Filmy

« powrót
Eye of the Beast
(Oko bestii)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Gary Yate
Scenariusz: Mark Mullin
Produkcja: USA, Kanada
Rok produkcji: 2007
Muzyka: Justin Maxwell
Obsada: James Van Der Beek
Alexandra Castillo
Brian Edward Roach
Larissa Tobacco

W roku 2006 stacja Sci-Fi Channel wpuściła na rynek film traktujący o gigantycznej kałamarnicy pt. „Kraken: Tentacles of the Deep”. Odbił się on jednak bez echa, choć na tle innych tytułów tegoż kanału był całkiem strawnym połączeniem przygody oraz grozy. Zaledwie rok później, ta sama stacja postanowiła zaatakować powtórnie, przywracając olbrzymiego głowonoga znów do życia. Wynikiem tego jest „Eye of the Beast”. Co z tego wyszło? Czy rezurekcja straszydła spod szklanej powierzchni wody jest dowodem na to, iż Sci-Fi Channel uczy się na błędach a nie powtórnie zjada swój ogon? Przekonajcie się o tym sami sięgając po mój tekst. 

Inspiracją autorów do nakręcenia tegoż filmu była bez wątpienia opowieść Petera Benchley’a „The Beast”, oraz jej znakomita (uwaga!) telewizyjna ekranizacja Jeffa Blecknera. Fabularne tło jest niemalże identyczne, z tą różnicą, że zmieniono usytuowanie akcji. „Eye of the Beast” opowiada bowiem historię małego miasteczka leżącego nad olbrzymim jeziorem w Kanadzie, którego sielankowe życie przerywa legenda o morskim potworze, będąca nad wyraz prawdziwa. Wpierw zaczynają ginąć ryby, do mieściny przybywa ambitny biolog, kolejno pojawiają się pierwsze ofiary itd. Zupełnie jak w opowieści Benchley’a.

„Eye of the Beast” był bardzo obiecującym filmem. Drobne morderstwo na deser wykonane przy pomocy gumowych ramion, tajemnicza historia opowiedziana przez miejskiego rybaka o potworze z jeziora - to wystarczająco by sprawnie splątać widza mackami fabuły. I to nawet do tego stopnia, że nie będzie potrafił oderwać wzroku od ekranu, gdyż całość początkowo układa się w bardzo przemyślnie zrealizowaną historyjkę. Nie przeszkadza nawet chwilowa sztuczność ujęć z zastosowaniem techniki CGI (Computer Generated Images), czy choćby taka drobnostka jak brak uroczych dam. W „Kraken: Tentacles of the Deep” mogliśmy przynajmniej podziwiać seksowną Victori Pratt i Kristi Nagus a tutaj mamy zaledwie męską gwiazdę serialu młodzieżowego „Jezioro marzeń”. Mowa o Jamesie Van Der Beeku, który starał się godnie oddać postać uczniaka jakiegoś instytutu oceanografii, chcąc bohatersko zapobiec tragedii miasteczka i jego mieszkańców.

Film z każdą chwilą coraz bardziej eksponuje swój zróżnicowany klimat. Obłoki mgły przedzierające się przed scenerię, zaginięcie ojca dwójki dzieci w promienistym słońcu bezchmurnego nieba, czy tragedia kutra rybaków pod osłoną nocy sprawnie skupiają uwagę. W tle huczy nawet konflikt narodowościowy, czy problemy gospodarcze małej mieściny, a mają one za zadanie uchwycić tragedię i zakłopotanie jego mieszkańców, oraz ukazać swego rodzaju powagę i dramatyzm sytuacji. Jeśli mowa już o zakłopotaniu, to poczułem je, gdy z każda kolejną chwilą na ekranie pojawiały się macki, macki, macki, i znów macki… no i oczywiście macki (a konkretnie para macek). Owianie tak wielką tajemnicą wyglądu bestii było katastrofalnym posunięciem, które skutecznie zaważa na ostatecznym odbiorze. Specjaliści od gumowych ramion byli chyba tak zauroczeni ich wyglądem, że zapomnieli o całej reszcie. Bohaterowie szprycują w nie ołowiem, tną, przebijają, uderzają i cokolwiek tylko mogą. Zasadniczo to miejscami było dość drastycznie, lecz trochę krwi czy widok rozdartej buźki rybaka nie zrekompensuje ciągłego widoku pary odnóg kałamarnicy. W „It Came from Beneath the Sea” ze względu na brak wystarczającego budżetu z ośmiornicy stworzono „sześciornice”, we włoskich „Tentacoli” sprawnie wpleciono ujęcia z filmów przyrodniczych, a tutaj z widzów zrobiono półdebili każąc im przez bite półtorej godziny gapić się na pełzające, zielonopodobne ramiona. Choć wykonanie przywołuje na myśl niskobudżetowe obrazy klasy B, to nadmiar ich eksponowania jest drażniący. Sama wielkość macek daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z dosłownie OLBRZYMIĄ kałamarnicą, lecz dodatnie kilka(dziesiąt) ton i metrów do głównych kreatur obrazów tego pokroju zawsze było wszechobecne. Nie można jednak kompletnie zanegować istnienia tak wielkiego głowonoga, gdyż nasza wiedza n/t tychże zwierząt jest stosunkowo niewielka i odnotowano przypadki wyrzucenia na brzeg wielkich rozmiarów zwłok. Taka sytuacja miała miejsce choćby nawet w Nowej Zelandii gdzie ciało osobnika dochodziło prawie do 20 m długości, z czego 90% stanowiły ramiona.

Finałowy pojedynek człowieka z naturą podobnie jak cały wachlarz innych motywów przywołuje opowieść Petera Benchley’a, i dobrze, bo bez niej z pewnością byłoby znacznie, znacznie gorzej. Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Treść zamyka na ironię old schoolowy napis wydarty niczym z kultowych filmów spod znaku monster movie lat pięćdziesiątych: „The End”, choć nijak pasuje on do ogółu, gdyż obraz z pewnością nie był realizowany w myśl struktury tamtejszych klasyków. Mimo wszystko warto po niego sięgnąć. Co prawda między wielokrotnie przeze mnie wspomnianą „Bestią” Jeffa Blecknera dzieli go bezkresna przepaść, lecz w stosunku do „Krakena…” ma się całkiem nieźle. Seans upływa miło i bez przeraźliwego znużenia, więc dla tych, którzy lubią opowieści z cyklu animal attack/ monster movie jest on wprost wskazany. W końcu, liczbę powstałych filmów o gigant squidach można zliczyć na palcach jednej dłoni…

data: 13:51; 03 listopada 2009     autor: Judith Myers

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com

porady finansowe | nieruchomoœci suwałki | strzyżenie | Dzwonki |