Filmy

« powrót
Beast, The
(Bestia)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Jeff Bleckner
Scenariusz: J.B. White
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1996
Muzyka: Don Davis
Obsada: William Petersen
Karen Sillas
Ronald Guttman
Larry Drake
Missy Crider
Charles Martin Smith
Denis Arndt
Marshall Napier

Wisiała głęboko i czekała.

Bez ruchu, niewidoczna w czerni, próbowała wyczuć wibrację sygnalizujące zbliżanie się ofiary.

Przyzwyczajona była, że ofiara sama do niej przychodzi, ponieważ w chłodnych i bogatych w pokarm wodach na głębokości tysiąca stóp chroniły się niezliczone zwierzęta rozmaitych rozmiarów. Nie znała cierpliwości, nigdy jej nie potrzebowała, bo pożywienia miała aż za dużo. Mogła żywić się odruchowo, bez walki i poważniejszego wysiłku.

Posiadała zdolność mordercy, nie myśliwego, bo nigdy wcześniej nie polowała.

 

Peter Benchley; „Bestia”; fragment


„Bestia” Jeffa Blecknera została oparta na podstawie powieści Petera Benchleya o tym samym tytule, i muszę przyznać, że obok „Szczęk” oraz „Orki - Wieloryba zabójcy” jest moim ulubionym horrorem z cyklu morskiego terroru. Oczywiście ekranizacja miejscami nieco odbiega od jej książkowego pierwowzoru, lecz scenariuszowe zmiany są jak najbardziej na plus i każdy, kto miał okazję czytać i oglądać „Bestię”, zapewne będzie z obu utworów zadowolony. Zmieniono nieco zwroty akcji, tu i ówdzie trochę dodano, trochę ujęto, ale o tym później. Przyjrzyjmy się wpierw mniej więcej fabule, która przedstawia się następująco: u wybrzeży Graves Point pojawia się olbrzymia kałamarnica, która podobnie jak żarłacz ludojad z filmu Spielberga, nie daje spokojnie żyć okolicznym mieszkańcom. Wpierw zaczynają ginąć ryby, przez co połowy są coraz to mniej obfite, aż w końcu pojawiają się pierwsze ofiary. Bezbronne władze zwracają się więc z prośbą o pomoc do renomowanego oceanarium, które w odpowiedzi przysyła swojego człowieka. Czy to wystarczy, by powstrzymać wygłodniałego głowonoga?

 

Jak nie trudno się domyślić, bohaterowie przejdą przez prawdziwe piekło, nim w końcu rozprawią się ze straszydłem z głębin. Podobnie jak w „Szczękach”, Benchley serwuje nam równie interesującą historię z podobnym założeniem: mamy potwora, mamy nadmorskie miasteczko, będzie i terror. Pomimo scenariuszowych zbieżności i przerażania widza podobnymi trikami, Blecknerowi z ekranizacji udało się wydusić w sumie sporo interesujących rzeczy. Biorąc pod uwagę fakt, że „Bestia” została nakręcona na potrzeby telewizji w formie trzyodcinkowego serialu, a jej czas trwania sięga blisko trzech godzin, film ogląda się lekko i nie czuć zmęczenia materiału. Co więcej, pomysł z olbrzymim głowonogiem wydaje się być równie trafny co z żarłaczem białym, pomimo, że scenariusz stara się wcisnąć widzom ten sam kit o terytorialiźmie. Kit, ponieważ naukowcy dowiedli, że takie zachowania są mało prawdopodobne, co nie oznacza, że kompletnie można je zanegować. Przykładowo w roku 1916 nabrzeża New Jersey przeżyły horror rodem z piekła. Pomiędzy 1 – 12 lipca doszło do ataków rekina, w którym zginęły 4 osoby a jedna została ciężko ranna. Historia ta stała się zresztą inspiracją Benchleya do napisania „Szczęk”, jego najsłynniejszej i najprawdopodobniej najlepszej powieści. Dlaczego zatem nie mogłoby być podobnie z olbrzymią kałamarnicą (Architeuthis dux), skoro nasza wiedza na temat tych zwierząt jest znikoma i ogranicza się przede wszystkim do badania wyrzucanych na brzegi zwłok?

 

Jeśli już zatem kupimy te historyjkę, czeka nas pełna przygód wyprawa na prawdziwie głębokie wody. Jeff Bleckner w swojej filmowej adaptacji ze względów budżetowych musiał pozbyć się jednak kilku scen. Przykładowo, w książce mamy rozdział z świetnym opisem kałamarnicy walczącej z kaszalotem, którego brak już w filmie. Z drugiej strony, może to i dobrze, jeśli spece od efektów mieliby przygotować rozprute jak dziwka CGI, które przypominałoby żenujące dokonania stacji SyFy. Podobnie jak w ekranizacji „Szczęk”, zmieniono również finał, choć w tym przypadku osobiście uważam to za zaletę, bo skoro czytaliśmy książkę, dobrze jest, by film czymś również zaskoczył. A Bleckner zaskakuje praktycznie na każdym kroku, tworząc jak gdyby dwie 90 – minutowe opowieści i moją prywatną radą jest podzielenie seansu na dwa wieczory.

 

Film przede wszystkim imponuje wykorzystaniem minimalnego budżetu, co przełożyło się zresztą do nominacji dwóch nagród Emmy. Fachowe zdjęcia morskiej scenerii czy podwodne sekwencje w połączeniu z dobrze skomponowaną muzyką sprawiają, że widz nie ma uczucia obecności z jakimś marginalnym knotem. Ujęcia kręcone pod powierzchnią wody może nie są na tyle niepokojące co w „Szczękach”, lecz wynurzające się z mroku ramię zakończone haczykowatymi pazurami i przyssawkami jest równie niebezpieczne co olbrzymia paszcza Bruca (tak Spielberg nazwał swój model rekina). Kalmar wykonany został zresztą bardzo profesjonalnie. Animatroniczne macki, podobnie jak i cały potwór, poruszają się miarowo, a zestawienie go z bohaterami nie raz zaprze nam dech w piersiach. Co prawda, kilka scen wygląda dość sztucznie, w tym jedno ujęcie z kiepską klasą CGI, lecz pretensje należy już mieć głównie do montażystów, którzy czasami dość niestarannie scalili ze sobą kadry. Podobnie jak zaplecze techniczne, tak i „Bestia” podpisana jest również całkiem dobrą obsadą: William Petersen, Karen Sillas, Ronald Guttman oraz Larry Drake robią swoje. Moją szczególną uwagę przykuł przede wszystkim Drake („Człowiek ciemności”, „Dr Chichot”), który w filmie jako miejski pijaczyna gra drugie skrzypce. Pomimo dalszoplanowej roli, jest on naprawdę świetną postacią; otyły rybak - alkoholik zrobi wszystko by gdzieś dorobić sobie grosza, i jako pierwszy wypływa na połów potwora z Graves Point. Za nim oczywiście rusza nie kto inny jak Petersen AKA Whip Dalton, który w swojej pogoni przypomina Szeryfa Brodyego (Roy Scheider), z „Szczęk” Spielberga.

 

Pomimo sporych zmian w scenariuszu, jakich dokonał J.B. White, można określić „Bestię” jako dość wierną kopię książki Benchleya. Ekranizację zapewne część starszych widzów dobrze pamięta, bowiem w połowie lat 90. była ona kilkakrotnie emitowana na nieistniejącej już stacji RTL7. Jeśli ktoś byłoby zainteresowany kupnem filmu na DVD, polecam sięgnięcie po 2 płytową edycję specjalną, która trwa 180 minut. Ostrzegam natomiast przed zaopatrzeniem się w 150 minutową wersję, gdzie brak sporo interesujących fragmentów. Jako miłośnik grozy powiadam Wam, że nie ma nic gorszego niż obejrzenie czegokolwiek w wersji pociętej. To tak, jakby dostać drinka z miligramową ilością alkoholu, albo móc rozebrać rozpaloną panienkę tylko do płowy…

data: 23:08; 11 marca 2010     autor: Judith Myers

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com

porady finansowe | nieruchomoœci suwałki | strzyżenie | Dzwonki |