Filmy
Scenariusz: Andreas Schnaas, Ted Geoghegan
Produkcja: Niemcy
Rok produkcji: 2003
Muzyka: Function Zero, Marc Trinkhaus
Felissa Rose
Andreas Schnaas
Andreas Schnaas jest już żywą legendą niemieckiego kina gore – któż z miłośników europejskiego horroru nie pamięta jego trylogii “Violent Shit” oczy też znakomitego „Demonium” ? Właśnie ten ostatni obraz zapoczątkował nowy rozdział w karierze Schnaasa, a to za sprawą budżetu w wysokości 2 milionów dolarów, który pozwolił Niemcowi na rozwinięcie skrzydeł. Także kolejna jego produkcja, „Nikos the Impaler” z 2003 r., stoi na zdecydowanie wyższym poziomie niż kręcone przy ultra niskim budżecie obrazy z lat 90. A dodawszy do tego ułańską fantazję Schnaasa, efekt okazał się niezwykły.
Rumunia, 1002 r. Uzurpator Nikos, odpowiadający za krwawe mordy ludności na terenach obecnej Rumunii i Węgier, zostaje stracony. Tuż przed śmiercią przysięga jednak iż powróci aby dokonać zemsty. Tysiąc lat później w Nowym Jorku odbywa się wystawa sztuki rumuńskiej. Chcący ukraść z zaplecza eksponaty złodziej wdaje się w strzelaninę ze strażnikiem, która kończy się śmiercią tego ostatniego. Niestety, krew obryzguje pudła z eksponatami i ścieka na dawną maskę Nikosa, przywracając go w ten sposób do życia. Po dokonaniu krwawej rzezi na terenie wystawy średniowieczny wojownik rusza na ociekający posoką podbój Nowego Jorku …
Nikt, kto wszedł w choćby pobieżny kontakt z twórczością Andreasa Schnaasa nie będzie zdziwiony faktem iż „Nikos the Impaler” to w pierwszej kolejności krwawa jatka. Scen gore jest tu całe mnóstwo, a dominują wśród nich dekapitacje, rozcięcie mieczem na pół oraz wylewające się z ran szerokim strumieniem wnętrzności. Wykonanie tych efektów, choć nadal mocno kiczowate, stoi już na nieporównanie lepszym poziomie niż gore z takich wczesnych filmów Schnaasa jak choćby „Violent Shit” (1989) czy „Zombie ‘90: Extreme Pestilence” (1991). Nieźle prezentuje się również wygląd mordercy, który odziany jest w zbroję oraz hełm przypominający nieco maskę Karla the Butchera z trylogii „Violent Shit”, a za główny oręż służy mu masywny miecz. Krwawym wyczynom Nikosa przygrywają całkiem dobre kompozycje formacji Function Zero, oraz typowo metalowe utwory skomponowane przez Marca Trinkhausa, stałego współpracownika Schnaasa. W filmie nie brak też nawiązań do klasyki oraz wcześniejszych filmów Niemca – w wypożyczalni filmowej jeden z bohaterów pyta, czy jest dostępna kopia „Bloodsucking Freaks”, a w kinie grane są takie filmy jak „Demonium” czy „Zombie Doom” (reżyserem obu był oczywiście sam Schnaas – fragment tego ostatniego ujrzymy nawet w scenie na sali kinowej).
Gra aktorska jest niesłychanie słaba, jednak zważywszy na konwencję nie była tu ona na dobrą sprawę istotna. Pośród wybitnie komicznych momentami „popisów” aktorów wspomnieć należy pojawienie się w jednej z głównych ról samej Felissy Rose, którą miłośnicy kina grozy pamiętają bez wątpienia jako Angelę ze słynnego campslashera „Sleepaway Camp”. Na ekranie pojawił się też sam Andreas Schnaas odgrywający, a jakżeby inaczej, rolę Nikosa.
Jak już wspomniałem, z uwagi na konwencję w ramach której nakręcony został „Nikos the Impaler” jestem w stanie przymknąć oko na takie elementy jak fatalna gra aktorska czy nielogiczności scenariusza. Szkoda jednak, iż niemiecki reżyser kilkukrotnie wykorzystał tanie efekty CGI (najbardziej rażą one w oczy w zupełnie niepotrzebnej scenie eksplozji samochodu). Stanowią one bodaj największy mankament filmu, kompletnie nie licując z całkiem nieźle momentami wykreowanym klimatem.
Cóż więcej dodać ? „Nikos the Impaler” przeszedł już do kanonu niemieckiego kina gore, stanowiąc swego rodzaju kwintesencję krwawego kiczu charakteryzującego twórczość Andreasa Schnaasa. Krwawa rzeź z rumuńskim wojownikiem w roli głównej nie jest oczywiście pozbawiona błędów, ale dla fanatyków kina gore jest to pozycja trudna do pominięcia.