Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Gry

« powrót
Legendary
Ocena: * * * * * * * * * *
Gatunek: FPS
Producent: Spark Unlimited
Wydawca: Gamecock Media Group / CD Projekt (Polska)
Premiera światowa: 2008-11-21
Premiera polska: 2008-11-28

Miasto Nowy Jork nie ma łatwego życia, bowiem wychodzi na to, że ciągle ktoś lub coś chce je zniszczyć. W porównaniu z wizjami, jakie spotykają nowojorczyków w filmach, gdzie miasto było palone, zatapiane, atakowane przez kosmitów itd., zamachy z 11 września 2001 roku wydają się niczym. Teraz trend do niszczenia Nowego Jorku podchwycili również twórcy gier komputerowych; ostatnio recenzowałem jedną z nich, „Prototype”, kolejne to zaś piąta część „Alone in the Dark” oraz wydana pod koniec 2008 roku „Legendary”, będąca przedmiotem niniejszej recenzji.

W „Legendary” punktem wyjścia dla zniszczenia metropolii jest mityczna puszka Pandory, którą podziwiać można w jednym z nowojorskich muzeów. Gracz, wcielający się w złodzieja Charlesa Deckarda, zostaje wmanewrowany w jej otwarcie, co skutkuje wysypem maszkar z przeróżnych wierzeń i mitologii, które opanowują miasto i zamieniają je w pobojowisko, siejąc śmierć, zniszczenie i pandemię. Jak nietrudno się domyślić, to właśnie Deckard będzie osobnikiem, który – niczym mityczny heros – wypije nawarzone przez siebie piwo, ratując Nowy Jork i Londyn, a przy okazji też resztę świata.

Chociaż intro, w przeciwieństwie do klimatycznej muzyki z menu, nie zrobiło na mnie zbytniego wrażenia, z ogromnym zapałem chwyciłem pad, gdy gra w końcu pozwoliła mi na sterowanie Deckardem (filmików nie da się pominąć). Pierwsze kilka minut to zapoznanie się z guzikologią i ucieczka z obracanego w perzynę muzeum, co może nie było tak ekscytujące jak ucieczka z płonącego wieżowca w „Alone in the Dark”, ale mimo wszystko dawało frajdę. Niestety, radocha nie trwała długo – po kilku chwilach wyszedłem na ulicę, a tu po paru kolejnych okamgnieniach uświadomiłem sobie bardzo nieprzyjemny fakt: chociaż żyjemy w XXI wieku, „Legendary” to gra przedpotopowa, w której gracz nie ma kompletnie żadnej swobody! Całość jest tak paskudnie oskryptowana, że nawet jeśli bohater zginie i przyjdzie nam wrócić do ostatniego punktu kontrolnego, wszystko będzie przebiegało dokładnie tak samo – w tym samym miejscu maszkaron porwie jakiegoś człowieka, w tym samym miejscu zarwie się jezdnia, w tym samym miejscu spadnie samochód itd. Sprawiło mi to ogromny zawód, bowiem z produkcji, która wyglądała na epicką, wyszedł „tor przeszkód” – albo robimy tak, jak przewidzieli twórcy, rzucając gruzy w taki sposób, że w każdym momencie do celu prowadzi tylko jedna droga, albo kończymy grę. Jeśli ktoś miał wcześniej styczność z Prototype’ową wersją Nowego Jorku, gdzie cieszyliśmy się nieskrępowaną wolnością, będzie mógł tylko załamać ręce. Nie pomoże także fakt, że udostępniono nam niektóre budynki czy metro, skoro i w nich prowadzeni jesteśmy za rączkę.

Kompletnej liniowości nie wynagradza także poziom wykonania, bowiem gra pełna jest mniejszych bądź większych niedoróbek czy głupotek, co momentami nieźle może napsuć krwi. Dla przykładu jeden z pierwszych poziomów, kiedy to znajdujemy się w magazynie i uruchamiamy maszynerię, dzięki której pod sufitem przemieszczają się kontenery. Zadaniem gracza jest przeskakiwanie z kontenera na kontener, aby dotrzeć do z góry zaplanowanego miejsca. Problem w tym, że postać szpetnie przenika przez tekstury, pojawia się też problem z detekcją kolizji, więc Deckard odbija się od niewidzialnej przeszkody, spadając na ziemię, wskutek czego całą operację powtarzać trzeba od początku. Sytuację jeszcze bardziej pogarsza fakt, że pomieszczenie roi się od wilkołaków, które pojawiają się – nieraz zupełnie znikąd – dopóki, dopóty nie zrobimy tego, co zaplanowali dla nas twórcy. Uwierzcie, że powtarzanie kilkanaście razy wspinaczki i skakania po kontenerach jest naprawdę nieprzyjemne, gdy do walki z niedoróbkami dochodzi jeszcze walka z bestiami. Które, swoją drogą, również są niedorobione – wilkołaka pokonać można jedynie poprzez dekapitację, tak więc trzeba walić w niego toporem strażackim, a gdy w końcu padnie na ziemię, machać dalej, modląc się, abyśmy trafili w punkt na jego ciele odpowiedzialny za „ubezgłowienie”, nim kreatura się ocknie i znów nas zaatakuje. Dodam, że bywa to problematyczne ze względu na wspomnianą niedopracowaną detekcję kolizji. Przez niedbalstwo twórców przejście tak banalnego poziomu zajęło mi około dziesięciu minut, podczas gdy w dopracowanym produkcie nie powinno zająć więcej niż trzy. Jeśli chodzi o błędy, wspomnieć wypada, że kilka razy po uruchomieniu gry nie wyłapywała ona podłączonego do komputera pada, co wymagało uruchamiania jej i załączania ponownie, dopóki łaskawie nie zechciała go wykryć.

Aby twórcom trochę posłodzić, powiem, że naprawdę nieźle prezentuje się bestiariusz „Legendary”. W grze pojawiają się m.in. gryfy, wilkołaki, ogniste smoki, kraken, golem czy minotaury, Deckardowi przyjdzie walczyć też z ludźmi. Różnorodność przeciwników morduje jednak oprawa wizualna. Niektóre, jak gryfy, golem czy ogniste smoki, wyglądają nieźle, ale inne, jak chociażby wilkołaki, są po prostu żałosne. Gdybym nie otrzymał notatki, że to, co mnie zaatakowało, to wilkołak, myślałbym, że to jakiś zdeformowany, lekko kwadratowy człowiek. Gra ma co prawda już dwa lata, jednakże jej wiek nie może usprawiedliwić przeciętnej, a miejscami po prostu brzydkiej oprawy graficznej, tym bardziej, że już w momencie premiery nie należała ona do najpiękniejszych. Większość lokacji jest byle jaka, jednakże największą bolączką jest wygląd postaci, będących brzydkimi, kanciastymi kukłami, które dodatkowo pogrąża słaba animacja (nie mówiąc już o tym, że po śmierci składają i wyginają się jak szmaciane lalki). „Legendary” wygląda pod tym względem bardziej jak twór moderów biorących udział w konkursie Make Something Unreal, aniżeli pełnowartościowy tytuł stworzony na Unreal Engine 3, za który wydawca zażądał ceny jak za dopracowaną grę. W porównaniu z wydanymi rok wcześniej, stworzonymi na tym samym silniku „Gears of War” czy „BioShock”, recenzowana gra wygląda trochę jak parodia tego, co można z programu Epic Games wyciągnąć. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że wizualnie gra zbliżona jest do niskobudżetowych shooterów tworzonych masowo przez polskie City Interactive. Dodajmy do tego jeszcze znikomą interaktywność otoczenia (można uruchomić niektóre zawory, użyć kilku paneli, jednakże zniszczenie chociażby pudeł czy monitorów jest niemożliwe, pojawia się na nich tylko kiepskiej jakości tekstura z uszkodzeniem). Udźwiękowienie nie odstaje poziomem od reszty – w menu usłyszymy przyjemną kompozycję, jednakże te pojawiające się w grze nie robią już zbytniego wrażenia. Aktorzy udzielający głosów postaciom również nie wspięli się na wyżyny, ale dialogi nie pojawiają się zbyt często, więc ostatecznie można na to przymknąć oko.

Po przejściu kampanii dla jednego gracza teoretycznie można spróbować swoich sił w trybie multiplayer, jednakże jest to nie lada wyzwanie. I bynajmniej nie dlatego, że rozgrywka sieciowa jest wymagająca, a z racji tego, że znalezienie kogoś, kto w tej samej chwili chciałby się oddać temu zajęciu, graniczy z cudem. Przeglądając recenzje z końca 2008 roku, kiedy gra wchodziła do sklepów, natrafiłem na informacje, że i wtedy było z tym ciężko.

Mimo tego wszystkiego, co napisałem powyżej, w „Legendary” da się grać, zwłaszcza jeśli ktoś ma zacięcie do oldschoolowych shooterów. Tytułowi na dobrą sprawę blisko do rodzimego „Painkiller”, z tym że Polacy, w odróżnieniu od Amerykanów, przynajmniej nie udawali, że w ich produkcie fabuła ma jakiekolwiek znaczenie. Reszta w obu produkcjach jest już taka sama – prujemy przez liniowe poziomy, waląc ze wszystkiego, co mamy pod ręką, do hord monstrów wszelkiej maści. Jak wspomniałem, zróżnicowanie przeciwników jest dość duże, toteż walka z każdym z nich przebiega trochę inaczej, jest też odpowiednio wymagająca (chociaż bywa również bardzo irytująca, gdy np. atakuje nas horda denerwujących nari, zabierając przy okazji przedmioty, których potrzebujemy, więc musimy jak głupi za nimi latać, narażając się na ich ataki). Od czasu do czasu pojawią się gigantyczni przeciwnicy będący niejako bossami, których pokonanie wymaga opracowania odpowiedniej „strategii”. Co się zaś tyczy wyposażenia, to do rąk dostaniemy broń palną (pistolety, strzelby, karabiny) miotaną (granaty, cocktaile Mołotowa) oraz specjalną – wiązkę energii, którą posługiwać możemy się dzięki stygmatowi, jakim „naznaczyła” bohatera puszka Pandory.

„Legendary”, sprawiające wrażenie naprawdę obiecującej gry, niestety okazało się produkcją co najwyżej średnią. Grywalną, to fakt, ale pozostawiającą ogromny niedosyt – miało być nextgenowo, wyszło zaś oldschoolowo. Gdybym kupował „Legedary” w dniu premiery, wydając sto złotych, zapewne mocno bym się zdenerwował i wieszał psy na twórcach oraz wydawcy, jednak biorąc pod uwagę fakt, że nabyłem je w promocji za dwie dychy, jestem zadowolony. Nie kosztowało zbyt wiele, a pograć się dało. Spróbować można, jeśli dysponujecie nadmiarem wolnego czasu i dwudziestoma złotymi, ale wyłuskując z portfela więcej, przepłacacie – jako że granie po sieci jest praktycznie niemożliwe, „Legendary” to produkcja na jeden raz. Ocena ogólna to właśnie 5/10 ze względu na to, że dwadzieścia złotych to rozsądna cena za taki produkt, więc nie czuję, że pieniądze wyrzuciłem w błoto, inaczej dałbym czwórkę. Po przejściu kampanii (co zajęło mi około siedmiu i pół godziny) spokojnie można ją odsprzedać, bo raczej w przyszłości nie najdzie nas na to, aby ją powtórzyć. Uwierzcie mi, że mimo wszystko o „Legendary” wypowiedziałem się dość pozytywnie, jeśli wziąć pod uwagę to, że chwilę wcześniej ukończyłem znakomitą pod każdym względem, wydaną pół roku wcześniej pecetową wersję „Mass Effect”, więc spadłem z wyżyn na twardy beton – niżej są już tylko kanały ściekowe.

data: 23:44; 25 lutego 2010     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz