Filmy
(Great Alligator River, The)
(Wielki krokodyl)
Scenariusz: Cesare Frugoni, Ernesto Gastaldi
Produkcja: Włochy
Rok produkcji: 1979
Muzyka: Stelvio Cipriani
Claudio Cassinelli
Mel Ferrer
Lory Del Santo
Richard Jhonson
„Szczęki” Spielberga wielokrotnie stawały się inspiracją dla innych filmów nurtu animal attack. Szał, jaki ogarnął ludzi po premierze obrazu był olbrzymi, tak więc na fali jego sukcesu powstało sporo tematycznie podobnych produkcji. Można wymienić tutaj takie tytułu jak włoskie „The Last Jaws” (1981), „Orca: The Killer Whale” (1977), „Tentacoli” (1977), czy rozgrywający się już na obszarze lądowym znakomity „Grizzly” (znany również jako „Claws” z 1976 r.). Nie inaczej było i w tym przypadku, gdzie rolę żarłacza białego przejął olbrzymi aligator, w filmie „Great Alligator River”.
Do nowoczesnego hotelu zbudowanego w tropikalnej okolicy przybywa fotograf - Daniel Nessel, mający zrobić zdjęcia dla jednej z gazet. Początkowa sielanka przeradza się jednak w koszmar gdy ginie czarnoskóra modelka Sheena, bowiem okazuje się, że zwiastuje to przybycie olbrzymiego ludożernego gada. Miejscowi turyści będą musieli stawić czoła nie tylko bestii z rzecznej otchłani, ale również miejscowemu plemieniu, obarczającemu winą białych ludzi.
„Wielki Krokodyl” to dość przeciętnej klasy widowisko, którego elementy zostały zaczerpnięte z kina przygodowego oraz horroru, gdzie groza została niestety zdominowana przez miejscami dokumentalny charakter obrazu. Już w początkowych scenach można zauważyć znakomite zdjęcia dzikiej, tropikalnej okolicy oraz nieoswojonych zwierząt począwszy od wodnych, poprzez lądowe a na wirujących w przestworzach kończąc. Niestety reżyser zbyt często ukazuje nam bujną faunę i florę, która choć cieszy oko, to z biegiem czasu wydaje się pełnić rolę zapychacza taśmy. Atmosfera grozy ujawnia się okazjonalnie i zasadniczo ostatnie 30 min. produkcji jest poniekąd godne uwagi, lecz wygląd aligatora rozczarowuje. Stworzono tutaj spory model bestii do ukazywania ataków z udziałem aktorów, oraz miniaturowe makiety, które wszyscy dobrze kojarzą z „Godzili” i jej sequeli. Mamy więc dwa skrajne sposoby przedstawienia rzecznego potwora, w których sprawdza się jedynie model w skali 1:1. Nici z tego, że projekty (makiety) otoczenia wykonane są starannie, skoro aligator to nieruchoma kłoda pływająca do przodu przez wcześniejsze popchnięcie… Jeśli sadzicie, że wygląd gada zrekompensują Wam jego morderstwa okraszone elementami gore, to czym prędzej wybijcie to sobie z głowy. W filmie pechowo nie znajdziecie żadnych mocniejszych scenek, chociaż na otarcie łez w ostatnich sekwencjach pojawi się dość krwawa rzeź z udziałem gada oraz tubylców, w której padnie sporo ofiar. Jest nieco krwawo i dynamicznie, pomimo iż dramatyzmu sytuacji nie odczujemy, a szkoda.
Pocieszenia należy szukać jednak w muzycznym wystroju oraz poniekąd grze aktorów. Ogółem nie jest ono wystarczająco dobre by zamaskować gorsze oblicza filmu, lecz rola uroczej dziewczyny agenta Jej Królewskiej Mości - Basi Bach ratuje obraz przed druzgoczącą klęską. Z wielką przyjemnością oglądałem ją na ekranie mojego odbiornika, rejestrując każdy jeden gest. I w tym momencie powiem Wam, że po ten tytuł należy sięgnąć choćby nawet dlatego, aby zobaczyć ją odzianą w skąpe, na dodatek mokre i prześwitujące ubranko, przywiązaną do drewnianej tratwy pełniącej rolę rytualnej ofiary dla władcy wód. Melodyczna oprawa jak już napomniałem jest rewelacyjna, do czego zresztą włoskie kino zdążyło nas przyzwyczaić. Motywy muzyczne choćby z takich filmów jak „Buio Omega”, „Orca”, „Cannibal Holocaust”, czy „Suspiria” na długo zostaną w sercach widzów, i tak też będzie częściowo w przypadku „Great Aliligator River”. Albowiem pragnę, abyście zwrócili szczególną uwagę na utwór pojawiający się w scenie, kiedy piękna Sheena płynie łódką ze swym wybrańcem nocą, aby odbyć z nim akt świętej kopulacji - po prostu raj dla uszu. Obraz porusza także tematykę odwiecznej walki cywilizacji z tubylcami i ich wierzeniami, a tutaj bardzo to uwidoczniono. Stara legenda o Wielkim Krokodylu zostaje zignorowana, co doprowadza do miejscowego buntu dzikusów, finalnie zakończonego masową masakrą na niewinnych turystach. Ukazano także na przykładzie jednostki utratę wiary w Boga, zdominowanej przez przeraźliwy strach i plemienny kult. Cofnijmy się jeszcze jednak na sam początek mojej pracy, gdzie wspomniałem że film ten powstał dzięki sukcesowi „Szczęk”, gdyż z łatwością da się to zauważyć. Praca kamery widziana oczami krokodyla zachowuje się tak, jak sceny otwierające produkcję Spielberga, a otoczki fabularne jak można dostrzec różnią się niewiele. Wybuchowy finał już do końca sprawia, że czujemy się jakbyśmy obejrzeli nowe oblicze „Jaws”, tylko ze zmienioną lokacją, bohaterami, muzyką i głównym monstrum.
Aby w pełni jednak poczuć klimat tego włoskiego kiczu należy zaopatrzyć się w taśmę legendarnego dystrybutora - Imperial, gdyż to on odpowiedzialny jest za wydanie tego tytułu. Powiększony kadr panoramiczny, lektor drętwie tłumaczący dialogi i bardzo kiepski montaż to jedne z „wadliwych zalet” tej produkcji, którą oczywiście przez niektóre względy polecam. Szkoda tylko, że obraz zdominowały zdjęcia przyrody, oraz przygoda w tle. Gdyby autorzy wcześniej obejrzeli „Wyspę ludzi - ryb” duetu Martiego i Drakera z pewnością zobaczyliby, że można wszystko pogodzić, nie tracąc na ogólnym wydźwięku.