Filmy
Scenariusz: Rob Zombie
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2009
Muzyka: Tyler Bates
Danielle Harris
Brad Dourif
Sheri Moon Zombie
Malcolm McDowell
Rob Zombie i jego nowe „Halloween” zasiały konkretny zamęt w horrorowym światku. Co prawda gdzieś w tej rozgorączkowanej zabawie, agresywnym montażu i sporej – niekoniecznie w aspekcie graficznym – brutalności, Zombie zgubił wdzięk Carpentera, który nakręcił przecież bezprecedensowy slasher. Muzyk w potyczce z legendą wyszedł mimo wszystko obronną ręką, a w jednym z wywiadów na pytanie, czy ma zamiar nakręcić sequel, odparł zdecydowane NIE. Jak widać, obiecywać nic nie kosztuje, więc Myers będzie jeszcze musiał spokojnie zaczekać z odejściem na zasłużoną emeryturę. Zombie postanowił rozpędzić rollercoaster z przygodami przeklętego miasteczka Haddonfield dalej, w wyniku czego na ekranach kin powtórnie zjawili się dr Loomis i cała halloweenowa zgraja.
Historia rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie reżyser poprzednio ją zakończył. Nocą pustymi ulicami włóczy się zakrwawiona Laurie, która jeszcze chwilę temu wpakowała kulę w łeb Myersowi. Roztrzęsioną i wymłóconą jak zeszłoroczne zboża dziewczynę znajduje szeryf Brackett, po czym zostaje ona przetransportowana do okolicznego szpitala. Michael z dziurą w głowie ląduje natomiast w plastikowym worku. Nikt jednak nie przypuszcza, że terror tak naprawdę dopiero się zaczyna…
Przyznam się, że początkowo uważałem nakręcenie sequela za coś kompletnie niepotrzebnego, a Roba posadzonego na reżyserskim stołku rychło posądziłem o skok na łatwą kasę. Próba opowiedzenia historii na nowo wydawała mi się być po prostu jednorazowym sprawdzianem, ponieważ, na dobrą sprawę, po co tworzyć kolejnego tasiemca w stylu „Piły”, bazującego na niespodziewanym sukcesie części pierwszej (w tym przypadku remake’u)? Zombie podszedł jednak do swojej kontynuacji z dużym zasobem tematycznym, i o ile nowe „Halloween” pokazywało historię w innym świetle, obnażając przy tym genezę psychozy Myersa, o tyle „Halloween II” jest jeszcze bardziej wyjątkowe w swojej treści. Tutaj jawa miesza się ze snem, a dzień przenika z nocą. Wszystko może okazać się kompletnie abstrakcyjne. Reżyser śmiało pogrywa sobie z widzem, podając mu w początkowych sekwencjach sporą dawkę szablonowego kina po to, by kilka minut później pogrzebać utarty schemat i zręcznie żonglować nim na nowo. Mamy więc bezpośrednie odwołanie do głośnej kontynuacji historii Carpentera nakręconej w 1981 roku przez Ricka Rosenthala – Zombie akcje ze zbroczonych krwią uliczek Haddonfield przenosi do zatopionego w klaustrofobicznym klimacie szpitala. W nim natomiast, z wdziękiem Jamie Lee Curtis, przed swym przeznaczeniem uciekać będzie Scout Taylor-Compt, a epizod ten rockman rozwija z dużym wyczuciem.
„Halloween II” opowiedziane jest tak naprawdę z perspektywy Laurie Strode. To na niej przede wszystkim skupia się film i to ona jest jego mianownikiem. Muzyk wnika w jej podświadomość, sprowadzając częstokroć widzów na bezdroża, przez co niejedna scena okaże się sennym mirażem czy wytworem wyobraźni bohaterki. Fakt, że będziemy mieli do czynienia z nietypowym slasherem, reżyser ujawnia już na początku, definiując zjawisko białego konia w oparciu o „Podświadomą psychozę snów”, które bezpośrednio odwołuje do sylwetki Laurie. Bohaterka po traumatycznej wigilii Wszystkich Świętych nie może dojść do siebie, przeradzając się z uroczej opiekunki dla dzieci w pomyloną lekomankę, która regularnie uczęszcza do psychiatry, by dzięki prochom poradzić sobie z widmem przeszłości. Zresztą nie tylko ona przechodzi wewnętrzną metamorfozę. Zombie bezpardonowo pokazuje wszystkie dotychczasowe postaci w zupełnie nowym świetle. Deborah Myers z obleśnej striptizerki przeradza się w stęsknione rodziny widziadło, a sam Michael jest jeszcze bardziej ludzki niż dotychczas. Najciekawszą zmianę przechodzi jednak Sam Loomis, który w kontynuacji staje się cynicznym karierowiczem zarabiającym dodatkowo grubą forsę na tragedii z Haddonfield. Z pragnącego pomóc doktorka w przydługawych włosach znanego z „Halloween” wychodzi z niego podły do szpiku kości skurwysyn, bezduszna hiena show-biznesu z monopolem na krzywdzenie innych w imię pieniądza.
Rob Zombie stanął na rzęsach, by jego kontynuacja nie była szablonową jatką o mordercy z kuchennym nożem. Świetnie zmontowane sceny śmierci, genialne flashbacki czy trochę tu i ówdzie krwawo, a zarazem realistycznie wykonanych morderstw sprawiają, że obcowanie z filmem staje się prawdziwą przyjemnością dla widzów z lekko skrzywionym pojęciem estetyki. Jednak fani zapatrzeni w Carpenterowski oryginał zapewne „Halloween II” przyjmą ozięble, co zresztą widać po zamieszczonych w Internecie komentarzach i ocenach. Czepialscy zarzucą mu brak muzycznego motywu przewodniego, narzekać będą na nowy zarys bohaterów, czy w końcu skrzywią się na widok i odgłosy Myersa, którego kilkakrotnie będzie można oglądać oko w oko i to bez maski. Dla mnie nie miało to jednak żadnego wpływu na czerpanie przyjemności z seansu, choć zmiana aktora grającego młodego Myersa czy zapychające rolkę filmową chwile koncertu z odwołaniem do „Rocky Horror Picture Show” (1975) nieco działały mi na nerwy.
Jak zatem pokrótce skonkludować „Halloween II”? Mówiąc wprost, uważam, że kontynuacja w swojej kompozycji bezlitośnie pożera remake, a jej uniwersum zawiera praktycznie to, co najlepsze. W filmie bowiem wszystko nabiera w szczególności nowych kształtów i znaczeń – bohaterowie, fabuła, soundtrack, nadnaturalne przerywniki. Nawet dająca się usłyszeć ballada The Moody Blues „Nights In White Satin” po seansie nigdy nie będzie brzmieć już tak samo, podobnie zresztą jak przejmujący cover Nan Vernon „Love Hurts”, od którego aż chciało mi się wyć. „Halloween II” po prostu trzeba zobaczyć.