Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Gry

« powrót
Cryostasis: Arktyczny sen (Anabioz: Son razuma)
Ocena: * * * * * * * * * *
Gatunek: survival horror/FPS
Producent: Action Forms
Wydawca: 1C, Cenega
Premiera światowa: 2008-12-05
Premiera polska: 2009-03-20

Zimno wszędzie, głucho wszędzie; co to będzie, co to będzie? Survival horror będzie! I to nie japoński czy amerykański, ale rosyjski, a w dodatku niewiele ustępujący najlepszym przedstawicielom gatunku. Ba, na tle ostatnich odsłon kultowych serii (czyt. „Silent Hill: Homecoming” i 5. część „Alone in the Dark”) prezentujący się nad wyraz przyzwoicie. Drodzy państwo, przed wami „Anabioz: Son razuma”, szerzej znany jako „Cryostasis: Sleep of Reason” (jak zrozumiałem z lektury Internetu, anabioza i kriostaza to ten sam stan), tudzież ze zmienionym podtytułem „Arktyczny sen” w Polsce.

Jak wiadomo, biegun północny to jedno z najmniej przyjaznych dla człowieka miejsc na Ziemi. Nieszczęściem Aleksandra Niestierowa, rosyjskiego meteorologa, nie było jednak to, że znalazł się na biegunie, a to, że przypadkiem trafił na Siewiernyj Wieter (Wiatr Północy w wersji polskiej, North Wind w angielskiej) – atomowy lodołamacz, który na wieki utknął w tej nieprzyjemnej, skutej lodem krainie. Chociaż początkowo statek sprawia wrażenie opustoszałego, w pewnym momencie okazuje się, że jest on zasiedlony przez coś znacznie żywszego (czy może raczej żwawszego), aniżeli znajdujące się w stanie anabiozy ciała członków załogi. Przemierzając kolejne pokłady Siewiernego Wietra Aleksandr przeżyje wiele chwil grozy, jak również pozna tragiczną historię statku.

Jak widać, jeśli chodzi o miejsce, w jakim rozgrywa się akcja, „Cryostasis” jest hybrydą elementów, które powinny być znane miłośnikom horroru – popularnego motywu nawiedzonego statku i mniej eksploatowanego bieguna. Ten drugi w formie komputerowego horroru mieliśmy okazję poznać dzięki „The Thing”, kontynuacji filmowego „Czegoś” Johna Carpentera, jednakże statek mamy bodajże po raz pierwszy. W 2005 roku pojawił się co prawda „Cold Fear”, którego akcja rozgrywała się na morzu podczas sztormu, tam jednak chodziło głównie o radosną eksterminację zombies. „Arktyczny sen” to z kolei produkcja „marynistyczna”, która stawia przede wszystkim na gęsty i mroczny klimat, będący największą zaletą tytułu. Już sama grafika na okładce prezentuje się bardzo zachęcająco, a po odpaleniu gry jest tylko lepiej. Skute lodem pokłady, które przyjdzie nam przemierzyć, są ciemne i ponure, zaś wątłe światło latarki jeszcze bardziej potęguje ich posępność. Nie uświadczymy tutaj muzyki, toteż przez cały słyszeć będziemy jedynie kroki Aleksandra, zacinający w oddali wiatr i trzeszczące elementy konstrukcji. Trzeba przyznać, że stworzyło to naprawdę świetną atmosferę, sprawiając, że miejscami potrzebowałem chwili oddechu, toteż robiłem sobie nadprogramowe przerwy na papierosa, nim ponownie zacząłem przemierzać Siewiernyj Wieter. Producenci route’ów 66 powinni być zadowoleni – w ciągu sześciu późnych wieczorów i nocy, które poświęciłem grze, wypaliłem dodatkową paczkę ich produktu.

„Cryostasis” to survival horror, w którym wszystko jest na swoim miejscu. Horror mamy naprawdę niezły, zaś i survival nie jest gorszy. Jedyny parametr, o jaki należy się martwić, to wskaźnik ciepła ciała Aleksandra. Wędrując po statku, należy wykorzystać każdą nadarzającą się okazję do ogrzania się – czy to przy żarówce, czy czymś konkretniejszym, jak chociażby rura. Jeśli zaniedbamy ten element, zostaniemy kolejną lodową bryłą na pokładzie Wietra. Dodatkowym powodem, jaki każe nam dbać o ciepło, jest to, że ubywa nam go, gdy... wrogowie zadają obrażenia. Walka z kolei do najprostszych nie należy – początkowo bronić będziemy się pięściami, siekierą i zaworami, a że z powodu wszechogarniającego mrozu Aleksandr porusza się dość powoli, zaś przeciwnicy są bardziej od niego żwawi, łatwo tutaj zginąć. Odrobinę lepiej jest, gdy dorobimy się broni palnej, z tą jednak nie można szarżować – amunicji jest niewiele, a łatwo ją zmarnować, ponieważ nie mamy celownika, toteż zdani jesteśmy jedynie na swoje celne bądź niecelne oko. Aby było jeszcze bardziej survivalowo, broń przeładowuje się wolno, co stanowi dodatkowe utrudnienie. To, co przedstawiłem w tym akapicie, warto wziąć pod uwagę, nim zdecyduje się na zakup gry – dla mniej doświadczonych graczy może ona okazać się trudna, skoro i ja, wytrawny hardkorowiec, miejscami miałem pewne problemy.

Mamy już survival horror, first-person shooter, więc dodajmy kolejny element. Co powiecie na trochę łamigłówek? Tych ostatnich dostarcza unikatowy dla „Cryostasis” system tzw. mentalnego echa. Aleksandr tu i tam odnajduje zamarznięte ciała członków załogi, zaś dzięki swoim zdolnościom może wniknąć w ich wspomnienia. Dzięki temu odkrywamy fabułę i poznajemy historię tragedii statku, a gdy trzeba, ingerujemy w wydarzenia z przeszłości, naprawiając to, czego nie zrobił załogant (np. odblokowujemy drzwi, których ten nie odblokował), dzięki czemu torujemy sobie drogę do dalszej zabawy (po powrocie do rzeczywistości drzwi są odblokowane). Trudno może uznać to za pełnoprawne łamigłówki, ale zdarza się, że czasem trzeba chwilkę pomyśleć, co też należy we wspomnieniach namieszać, aby uzyskać spodziewany dla nas rezultat. Jeśli się nie uda, zawsze można ponownie „odtworzyć” wspomnienie.

Powróćmy jeszcze do klimatu. Ten, poza pomysłem, lokacją i udźwiękowieniem, pozwala budować oprawa graficzna. Jak wspomniałem, statek jest posępny, zaś silnik graficzny generuje różne bajery potęgujące to wrażenie. Wszystko skute jest lodem i stworzonymi przez mróz wzorkami, którymi pokrywa się również ekran, a z ust bohatera wydobywa się para. Gdy jednak uda nam się ogrzać jakąś lokalizację, wszystko rozpływa się w bardzo fajny sposób, trochę podnosząc na duchu i choć na chwilę dając wrażenie bezpieczeństwa.

W tym miejscu dochodzimy do wad. Otóż w moim mniemaniu największą z nich jest niezbyt udana optymalizacja kodu programu. To, co opisałem w poprzednim akapicie, może i jest fajne i na swój sposób urokliwe, ale oprawie graficznej „Cryostasis” daleko do takich chociażby „Modern Warfare” czy „Crysis”. Chociaż mój komputer przebija konfigurację sprzętową zalecaną przed producenta gry, działa ona znacznie gorzej niż dwie wymienione powyżej wybajerzone superprodukcje, miejscami potrafiąc naprawdę brzydko zwolnić. Momentami jest to irytujące, bo nie dość, że sam Aleksandr jest dość powolny, to sprawę utrudnia zwalniająca animacja, potrafiąca wybić z rytmu, w efekcie doprowadzając do śmierci bohatera. Wśród zarzutów mniejszego kalibru umieściłbym całkowicie liniowo poprowadzoną fabułę (na szczęście jakościowo prezentującą się nienajgorzej), brak obsługi gamepada (i mówi to pecetowiec, podczas gdy konsolowcy zżymają się, że pady średnio dają sobie radę w strzelankach...) oraz, co związane jest z optymalizacją, dość długie czasy ładowania. Osobiście żałuję, że wydana w Polsce wersja to nasze napisy i angielski dubbing zamiast głosów rosyjskich, ale cóż, wszystkiego mieć ne można.

Wymienione przeze mnie wady nie miały jednak takiej mocy, aby obrzydzić mi grę (chociaż wpłynęły na obniżenie ostatecznej oceny). Jak już powiedziałem, tutaj ważny jest klimat, który stanowi o sile omawianej produkcji. „Cryostasis” okazał się tytułem idealnym na tę porę roku. Ciemna noc, temperatura na dworze w okolicach dziesięciu stopni poniżej zera, za oknem biało jak okiem sięgnął, a od drugiej nocy dla lepszego efektu wyłączałem nawet ogrzewanie w pokoju, aby jeszcze bardziej poczuć się jak Aleksandr. Co prawda przepłaciłem to przeziębieniem (nie pomogło nawet rozgrzewanie się żołądkową gorzką), ale było warto – nieraz głośniejsze chrapnięcie dziadka w sąsiednim pokoju wywoływało reakcję: „Cholera, gdzie te papierosy i zapalniczka? Chwila przerwy, bo zaraz wyzionę ducha”. Jeśli lubicie posępne historie i takowy klimat, uwielbiacie się bać, macie na tyle wytrzymałości, aby przeboleć słabą optymalizację i jesteście już trochę wyrobieni w grach, śmiało sięgnijcie po „Cryostasis: Arktyczny sen” – nie powinniście żałować.

data: 22:07; 22 grudnia 2009     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz