Gry
Producent: REL Games
Wydawca: Akella
Premiera polska: 2005-09-13
Zombie to niemal niewyczerpane źródło pomysłów nie tylko dla filmowych reżyserów i scenarzystów, ale też twórców gier komputerowych. Po sprawdzony motyw powstałych z grobu sięgnęli też programiści debiutującej na rynku w 2005 r. wytwórni REL Games – w efekcie powstał „Deadhunt”, kolejna z licznych strzelanek FPS. Czy warto po nią sięgnąć?
Fabuła… w zasadzie nie istnieje. Wcielamy się w postać żołnierza (?) i walczymy na dwóch arenach przeciwko hordom żywych trupów, szkieletów, pająków i innych przesympatycznych stworzeń. Zmagania te zostały podzielone na 4 wątki (Zombies, Arachinds, Skeletons i Damned), z których każdy składa się z 10 misji, choć można też grać w trybach Tutorial (na przetrwanie określonego czasu) i Greed. W poszczególnych misjach otrzymujemy różne uzbrojenie, od karabinu ze stunabojowym magazynkiem począwszy a na pięciostrzałowej snajperce kończąc. Bój toczy się na przemian na dwóch wspomnianych już arenach, odznaczających się zresztą ciekawym klimatem – pierwsza z nich to częściowo pokryty drzewami teren, którego centrum jest wspaniała budowla megalityczna przypominająca Stonehenge. Drugi obszar to otoczone górami i wyjałowione pustkowie bez śladu roślinności, sprawiające iście marsjańskie wrażenie, a najważniejszym punktem jest tu kamienny ołtarz otoczony porozrzucanymi czaszkami.
W pierwszych misjach nasi przeciwnicy nie będą trudni do pokonania, w większości są to półnagie zombie wyposażone w kamienne topory. W kolejnych fazach gry pojawią się jednak znacznie bardziej niebezpieczni nieumarli – pokryci zbrojami, dysponujący kosami, maczugami, a nawet łukami. Niełatwe do pokonania są też szkielety, które na ogół nie dają się wykończyć jednym strzałem, a także strzykające trującym płynem pająki. Przy tej mnogości wrogów niemożliwe jest opuszczenie terenu areny, wobec czego trzeba przyjąć określoną taktykę walki z truposzami. Z reguły zombie ścigają nas w zbitej grupie, tak że po kilkukrotnym okrążeniu obszaru walki większość z nich będziemy mieli na plecach – w takiej sytuacji wystarczy obracać się co pewien czas i kłaść trupem kolejnych wrogów, co jednak w końcowych etapach nie będzie łatwe. Na pocieszenie uśmierceni prześladowcy pozostawiają po sobie bonusy w postaci apteczki, silniejszej broni czy też przyspieszonego biegu.
Dużym atutem gry jest niewątpliwie gore. Trafione żywe trupy giną w bardzo efektowny sposób, obejrzeć będziemy mogli pozbawiony głowy korpus, krew tryskającą z oderwanej kończyny, a w przypadku detonacji ładunku wybuchowego (min. misje „Be Patent” i „Fireworker”) zupełnie poszarpane szczątki. Jeśli komuś tego mało, można się nawet „powyżywać” na zwłokach zabitych przeciwników. Grafika jest przy tym dość przeciętna, zwłaszcza jak na dzisiejsze standardy, jednak mniej wymagającym graczom nie powinna ona specjalnie przeszkadzać.
Mimo niewątpliwych atutów „Deadhunta” nie sposób nie popaść w znużenie po dłuższym graniu. Podobieństwo kolejnych misji, zaledwie dwie areny i brak fabuły dadzą się we znaki nawet najzagorzalszym miłośnikom strzelanek, sprowadzając grę do roli kilkugodzinnego przerywnika między innymi pozycjami. Trudno bowiem traktować „Deadhunta” jako coś więcej niż obliczoną na chwilową rozrywkę i zabicie czasu gierkę FPS. W takim charakterze mogę debiut REL Games polecić, ale jeśli liczycie na grę o żywych trupach na poziomie klasyków tej tematyki, to srogo się zawiedziecie.