Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Filmy

« powrót
30 Days of Night
(30 dni mroku)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: David Slade
Scenariusz: Steve Niles, Stuart Beattie, Brian Nelson
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2007
Muzyka: Brian Reitzell
Obsada: Josh Hartnett
Melissa George
Danny Huston
Ben Foster

Filmowe adaptacje komiksów, chociaż w kinie obecne od dawna, do dziś przez wielu uważane są za podrzędne gnioty, na które nie warto zwracać uwagi. Nietrudno się temu dziwić, skoro poziom większości z nich jest naprawdę żenujący, ale oczywiście zdarzają się wyjątki, by wspomnieć chociażby o „Sin City: Mieście Grzechu”, „300”, niektórych filmach z Batmanem, części przygód Asteriksa czy gros anime powstałych na podstawie mang. Do takich wyjątków osobiście zaliczam również „30 dni mroku”, chociaż od razu zaznaczam, że do poziomu i klasy takiego „Sin City” sporo mu brakuje.

Jak podaje Wikipedia, Barrow na Alasce to najdalej wysunięte na północ miejsce leżące na terytorium Stanów Zjednoczonych, gdzie nawet przez kilkadziesiąt dni w roku trwa noc polarna. Miejscowość zainteresowała scenarzystę Steve’a Nilesa na tyle, że postanowił w niej osadzić akcję swojego komiksu „30 Days of Night”. Aby było ciekawiej, dodał od siebie kilka „ulepszeń”: gdy nastaje noc polarna, Barrow na trzydzieści dni zostaje całkowicie odcięte od świata. Zamiecie śnieżne uniemożliwiają opuszczenie miasta – jeśli ktoś się na to zdecyduje, czeka go pewna śmierć, ponieważ najbliższa miejscowość oddalona jest o sto dwadzieścia kilometrów. Komiks liczy kilkanaście zeszytów, w tym kilka wydań specjalnych, na potrzeby filmu wykorzystano jednak ogólne założenia oraz kilka ciekawszych, przynajmniej dla filmowców, wątków.

Film rozpoczyna się w wieczór poprzedzający nadejście długonocy. Jak co roku, większość mieszkańców opuszcza miasteczko, aby na miesiąc zamieszkać w lepszych warunkach klimatycznych. Gdy ostatni mieszkańcy spieszą się, aby zdążyć na samolot, miejscowy szeryf, Eben Olemaun, odbiera zgłoszenia o dziwnych wydarzeniach, jakie mają miejsce w okolicy. Ktoś kradnie i spala wszystkie telefony satelitarne, niszczy jedyny dostępny w mieście śmigłowiec, morduje hodowlę psów wyścigowych. Gdy stróżom prawa udaje się skojarzyć ze sobą fakty, jest już za późno – po nastaniu trzydziestodniowego mroku trochę ponad setka pozostałych w Barrow mieszkańców musi stawić czoła czyhającemu w nim złu.

Przed obejrzeniem filmu minimalnie orientowałem się w komiksowym uniwersum, toteż nie bardzo wiedziałem, czego tak właściwie się spodziewać, tym bardziej, że obsada i ekipa zapowiadały, że stać może się wszystko. Możecie wyobrazić sobie moje zaskoczenie, gdy okazało się, że początek zapowiadał naprawdę klimatyczny i warty uwagi horror. Pierwszych kilkanaście minut jest bardzo klimatyczne – zasypane śniegiem, odcięte od świata Barrow ma swój urok, zaś niewidzialne dla widza zło, które zaczyna nękać mieszkańców miasteczka, dodatkowo potęguje atmosferę grozy. I w pewnym momencie cały urok znika – tajemnicze zło materializuje się w postaci groteskowo wyglądających wampirów, które urządzają ludziom krwawą jatkę. To oczywiście prowadzi do sytuacji, w której na placu boju pozostaje garstka ocalałych, którzy zrobią wszystko, aby utrzymać się przy życiu.

I to niestety jest jedną z największych bolączek filmu. Chociaż początkowo wszystko jest klimatyczne i urzekające, stopniowo zaczyna przeradzać się w nudną i schematyczną opowieść. Atmosfera zaszczucia ustępuje walce o przetrwanie, którą to walkę dodatkowo „wzbogacają” interpersonalne problemy pozostałych przy życiu ludzi. Ponieważ przed nimi jeszcze trzydzieści dni nocy, ukrywać będą się na poddaszach i przemieszczać w inne miejsca, aby nie zostać karmą dla krwiopijców. W międzyczasie będą się ze sobą kłócić bądź starali się poukładać swoje sprawy. I tak przez większość filmu. Czasem, dla urozmaicenia sytuacji, ktoś stanie się ofiarą przebrzydłego wampira. Na takim rozwiązaniu film niestety ucierpiał – zamiast klimatycznego horroru, którego spodziewaliśmy się na początku, dostajemy prawie dwugodzinną średnią historię, w której na pierwszy plan po pewnym czasie wychodzi wątek romansowy. Jakby tego było mało, film jest dość długi. Co prawda podczas seansu nie nudziłem się, aczkolwiek gdyby „30 dni mroku” skrócono o jakieś dwadzieścia, trzydzieści minut, film nic by na tym nie stracił. Dodatkowo średnio spodobało mi się zakończenie – finał jest zbyt rozwlekły, przedramatyzowały i trochę cukierkowaty, chociaż nie można mówić o standardowym happy endzie.

To tyle, jeśli chodzi o minusy. Na szczęście zalety biorą górę nad wadami, toteż w ostatecznym rozrachunku „30 dni mroku” uznaję za produkcję dość udaną. Początkowych kilkanaście minut mimo wszystko pozostawiło po sobie pozytywne wrażenie, zaś w dalszej części coś z nich w filmie pozostało – sama atmosfera zaśnieżonego, spowitego mrokiem miasteczka. Duża w tym zasługa przede wszystkim kamerzysty, który zrobił co prawda dość surowe, ale mimo wszystko mogące się spodobać zdjęcia. Ciekawie prezentują się m.in. sceny, w których z lotu ptaka obserwujemy rzeźnię rozgrywającą się na ulicach Barrow. Bez większych zgrzytów prezentują się także pozostałe elementy oprawy technicznej – reżyseria jest sprawna, muzyka i udźwiękowienie trzymają poziom, podobnie jak gra aktorska. Sprawdził się nawet Josh Hartnett – okazało się, że po „Pearl Harbor” i „40 dniach i 40 nocach” błędnie zaszufladkowałem go jako lalusia z romansów. Co prawda jego rola w „30 dniach mroku” nie umywa się do tych z „Helikoptera w ogniu” czy „Zabójczego numeru”, aczkolwiek i tak jest lepiej niż gorzej. Spodobało mi się również to, że zrezygnowano z języka angielskiego w kwestiach mówionych przez wampiry – aktorzy posługują się jakimś „językiem gardłowym”, niezrozumiałym dla widza bez pojawiających się na ekranie napisów.

Chociaż „30 dni mroku” ma swoje wady – przede wszystkim rozwlekłość, zbytnio wysunięty na pierwszy plan wątek romansowy i zmarnowany potencjał – jest jednak filmem, który przyjemnie się oglądało. Co prawda nie umywa się do klasyków kina grozy, ale jako ekranizacja komiksu sprawdza się całkiem nieźle, pozwalając w miarę bezboleśnie spędzić dwie godziny. Oczywiście film nie każdemu się spodoba, ale biorąc pod uwagę to, że – nie licząc głosów profesjonalnych krytyków filmowych – otrzymuje raczej pochlebne komentarze, może warto się nim zainteresować?

data: 18:11; 03 listopada 2009     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz