Filmy
Scenariusz: Martin Berkeley
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1957
Muzyka: Irving Gert
Craig Stevens
Alix Talton
Donald Randolph
Pat Conway
Kiedy początki horroru zdawały się być na tyle ugruntowane, że wydawać się mogło iż nic nie złamie żelaznych zasad niemieckiego ekspresjonizmu, nastała nowa era. Lata ’50 w kinematografii grozy dosłownie zerwały z konwencją początkowych dreszczowców, przywołując nowy, w dzisiejszych czasach wręcz kultowy (choć coraz częściej zapominany) gatunek – monster movie. Popularność tego typu filmów w pierwszej kolejności zawładnęła Stanami Zjednoczonymi gdzie panował czas zimnej wojny, a w dalszej kolejności Japonią. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że sylwetka „Godzili” inspirowana była filmem „The Beast From 20,000 Fathoms” rodem z USA. Tak czy siak, inwazja potworów zalała ekrany kin, a jednym z obrazów pochodzących z tamtejszego okresu jest w dosłownym tłumaczeniu „Zabójcza modliszka”.
Wybuch jednego z wulkanów powoduje na biegunie południowym rozpadnięcie się olbrzymiego lodowca, w wyniku czego zostaje uwolniony prehistoryczny stwór potężnych rozmiarów. Po zrównaniu z ziemią bazy wojskowej rusza wprost do Nowego Jorku. Walkę z siejącą spustoszenie modliszką podejmuje armia wspierana przez grupę paleontologów.
„The Deadly Mantis” jest doskonałym przykładem filmu stworzonego w idealnym stylu pozostałych produkcji tego pokroju. Zrealizowany w roku 1957, miał za sobą kilka innych dzieł, na których mógł opierać swój scenariusz i konstruktywnie posuwać dalszy rozwój akcji. Przed nim bowiem ludzkość stawiała czoła zagrożeniu pochodzącemu z takich tytułów jak choćby: „Them!”, „Tarantula”, „The Beast with a Million Eyes”, „It Came from Beneath the Sea”, „Rodan” czy wspomnianym wcześniej „The Beast From 20,000 Fathoms”. Jak w pokrewnych produkcjach tego gatunku, akcja rozwija się dość powolnie, by w końcówce widz mógł w końcu zobaczyć tytułowe monstrum. Jest to bardzo charakterystyczne zagranie, podobnie jak ingerencja wojska do walki z wynikającym zagrożeniem. Amerykanie bardzo często wykorzystują ten motyw, wiążący się ściśle z okresem „zimnej wojny”, podobnie jak raz za razem akcentują miłosny wątek rozkwitający gdzieś w dalszym planie. Początkowo subtelnie, z przymrużeniem oka, jako swego rodzaju podłoże (lata te to również czas powstawania musicali, w których uczucia grały nadrzędną rolę) uwidacznia się dopiero w końcowych scenach. Zresztą często bywało tak, że produkcję zamykała para kochanków wtulonych w namiętnym uścisku i klasycznym pocałunku, lub refleksyjne zdanie (tudzież pytanie retoryczne) jak to miało miejsce w „Them!”: „Zrzucając pierwszą bombę atomową, otworzyliśmy drzwi do zupełnie nowego świata. Kto wie, co się jeszcze za nami kryje?”. „The Deadly Mantis” znany również w Europie jako „The Giant Mantis”, także składa się z tego typu ujęć.
Pomimo, że film jest schematyczny i kurczowo trzyma się wszystkich składników ze swoich poprzedników, to jest on niezwykle sprawnie zrealizowany pod każdym względem. Swego rodzaju monotonia zresztą często jest charakterystyczna dla danych nurtów, jak to można dostrzec np. w slasherach. Nie liczy się wtedy sam kontur fabuły, lecz wszystkie pierwiastki które tworzą całość oraz ich wykonanie. W tym przypadku „…Modliszka” składa się z bardzo dobrze odtworzonych efektów specjalnych, oraz świetnie wykonanego modelu jej samej. Film obfituje w spektakularne jak na tamtejsze czasy ujęcia podniebnej walki samolotów bojowych z przerośniętym owadem, która została stworzona przez nałożenie na siebie dwóch kadrów. Powietrzne sekwencje zostały wykonane równie ekscytująco jak w romantycznym „Top Gunie” – bez wątpienia najlepszemu obrazowi o tematyce walk w przestworzach (te porównanie będzie chyba najlepszą rekomendacją). Aby oddać wszelkiego rodzaju żywotność modliszki nie zastosowane efektów poklatkowych – cieszące się wtedy sporą popularnością - lecz skonstruowano ruchome modele, a w niektórych scenach drobne makiety. Jk wiadomo, władze miasta w którym kręci się film często nie pozwalają na różnego typu scenariuszowe ewolucje, o czym przekonał się zresztą sam James Cameron kręcąc dzieło swego życia: „Terminatora”. Zabójczy osobnik dość spektakularnie niszczy dobytki ludzkości, a ujęcia z makietami ujawniają się np. w scenie, podczas gdy modliszka demoluje środki lokomocji. Śmiem nawet twierdzić, że w niektórych miejscach na planie pojawiło się realne zwierzę, gdyż sposób jej poruszania się jest wielce lekki i nieskrępowany.
Tytułowe straszydło wydaje z siebie całe mnóstwo wysokotonowych dźwięków, które do złudzeń przypominają ryki T. Rexa z słynnego „Jurassic Park”. Hipotetycznie założę więc, że uzyskano je w ten sam sposób jak produkcja Spilgbera – poprzez strącenie ciężarówki z wysokiej skarpy, a dokładnie dzięki jej wyginającej się i miażdżonej konstrukcji. Kto wie, może to właśnie spece od efektów specjalnych „JP” zapożyczyli ten pomysł z „The Deadly Mantis”?
Wymowną atmosferę obrazu sprawnie formuje czarno – biała taśma, tworząca kultowy klimat oraz instrumentalna muzyka Irvinga Gertza. Produkcje starej daty generalnie zawsze prezentują gustowny styl gry aktorskiej, i szarmancki oraz bohaterski szkic postaci. W tym przypadku „The Deadly Mantis” również nie odbiega od tej zasady, przez co nie mamy do bólu sztampowych sylwetek, będących zaledwie pretekstem do morderczego występu prehistorycznej bestii. Podobnie jak poprzednie oraz kolejne obrazy tej kategorii, „Zabójcza Modliszka” już w dzisiejszych czasach nie straszy. Czas skutecznie odcisnął na niej piętno, stąd jest ona teraz niczym więcej niż kolejnym ogniwem uzupełniającym wiedzę o gatunku. Ogniwem może nie tak bardzo ważnym jak legendarne „Them!”, ale nadal bardzo pomyślnie zmajstrowaną historyjką, będącą doskonałym przykładem powielania schematów z dobrym skutkiem.
Pozostaje mi zatem bez ogródek polecić ten tytuł wszystkim, którzy szukają w kinie czegoś więcej niż hucznych strzelanin, wszechogarniających efektów komputerowych i natłoku bezmyślnej akcji w kategorii PG – 13. Film Nathana Jurana z całą przychylnością zasługuje na uwagę!