Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Gry

« powrót
Thing, The
Ocena: * * * * * * * * * *
Gatunek: TPS/survival horror
Producent: Computer Artworks
Wydawca: Konami
Premiera światowa: 2002-08-21
Premiera polska: 2002-10-07

 „Egranizacja” to termin kojarzony z grą powstałą na podstawie filmowej bądź serialowej licencji, najczęściej stanowiącą produkcję słabą, robioną na szybko i niedopracowaną. Nic w tym dziwnego, skoro część egranizacji potrafi skutecznie zarżnąć nawet najlepszą markę, czego dowodem chociażby beznadziejny komputerowy „Ojciec chrzestny”, będący marną podróbą gier z serii „Grand Theft Auto”. Ale od każdej reguły są wyjątki, by wspomnieć chociażby o grze „X-Men Origins: Wolverine”, będącej znacznie lepszą produkcją od filmu, czy o komputerowym „The Thing”, niewiele ustępującym filmowemu „Czemuś” Johna Carpentera.

Akcja „The Thing” rozgrywa się po wydarzeniach przedstawionych w „Czymś”. Na 31. stację badawczą i na stację Norwegów wysłane zostają amerykańskie oddziały ratunkowe, mające sprawdzić, dlaczego z żadną z placówek nie można nawiązać łączności. Gracz kierował będzie czteroosobowym oddziałem porucznika Blake’a, badającym obie placówki. Członkowie misji ratunkowej już niedługo przekonają się, że w ruinach stacji pałęta się krwiożercze coś, co na pewno nie powstało na Ziemi.

„The Thing” oferuje dość szeroki wachlarz przynajmniej częściowej interakcji bohatera z otoczeniem i swoją drużyną. Po drodze zbierać będziemy różne znajdźki, takie jak gaśnice, strzykawki z adrenaliną, latarki, apteczki, lutownicę, testy krwi oraz oczywiście broń, które następnie możemy wykorzystać, aby jakoś wpłynąć na otoczenie. I tak na przykład strzelić możemy do beczki, aby odblokować sobie niedostępne przejście, a następnie użyć gaśnicy, aby ugasić płomienie, mogące dotkliwie poparzyć bohatera. Wśród broni znalazł się również mały miotacz płomieni, idealny do walki z większymi wrogami, jednakże przed jego użyciem warto się upewnić, czy mamy w ekwipunku gaśnicę... Dziwnie przy tym wszystkim wypada jednak fakt, że kierowana przez nas postać w ogóle nie potrafi skakać. Bardzo istotną rolę odgrywa interakcja z dowodzonym przez siebie oddziałem, mająca naprawdę duży wpływ na rozgrywkę. Gracz musi troszczyć się nie tylko o siebie, ale i o swoich podopiecznych, cały czas mając na uwadze różne przypisane im wskaźniki. Jeśli są ranni, należy ich uleczyć (można to zrobić samemu, dając im apteczkę, bądź wykorzystać medyka), inaczej umrą, zaś na przykład brak inżyniera uniemożliwia ukończenie gry. Trzeba także dbać o ich komfort psychiczny – przerażony członek oddziału staje się mniej przydatny, zaś jeśli go nie uspokoimy, załamie się psychicznie, strzelając sobie w łeb (a wiemy już, co oznacza brak inżyniera) bądź strzelając do czego popadnie, marnując amunicję i mogąc kogoś zabić (i znów brak inżyniera). Uspokoić można go dwojako, np. wstrzykując mu adrenalinę, bądź, jeśli nie mamy jej pod ręką, celując w niego z broni. Ta druga metoda, chociaż się sprawdza, ma pewien minus – celowanie do kogoś z broni obniża zaufanie załogi do kierowanego przez nas bohatera, a jeśli któryś z podopiecznych uzna nas za wroga, może po prostu ożenić nam kosę. Zaufanie zdobyć możemy uleczając członków oddziału, dając im broń czy strzelając do przeciwników. Istotnym elementem jest również upewnienie się, czy wszyscy członkowie oddziału są tym, za kogo się podają, czy może raczej zreplikowanym obcym. Aby to zweryfikować, należy użyć testu krwi, który ponad wszelką wątpliwość wykluczy podróbkę. Użycie testu krwi na sobie sprawi jednocześnie, że wzrośnie zaufanie do naszego bohatera.

To wszystko sprawia, że „The Thing” wymusza na graczu nie tylko troszczenie się o swój pasek zdrowia, ale także częste sprawdzanie menu oddziału, bowiem tylko w pełni zgrana drużyna może stawić czoła okropnościom, jakie przyjdzie jej spotkać na mroźnej Antarktydzie.

Największą bolączką gry jest jej liniowość. Co prawda zdobyć zaufanie czy wpłynąć na członków oddziału możemy na kilka sposobów, jednakże wątek fabularny jest całkowicie oskryptowany, co odrobinę ujmuje przyjemności grania, najbardziej zaś za kolejnymi podejściami, gdy wie się już, że w tym momencie ten członek drużyny zostanie zainfekowany, a ten zginie w mającym za chwilę wyświetlić się przerywniku filmowym. Zawieść mogą się również osoby, które do „The Thing” podejdą jak do rasowego survival horroru, bowiem jak na kontynuację „Czegoś”, gra w zasadzie nie jest straszna. Prawda, opuszczona stacja odcięta od świata i świadomość czających się weń bestii buduje odpowiedni klimat, jednakże ten po pewnym czasie całkowicie ginie, bowiem gra przeradza się w typowy shoot’em all – pojawiające się kreatury nie przerażają, stanowią jedynie mięso armatnie, zaś walki z bossami miast przerażać, momentami mogą wręcz zirytować. Survival więc może jest, z horrorem już jednak gorzej. No ale czy ja, dziecko „Dooma”, mogę z tego powodu czynić grze jakiś poważny zarzut? Do końca gra się przyjemnie, zaś początkowy zawód, że jednak nie jest to do końca to, czego oczekiwaliśmy, szybko przestaje być istotny i nie wpływa w żaden sposób na rozgrywkę. Jeśli coś jednak może wpłynąć na nią ujemnie, to z całą pewnością możliwość zapisu stanu gry jedynie w przewidzianych przez twórców miejscach – rozmieszczenie ich niekiedy jest bardzo niekorzystne, więc gdy któryś raz z kolei trzeba powtarzać dobrych kilka minut rozgrywki, może to stać się nieznośne. Na szczęście ten problem można rozwiązać, dodając jeden wpis w edytorze rejestru, dzięki czemu w menu pojawia się zakładka umożliwiająca save’owanie gry w dowolnym momencie.

Od momentu premiery „The Thing” minęło już siedem lat, co w przypadku gier komputerowych jest długim okresem. Chociaż przed prawie dekadą oprawa graficzna produkcji była przyzwoita, dziś jest już przestarzała. Co prawda mamy pełne 3D, ale wszelkie modele są kanciaste, a gra jako tako prezentuje się tylko w najwyższej dostępnej rozdzielczości (1280x720). Jako że jest to produkcja dość leciwa, granie w takiej rozdzielczości na nowszym sprzęcie nie nastręcza żadnych trudności, tak więc nie trzeba się martwić, że gra będzie się zacinała bądź szarpała, a warto grać na najwyższych ustawieniach, aby choć trochę zetrzeć nieprzyjemne wrażenie starocia. Z drugiej jednak strony o słabej, jak na dzień dzisiejszy, oprawie graficznej szybko się zapomina, bowiem gra sama w sobie jest wciągająca.

„The Thing”, mimo leciwości, nawet dzisiaj jest grą, po którą warto sięgnąć. Co prawda nie jest pozbawiona wad, ale na dłuższą metę nie dyskwalifikują one tej produkcji, a część z nich – jak chociażby nieszczęsne save’y – można zniwelować, poprawiając kod programu. Jeśli ktoś jest ciekaw, jak potoczyły się dalsze losy „czegoś” z kosmosu bądź chce po prostu parę godzin poświęcić dobrej, nieźle zrealizowanej i dość pomysłowej strzelance, niech nie waha się sięgnąć po komputerową kontynuację klasyku Carpentera. Grę kupiłem na aukcji internetowej za bezcen i muszę powiedzieć, że było to naprawdę nieźle zainwestowane piętnaście złotych.

data: 17:37; 03 listopada 2009     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz