Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Filmy

« powrót
Riti, magie nere e segrete orge nel trecento...
(The Reincarnation of Isabel)
(Reinkarnacja Izabelli)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Renato Polselli
Scenariusz: Renato Polselli
Produkcja: Włochy
Rok produkcji: 1973
Muzyka: Romolo Forlai, Gianfranco Reverberi
Obsada: Mickey Hargitay, Rita Calderoni, Raul Lovecchio, Christa Barrymore, William Darni

Nurt wampiryczny w kinie włoskim był ( i nadal jest) wręcz marginalny. Pomimo faktu, że pierwszy dźwiękowy film grozy w kraju Felliniego nosił tytuł „I vampiri” właśnie… Lata 60te przyniosły jednak dwie raczej mało obecnie znane pozycje, wyreżyserowane przez Renato Polsellego. W roku 1972 stworzył on całkiem interesujące, choć specyficzne „Delirium Caldo”. Nieco później postanowił zaś pójść z duchem ówczesnej dekady, serwując amatorom mocnych wrażeń koktajl spod znaku „sex and violence”, doprawiony esencją celuloidowej psychodelii…i diabolicznych ceremonii. Tematyka łatwo przyciągająca uwagę? Jak najbardziej!

Niejaki Jack Nelson kupuje zamek położony w malowniczym rejonie Włoch – i zaprasza grupę znajomych (oraz swą pasierbicę)  na przyjęcie. Dość szybko okazuje się jednak, że jego inwestycję ciężko uznać za trafną. Zamek nawiedzony jest bowiem przed ducha czarownicy - Izabelli, spalonej przed 500 laty na stosie przez tłum rozjuszonych wieśniaków. Jeden z gości przyjęcia, Laureen, jest rzecz jasna zwierciadlanym odbiciem unicestwionej (?) wiedźmy. A grupa lokalnych mężczyzn-wampirów ma już przygotowany w zanadrzu diaboliczny plan, związany z jubileuszem. Jest nim wykorzystanie serc siedmiu dziewic (których ciała nie zostały jeszcze zbrukane nasieniem) do ceremonii mającej na celu wskrzeszenie Izabelli. Czy im się to uda? 

To doprawdy film z rodzaju „trzeba zobaczyć, by uwierzyć”. Po pierwsze ze względu na to, iż jego fabuła jest raczej tylko pretekstem do prawdziwego karnawału eksploatacji i psychodelii. Już rozpoczynająca film sekwencja rytuału jest do bólu przerysowana w swej teatralności. Zresztą, „przerysowanie” i groteska są tutaj słowami kluczowymi. Polselli karmi nas mieszanką scen mających na celu napiętnowanie chrześcijańskich zabobonów i prześladowań (ukazanych tu głównie w formie retrospekcji) – z grozą tak niedorzeczną, że aż komiczną. Główny konspirator – jegomość w pelerynie i z krzaczastym wąsem – został po latach, ekhm, wskrzeszony w teledysku grupy Kasabian. Tytułowa wiedźma w początkowych scenach wygląda niczym postać z „Mózgu który nie chciał umrzeć”, wygląd pozostałych „czarownic” też pozostawia sporo do życzenia. A orgie z ich udziałem wręcz irytują nieporadnością tak aktorów, jak i wyraźnie dającego za wygraną reżysera :). Polselli nawet się nie stara udawać, że tworzy dzieło na miarę powiedzmy „Alucardy” – i widz bardzo łatwo mu wierzy. Paradoksalnie jednak, tę produkcję ogląda się wręcz bezboleśnie. Ot, zaklęta w bańce mydlanej lat 60tych odskocznia od szarej rzeczywistości…


data: 21:47; 17 sierpnia 2015     autor: Jakub "Cabal" Zieliński