Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Gry

« powrót
Wolfenstein
Ocena: * * * * * * * * * *
Gatunek: FPS
Producent: id Software
Wydawca: Activision Blizzard
Premiera światowa: 2009-08-18
Premiera polska: 2009-08-21

 Gdyby poproszono mnie, abym wymienił rzeczy, które w moim mniemaniu są nieprzemijalne, od razu powiedziałbym o ludzkiej głupocie, a po dłuższym zastanowieniu dodałbym jeszcze upór, z jakim komputerowi naziści próbują przechylić szalę zwycięstwa w II wojnie światowej na swoją stronę. I oczywiście niestrudzonego Williama Josepha „BJ-a” Blazkowicza, który równie uparcie krzyżuje ich szyki. Swoją krucjatę rozpoczął w 1993 roku w „Wolfensteinie 3D”, nazywanym praojcem wszystkich FPS-ów, a teraz, po szesnastu latach, nic nie wskazuje na to, że prędko się ona zakończy.

Blazkowicz, amerykański agent o polskich korzeniach, walczący po stronie aliantów, otrzymuje kolejne zadanie. Siły sprzymierzonych wchodzą w posiadanie tajemniczego medalionu wykorzystywanego przez nazistowską organizację Thule. Artefakt powiązany jest ze starożytnym klanem mistyków czczącym materię zwaną Czarnym Słońcem, jednakże wszelkie inne informacje o klanie zaginęły w mrokach dziejów. BJ zostaje wysłany do niemieckiego miasteczka Isenstadt – jedynego miejsca na Ziemi, w którym znaleźć można dziwne kryształy znajdujące się w medalionie. Na miejscu spotyka się z bojownikami lokalnego ruchu oporu, Kręgu z Krzyżowej, którzy mają pomóc mu zbadać tajemnicę medalionu i starożytnego ludu. Niedługo po przybyciu do mieściny Blazkowicz, za sprawą medalionu, zyskuje zdolność przenikania do Woalu – alternatywnej rzeczywistości.

Fabuła najnowszego „Wolfensteinu”, podobnie jak poprzednich częściach, koncentruje się na nazistach prowadzących badania nad aktywnością paranormalną, co ma im pomóc wygrać wojnę. Chociaż w strzelaninach fabuła zazwyczaj schodzi na dalszy plan, najnowsza odsłona serii stworzonej przez id Sotfware prezentuje się pod tym względem nienajgorzej – scenariusz może nie należy do górnolotnych, ale jest przemyślany i interesujący, sensownie uzasadniając sieczkę, jakiej dokonuje gracz. Podobnie jak w przypadku „Return to Castle Wolfenstein”, ekipie odpowiedzialnej za grę znakomicie udało się połączenie shootera w alternatywnych realiach drugowojennych z motywami horroru i science-fiction. Co prawda „Wolfensteinowi” daleko do pełnoprawnego horroru, tym niemniej elementy takowego zrealizowane zostały całkiem przyzwoicie, dzięki czemu gra zyskuje świetny, gęsty klimat. Chociaż początkowo wszystko wygląda jak w typowej strzelance, w miarę postępów w fabule zaczyna robić się coraz bardziej mroczne. Kolejne lokacje, które przyjdzie nam odwiedzić podczas wykonywania wątków głównego wątku, robią się bardziej posępne, a przygrywająca w tle muzyka jeszcze bardziej podkreśla atmosferę czającego się wokół zagrożenia. Projekt lokacji to zresztą jedna z największych zalet omawianej produkcji. Chociaż Isenstadt, które możemy dowolnie eksplorować, w pewnym momencie zaczyna mierzić, ponieważ w celu rozpoczęcia misji trzeba przechodzić je w tę i we w tę (nie mówiąc już o tym, że przy przechodzeniu między dzielnicami oglądamy ekran ładowania), to miejscówki, w których rozgrywają się najważniejsze wydarzenia fabularne, naprawdę robią wrażenie. Twórców należy pochwalić zarówno za ich różnorodność (mamy tutaj m.in. farmę, gigantyczny wielopoziomowy podziemny kompleks badawczy czy wykopaliska), jak i za fenomenalne wykonanie (szpital, który odwiedzamy podczas jednej z misji, co wrażliwszym graczom mogłyby się przyśnić po nocach). Jeśli doda się do tego wspomnianą oprawę dźwiękową oraz fakt, że udało się zachować klimat serii, otrzymujemy produkcję naprawdę klimatyczną i, moim zdaniem, wartą uwagi.

Twórcy wprowadzili sporo innowacji w rozgrywce względem „Return to Castle” sprzed ośmiu lat czy „Enemy Territory” sprzed sześciu, z drugiej jednak strony przywracając niektóre elementy, które kojarzy każdy, kto grał w „Wolfenstein 3D”. Na przykładzie omawianej gry świetnie widać, że żyjemy w czasach postmodernizmu – pełnoprawny następca praojca FPS-ów garściami czerpie z gier, którym jego przodek utorował drogę. W „Wolfensteinie” najbardziej zauważalne są przede wszystkim nawiązania do „Call of Duty”, z którego zaczerpnięto między innymi system samoczynnej regeneracji zdrowia, gdy bohater na chwilę gdzieś się schowa, co pozwoliło na wyeliminowanie przestarzałego systemu apteczek (trochę szkoda, że zabrakło popularnego ostatnio systemu korzystania z osłon terenowych). Wśród nowości znalazł się również aktywowany klawiszem Tab dziennik, w którym znajdziemy mapy, cele misji i inne przydatne informacje, oraz system transakcji. Blazkowicz może korzystać z usług czarnorynkowych sprzedawców, aby ulepszać posiadaną przez siebie broń. W odróżnieniu od wielu innych gier, upgrade’owanie wyposażenia rzeczywiście zmienia jego osiągi, a nie tylko wygląd – broń możemy zaopatrzyć w lunety czy większe magazynki bądź skorygować ją tak, aby zmniejszyć siłę odrzutu lub zwiększyć pole i siłę rażenia. Na wyposażeniu agenta, poza broniami z epoki – karabinami, pistoletami i panzershreckiem – znalazły się również pukawki bardziej futurystyczne, jak działko cząsteczkowe, którego promienie dezintegrują przeciwników, zamieniając ich w popiół, czy pistolet Tesli. Powraca znane z pierwszego „Wolfensteinu” zbieranie złota, w najnowszej produkcji mające jednak uzasadnienie – broń ulepszać można właśnie za zebrane podczas rozgrywki kosztowności. Zbierać możemy również dane wywiadowcze, odblokowujące możliwość dokonywania kolejnych ulepszeń, oraz księgi mocy, które z kolei odblokowują ulepszenia Woalu.

A czym jest ów tajemniczy Woal? Alternatywną rzeczywistością, którą można uaktywnić za pomocą medalionu, o ile posiada się odpowiednią ilość mocy. Z tą jednak nie powinno być problemu, bowiem całe Isenstadt usłane jest kręgami pozwalającymi naładować energię. Jest ich tak dużo, że na dobrą sprawę całą grę można przejść w Woalu, o ile nazbyt często nie używa się jego mocy specjalnych, które bardzo szybko moc zużywają. Co daje Woal? W podstawowej wersji pokazuje to, co nie jest widoczne gołym okiem – po jego aktywowaniu wszystko pokrywa zielony filtr, w powietrzu materializują się tajemnicze duchy, mogące od czasu do czasu zaatakować gracza (strzelając w nie wyzwalamy energię, która może zabić przeciwników), oraz pojawiają się sekretne przejścia, niewidoczne w normalnym trybie (spełniają tutaj podobną funkcję, co ruchome ściany i obrazy w grze sprzed szesnastu lat), jak również zwiększa się prędkość bohatera. Jeśli będziemy zbierać księgi mocy, możemy odblokować kolejne moce Woalu, które następnie ulepszamy za pomocą kryształów kupowanych na czarnym rynku. Moce, jakie posiądzie Blazkowicz, kojarzą mi się trochę z plazmidami z „BioShock”, z tym że ich ilość jest zdecydowanie mniejsza. Mamy tutaj spowolnienie, przydatne, jeśli trzeba przebiec przez walące się mosty czy zetknąć się z większą grupą przeciwników bądź jakimś silniejszym oponentem, tarczę, przez którą nie przenikają pociski, oraz wzmocnienie, zwiększające siłę naboi. Każdą moc można dodatkowo ulepszyć, co daje nam nowe możliwości, jak również łączyć ją z inną – nic nie stoi na przeszkodzie temu, aby w spowolnieniu korzystać z tarczy czy mocniejszych pocisków.

Jeśli miałbym wymienić najpoważniejsze wady nowego „Wolfensteinu”, zacząłbym od dość krótkiego czasu wymaganego do jego ukończenia – gdybym nie bawił się w odnajdowanie ukrytych przedmiotów i przejść, główny wątek na trudnym poziomie mógłbym ukończyć w jakieś siedem godzin. Drugim zarzutem byłby źle wyważony poziom trudności i zbytnia casualowość (pokazujące się co chwila podpowiedzi czy zaznaczanie miejsc, które powinny być sekretem). Będąc hardkorowym graczem, nie miałem najmniejszych problemów na wysokim poziomie trudności, a jeśli doda się do tego moce Woalu, gra staje się prostacka. Gdy z kolei przeszedłem na najwyższy poziom trudności, niejednokrotnie wypluwałem z siebie przekleństwa niczym karabin maszynowy pociski – brak możliwości zapisu w dowolnym miejscu oraz miejscami nieprzemyślane ustawienie punktów kontrolnych robiło swoje. Jak na mój gust przepaść pomiędzy poziomem trudnym a supertrudnym jest zbyt głęboka. Dobija mnie również sztuczna inteligencja przeciwników, niewiele różniąca się od tej, jaką dysponowali oponenci w „Wolfensteinie 3D”. Najczęściej walczyć będziemy z zastępami szeregowych nazistów, którzy stanowią typowe mięso armatnie, nierzadko sami pchają się pod lufę karabinu. Odrobinę większe wyzwanie stanowią mutanty i żołnierze w specjalnych zbrojach, za to sporadyczne walki z bossami dostarczają już odpowiednich emocji. Na dobrą sprawę to jednak jedyne poważne zarzuty, jakie mam względem omawianej produkcji, które na dłuższą metę nie ujmują przyjemności, jakiej dostarcza obcowanie z „Wolfensteinem”.

Można by wspomnieć o pomniejszych błędach, to jest pewnych niedoróbkach technicznych, jak chociażby zamykających się drzwiach, które przed sekundą się otwarło, czy wyrastających spod ziemi przeciwników. Część takich niedoróbek została poprawiona w pierwszym patchu, wydanym parę dni po premierze gry, przypuszczam więc, że i reszta wraz z kolejnymi łatkami zostanie poprawiona, tak więc nie będę z ich powodu czynił grze wielkich wyrzutów. Podobnie jak z odrobinę niedzisiejszej już oprawy graficznej – w takiej formie gra dobrze prezentowałaby się może dwa, trzy lata temu, ale z drugiej strony nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bowiem dzięki temu wymagania jak na dzisiejsze czasy są dość niskie, więc gra powinna pójść nawet na trochę starszych komputerach z supermarketu. Poza tym „niedzisiejsza oprawa” wcale nie znaczy, że jest ona obskurna – w szranki z „Crysis” czy „FarCry 2” stanąć nie może, ale nie jest to żadne partactwo, a projekt poziomów potrafi to wynagrodzić.

„Wolfenstein” powinien bardzo spodobać się graczom, którzy niedawno rozpoczęli swoją karierę z grami bądź którzy grają od wielkiego dzwonu – z myślą o nich następca wielkiego „Wolfensteinu” zyskał podpowiedzi i ułatwienia, które w hardkorowych graczach mogą wzbudzić śmiech. Osoby, które pamiętają czasy, kiedy triumfy święciły pierwszy trójwymiarowy „Wolfenstein”, a później „Doom”, „Unreal”, „Quake” czy „Half-Life”, po zakończeniu gry zapewne będą miały uczucie niedosytu, ale ogólnie rzecz biorąc nie powinny żałować czasu, jaki jej poświęcili. Ja, mimo zbytnich ułatwień, nie żałuję – grało się przednio, a i klimat „Wolfensteinu” udało się zachować.

data: 17:52; 03 listopada 2009     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz