowych demonów. I to nie byle jakich, bowiem sześć z nich – hell knighta, revenanta, mancubusa, arachnotrona, pain elementala i arch-vile’a – do dziś najlepiej i najprzyjemniej wspominam z całej serii. Są to z reguły wielkie monstra, do walki z którymi lepiej nie stawać uzbrojonym w pistolet czy piłę, bo skończy się to tragicznie.

Dziwne może wydawać się recenzowanie drugiej części gry bez wcześniejszego zapoznania czytelnika z pierwszą. Problem polega na tym, że za „Doom” nigdy specjalnie nie przepadałem – przeszedłem go dopiero jako drugiego w kolejności, następnie zaś zapomniałem i już nigdy doń nie wróciłem. Co innego z kolei „Doom II” – tę część jeszcze w latach 90. przeszedłem na wszystkich poziomach trudności, nie wyłączając kilku tygodni rwania włosów z głowy przy koszmarnym, i lubię do niej wracać nawet obecnie. Gdy grałem w nią po raz pierwszy jako siedmio- czy ośmiolatek, stanowiła ekscytujące przeżycie, miejscami naprawdę potrafiła przyprawić o szybsze bicie serca i dreszcz na plecach, zwłaszcza gdy grało się w nią nocą. Po tych piętnastu latach pierwotna ekscytacja gdzieś się ulotniła, ale mimo wszystko lubię od czasu do czasu do niej wrócić, przejść kilka poziomów i znów poczuć się jak w latach 90., kiedy to gry nie miały może supergrafiki, oferowały jednak tony grywalności, która nie ulatnia się z wiekiem.

„Doom II: Hell on Eart” to nieśmiertelny klasyk, który dla mnie na dobre przyćmił pierwowzór. Kilka lat temu id Software podjęło próbę restartowania serii, w „Doom³” przenosząc klimat i demony z oryginalnych gier w środowisko trójwymiarowe, ale chociaż ów produkt był grywalny i miejscami wywoływał iście klaustrofobiczne odczucia, w ostatecznym rozrachunku i tak nie udało mu się przebić części drugiej. Jeśli w czasach, gdy gra święciła triumfy, byliście na nią jeszcze za młodzi, warto dać jej szansę – to nieśmiertelny klasyk, który podłożył podwaliny pod niejeden shooter, te zaś później wyewoluowały w strzelaniny, które znamy obecnie.

data: 12:30; 31 grudnia 2010     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz