Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Filmy

« powrót
Hallow's End
(Miasteczko Halloween)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Jon Keeyes
Scenariusz: Chris Burdick
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2003
Muzyka: David Rosenblad
Obsada: Stephen Cloud
Brandy Little
Amy Jo Hearron
Amy Morris
Matt Moore

Ktoś kiedyś powiedział mi, że moje zdzierstwo wpędzi mnie do grobu. Odpowiedziałem wtedy, że kupowanie filmów, książek czy gier w momencie, kiedy ich cena jest wyjątkowo niska, to nie zdzierstwo, a zwykłe wykorzystywanie okazji. Wychodzę bowiem z założenia, że nawet jeśli kupiony przeze mnie produkt będzie słaby, to i tak za niego nie przepłaciłem. Zdarzają się jednak tytuły, które każą mi owe założenie zweryfikować, zaś kosztujące piątaka „Miasteczko Halloween” (dystrybutor powinien beknąć za nawiązanie do „The Nightmare Before Christmas”!) to właśnie znakomity tego przykład.

Fabuła filmu rozpoczyna się na kilka dni przed Halloween, kiedy to członkowie jednego ze studenckich bractw przybywają do zapuszczonego magazynu, aby przerobić go na „atrakcję turystyczną”, mającą zabawiać ludzi podczas zbliżającego się święta. Studentom pomaga starszy osobnik znany jako Pumpkin Jack, który ofiaruje młodzieży szpargały mogące przydać się jako dekoracje. Wśród przedmiotów znajduje się tajemnicza księga, mająca rzekomo czarnoksięskie właściwości. Któryś z młokosów robi użytek z księgi, wskutek czego w halloweenowy wieczór przebierańcy zamieniają się w to, za co się przebrali. Magazyn zapełnia się wampirami, zombies, maniakalnymi mordercami i innymi nieprzyjemnościami, z którymi uporać musi się garstka osób, która nie przywdziała żadnego kostiumu.

Jeśli przeczytaliście powyższy opis, dość zbliżony do tego, który zamieszczono na okładce polskiego wydania DVD, to na dobrą sprawę nie musicie już „Miasteczka Halloween” oglądać. Powód? Fabuła została poprowadzona bardziej niż fatalnie, więc coś zaczyna dziać się dopiero około sześćdziesiątej minuty. Dość powiedzieć, że w połowie seansu mamy dopiero jednego trupa (nie licząc tych z prologu), który pożegnał się z tym światem w wyjątkowo mało efektowny sposób, a w dodatku... poza kadrem. Przez dobre pięćdziesiąt kilka minut obserwujemy przygotowania młodzieży do halloweenowej imprezy i jej przebieg, czemu towarzyszą drętwe dialogi i kompletna nuda. Co nam bowiem zaproponowano w tym niby-horrorze? Zapoznanie się z bohaterami i tym, jak to bardzo są oni nieszczęśliwi, skrzywdzeni przez życie, wspaniali, zagubieni itd. (niepotrzebne skreślić) Takie założenie sprawiło, że „Miasteczko Halloween” znalazło się na niechlubnej liście filmów, które z biedą obejrzałem do końca, wymuszając przerwę w połowie i powrót doń dopiero następnego dnia. Do nieumiejętnie poprowadzonego scenariusza i nudy dodajcie jeszcze masę głupot, jak chociażby okraszony sceną damsko-damskiego seksu głupi i wciśnięty na siłę wątek lesbijski, przez co jeszcze bardziej osłabia i tak już bardzo wątłą konstrukcję fabularną omawianego potworka.

„Miasteczko Halloween” trafiło do Polski za sprawą IDG, które na okładkach swoich filmów zamieszcza przekomiczne nieraz rekomendacje wyszperane w Internecie. W przypadku „Hallow’s End” najwidoczniej nie mogli znaleźć niczego bardziej pochlebnego od „rewelacyjne zdjęcia i muzyka”, która to opinia była bardzo na wyrost. Powiedzieć o osobach, które widzimy na ekranie, że są aktorami, to zbezczeszczenie nazwisk Jamesa Deana, Marlona Brando czy Johnny’ego Deppa, zaś pochwalenie zdjęć, muzyki bądź scenografii obraża pracę osób, które napracowały się przy „Parnasussie” czy nawet pierwszym lepszym „Indianie Jonesie”.

Niby leżącego się nie kopie, ale pozwólcie, że spełnię swoje sadystyczne zapędy i jeszcze przyłożę tej produkcji. Jeśli ktoś nastawi się na horror, bardzo srodze się zawiedzie. Nie dość, że elementy typowo horrorowe rozkręcają się dopiero w jednej trzeciej seansu, to zostały zrealizowane równie słabo, jak cała reszta. Charakteryzacja upiorów jest słaba, sceny takie pozbawione są jakiegokolwiek napięcia i grozy, w dodatku zagrano je tak samo żałośnie, jak całą resztę. Naprawdę nieczęsto zdarza mi się obejrzeć film, którego wielki finał jest mniej ekscytujący od słuchania latającej po pokoju muchy... Niechaj to ostatnie zdanie posłuży za najwłaściwszą antyrekomendację dla „Hallow’s End”.

Żeby było śmieszniej, żenadę tego filmu jeszcze bardziej podkreślił polski dystrybutor, który wydanie DVD zaopatrzył w napisy najwidoczniej ściągnięte z Internetu bądź przepuszczone przez translator i na chybcika poprawione przez półanalfabetę. Nie chce mi się wierzyć, że profesjonalny tłumacz popełniłby takie rażące błędy, jak chociażby przełożenie great-grandfather na „wielkiego dziadka”, zamiast „pradziadka”. Z kolei jeśli chodzi o składnię, to bardziej gramatyczną polszczyzną posługują się nawet moi wykładowcy-Japończycy, naszego języka uczący się dopiero od dekady. Wszystkie te głupoty później jeszcze przeczytał lektor.

Ten niskobudżetowy horrorek to dla mnie produkcja nietuzinkowa, zalicza się bowiem do nielicznego grona takich, w których nie mogę doszukać się absolutnie żadnej zalety na tyle wielkiej, aby naciągnąć ogólną ocenę do dwójki. Prawdę mówiąc nie znalazłem weń żadnej zalety, chyba że za takową można uznać upór i zdecydowanie twórców, którzy zrobili film od początku do końca beznadziejny pod każdym możliwym względem. Zamiast horroru, przez większość czasu mamy badziewną młodzieżową obyczajówkę, a gdy już wreszcie ma zacząć się groza... nudzimy się tak samo, jak nudziliśmy się od kilkudziesięciu minut. Nie dziwcie się więc, że bardzo żałuję tych pięciu złotych wydane na „Miasteczko Halloween”, które oddać mogłem barmance w pubie bądź wrzucić do kubka żebrakowi. Filmowi udało się jednak odnieść pewien sukces: jest drugim filmem, któremu na Horrormanii stawiam najniższą ocenę, co robię z nieukrywaną radością.

data: 10:13; 19 marca 2010     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz