Filmy
Scenariusz: Jennifer Brugman, William Martin, Jason D. Morris
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2008
Muzyka: Matt Gatsos, David R. Morris
Sheila Kraics
Geof Libby
Jessica Marie
Zamiłowanie do niskobudżetowych horrorów doprowadziło mnie do obejrzenia rozmaitych obrazów z różnych zakątków świata. Nie brakowało pośród nich perełek, ale i produkcji kompletnie nieudanych, których twórcy nie mieli ani talentu, ani pomysłu który pozwoliłby stworzyć za pomocą niewielkich nakładów finansowych interesujący obraz. Zadaniu temu nie podołał także Jason D. Morris, którego horror „Hell House: The Book of Samiel” zostało co prawda wydane pod szyldem słynnego Brain Damage Films, lecz jest filmem – co tu dużo mówić – miernym.
Fabuła do oryginalnych nie należy – w położonym na odludziu domu przed dziesięcioma laty popełnione zostało brutalne morderstwo na parze kochanków. Przyczyny tej tragedii oraz zagrożenie czające się wewnątrz budynku zna pewna wróżbitka, jednak grupa młodych ludzi udających się we wspomniane miejsce ani myśli słuchać jej ostrzeżeń. Nie zaskoczę chyba nikogo zdradzając, iż po przekroczeniu progu tytułowego domu przez naszych bohaterów w opustoszałych dotychczas wnętrzach uaktywniają się złowrogie siły.
Daleki jestem od ganienia Jasona D. Morrisa za to, iż nie zdobył się na opowiedzenie bardziej oryginalnej historii. Filmy w których ograny schemat został dobrze zrealizowany również zasługują na uznanie, jednak „Hell House: The Book of Samiel” zdecydowanie się do nich nie zalicza. Przede wszystkim, z ekranu przez dłuższy czas bije zabójcza wręcz nuda – nieciekawi bohaterowie uskuteczniają infantylne konwersacje snując się po pokojach tytułowego budynku, podczas gdy widz zaczyna niecierpliwie spoglądać na zegarek, mając nadzieję, iż akcja nabierze w końcu rozpędu. Niestety, kiedy tak się w końcu dzieje, jest jeszcze gorzej – wszelkie namiastki atmosfery grozy znikają za sprawą koszmarnych efektów cyfrowych (jakkolwiek ich mdły przedsmak mamy już w jednej z początkowych scen), wobec których nawet filmy dawnego Sci-fi Channel urastają do rangi arcydzieł w kategorii efektów specjalnych. Nieliczne krwawe sceny, za które odpowiadała niemal zupełnie anonimowa w świecie kina grozy Alicia Ramos, do spektakularnych się nie zaliczają i w dużej mierze ograniczają się do usmarowania ofiar odrobiną czerwonej farby. Znęcając się nad obrazem Morrisa można wspomnieć jeszcze o grze aktorskiej, a raczej jej braku, jednak ziewający, a w końcowej fazie filmu z odrazą odwracający twarz od fatalnych efektów cyfrowych widz zapewne nie będzie już na to zwracał uwagi.
Do nielicznych pozytywnych aspektów „Hell House: The Book of Samiel” zaliczyć należy ścieżkę dźwiękową. Skomponowana przez Matta Gatsosa, stałego współpracownika Morrisa, wespół z samym reżyserem muzyka jest w rzeczy samej dość klimatyczna – aż żal, iż została wykorzystana w tak marnym filmie. Na siłę do plusów mógłbym także zaliczyć wdzięki Jessiki Marie, które prezentuje ona na ekranie dość często, jednak są zdecydowanie zbyt błahą przesłanką aby wchodzić w bliższy kontakt z filmem Jasona D. Morrisa.
Z przykrością stwierdzam, że „Hell House: The Book of Samiel” jest jednym z najsłabszych filmów wykorzystujących motyw nawiedzonego domu jakie kiedykolwiek oglądałem. Widzów zainteresowanych tą tematyką w niskobudżetowym, niezależnym wydaniu odsyłam do takich tytułów jak „Fear House” Michaela R. Morrisa, „Death of a Ghost Hunter” Seana Tretty czy też szwedzki „The House at the End of the Road”. Choć istnieją znacznie gorsze filmy niż ten, który proponuje nam Jason D. Morris, nie widzę absolutnie żadnego powodu, aby seans tych popłuczyn po wyżej wymienionych tytułach miał stać się dla któregokolwiek z widzów priorytetem.