Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Gry

« powrót
Still Life
Ocena: * * * * * * * * * *
Gatunek: przygodowa
Producent: Microïds
Wydawca: Dreamcatcher / The Adventure Comp.
Premiera światowa: 2005-04-14
Premiera polska: 2005-11-18

 Gdyby parę lat temu ktoś zapytał mnie, jaki gatunek gier komputerowych najbardziej kojarzy mi się z horrorem i gdzie szukałbym najlepszych jego reprezentantów, odpowiedziałbym, że oczywiście pośród survival horrorów i shooterów. Dość długo myślałem, że tylko tam mogę odnaleźć dobry horror, jednakże gdy jakieś dwa lata temu zetknąłem się z opisywaną produkcją studia Microïds, musiałem zweryfikować swoją opinię. Po „Still Life” spodziewałem się typowej przygodówki point’n’click, otrzymałem zaś nie tylko bardzo dobrą grę, ale i znakomitą opowieść z dreszczykiem.

Victoria McPherson, mimo stosunkowo młodego wieku, jest funkcjonariuszką chicagowskiego FBI z całkiem niezłym dorobkiem na koncie. Oto jednak nadchodzi sprawa, która może okazać się dochodzeniem jej życia. Po Chicago grasuje psychopatyczny morderca, który w brutalny sposób morduje kobiety, a następnie pozostawia ich ciała w pozach mogących przywodzić na myśl tytułową martwą naturę. Liczba i częstotliwość morderstw rosną, jednak FBI – mimo podrzucanych przez sprawcę poszlak – nie potrafi pchnąć sprawy do przodu. Wszystko zaczyna stawać się bardziej klarowne w momencie, gdy na strychu ojcowskiego domu Victoria odnajduje pamiętnik swojego dziadka, Gustava McPhersona.

Chociaż pod wieloma względami mamy do czynienia z typową przygodówką point’n’click, „Still Life” wprowadza do dość skostniałego gatunku pewne urozmaicenie – gracz może sterować dwiema postaciami i rozwiązywać dwie różne sprawy. Chociaż kluczowe dla fabuły wydarzenia rozgrywają się we współczesnym Chicago, parokrotnie przenosimy się również do czeskiej Pragi lat 20. ubiegłego stulecia, gdzie Gustav rozwiązywał sprawę podobnych morderstw. Początkowo konieczność rozwiązywania dwóch spraw trochę mnie zdezorientowała i zmieszała (może dlatego, że chwilę przed pierwszą „podróżą w czasie” musiałem zmierzyć się z jedną z najniedorzeczniejszych zagadek w historii point’n’click), jednakże nie dało się nie zakrzyknąć „Hola! Co jest?!” w momencie, gdy praskie wydarzenia zaczęły nabierać rumieńców, akcja zaczęła się zagęszczać, zaś gracz ponownie musiał wrócić do Chicago, do sprawy, która nadal stała w martwym punkcie. Ale i z tym twórcy odpowiednio sobie poradzili – sprawne poprowadzenie akcji zaowocowało tym, że w jednej grze gracz rozwiązuje dwie wciągające sprawy, które wzajemnie doskonale się uzupełniają.

Wciągająca fabuła to jednak nie wszystko, co oferuje „Still Life”. Twórcy postarali się, aby i bohaterowie byli interesujący, co – trzeba przyznać – również się udało. Poza Victorią i Gustavem (notabene głównym bohaterem „Post mortem” – innej udanej przygodówki Microïds) na uwagę zasługują przede wszystkim niejaki Mark Ackerman i Jiří Skalnič, ale nie będę zdradzał, jaką rolę odegrali, aby nie popsuć zabawy potencjalnym graczom. Pochwalić należy także przyzwoitą oprawę graficzną. Chociaż mamy do czynienia z typową dla tego gatunku dwuwymiarowym tłem, po którym poruszają się trójwymiarowe postaci, całość wykonana jest zgrabnie i klimatycznie. Twórcy nie szczędzą graczowi drastycznych widoków rozbebeszonych ofiar, a nawet zatrudnili malarza, aby na potrzeby gry stworzył obrazy fikcyjnego artysty. Plus należy się także polskiemu dystrybutorowi za pełną lokalizację, którą wykonano z gracją i polotem – tłumaczenie stoi na wysokim poziomie, dobór aktorów jest bardzo dobry, a i oni sami spisują się bez zarzutów. Polska wersja jest co prawdę trochę dosadniejsza od oryginału, aczkolwiek tłumacza pochwalić należy za to, że dodane gdzieniegdzie „kurwy” ładnie wpasowują się w całość i nie rażą sztucznością, jak to miało miejsce chociażby w ubiegłorocznym „Alone in the Dark”.

W moim odczuciu „Still Life” jest produkcją niemalże idealną jako przedstawiciel gier przygodowych. Z całą pewnością uznałbym ją za ideał, gdyby nie zbyt wysoki poziom niektórych zagadek. Poziom jest dość nierówny – niektóre łamigłówki są banalne, przy rozwiązywaniu innych z kolei z ust gracza płynie nieustanny potok wulgaryzmów, ale na całe szczęście wszystkie są logiczne i nie zdarzają się sytuacje, w których przy użyciu śrubokręta i sznura trzeba skonstruować śmigło helikoptera. Jeśli o mnie chodzi, wiele „motylich nóg” wyrzuciłem z siebie przy otwieraniu zamka za pomocą wytrycha oraz podczas omijania laserów, jednakże do historii przeszła inna zagadka. Otóż bohaterka musi upiec ojcu ciasteczka, posiłkując się przepisem, w którym konkretne ingrediencje, jak mąkę czy jajka, zastąpiono „miłością” czy „zazdrością”. Z relacji różnych osób wiem, że przy tej zagadce wylano niemało łez, aczkolwiek – wedle słów mojej kuzynki – nie jest ona tak trudna dla dziewcząt, które mogą znać symbolikę „ingrediencji”. Do dziś dziękuję bogu, że za pomocą metody „na chybił trafił” udało mi się tę zagadkę rozwiązać za ósmym podejściem. Najbardziej irytujące jest jednak to, że choć zagadka jest trudna, tak naprawdę w grze znalazła się zupełnie niepotrzebnie, ponieważ do niczego się nie przydaje!

To jednak jedyne wady tej produkcji. Chociaż przy omówionych powyżej zagadkach można zmarnować sporo czasu, reszta gry wynagradza to z nawiązką. „Still Life” jest bowiem tytułem, który wciąga bez reszty już od samego początku, oferując interesującą historię z dreszczykiem, nie bez kozery pod względem klimatu porównywaną do „Vidocq”, „Kolekcjonera kości” czy „Siedem”. Uwierzcie mi, że wielu graczy po kilkunastu godzinach spędzonych w grze z niedowierzaniem obejrzy outro, dziwiąc się: „To już koniec?! Cholera, przecież nie wyjaśniono, kto jest mordercą!” Każdy gracz zapewne ma swoje typy, zaś wszystko rozwiązać powinno się jeszcze w tym roku, gdy światło dzienne ujrzy „Still Life II”.

data: 17:35; 03 listopada 2009     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz