Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Filmy

« powrót
Anacondas: The Hunt for the Blood Orchid
(Anakondy: Polowanie na krwawą orchideę)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Dwight Little
Scenariusz: John Claflin, Daniel Zelman
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2004
Muzyka: Nerida Tyson_Chew
Obsada: Johnny Messner
KaDee Strickland
Matthew Marsden
Salli Richardson

Pierwsza „Anakonda” nakręcona w 1997 roku była filmem niezłym i zarobiła na całym świecie całkiem pokaźną kwotę 137 mln dolarów (w samych Stanach Zjednoczonych 66 milionów). Jaki był więc powód tego, aby w kraju gdzie sukces finansowy filmu jest wykorzystywany od razu a na fali popularności pierwszej części jest szybko kręcony sequel, że na drugą część „Anakondy” kazano widzom czekać aż 7 lat? Niewiadomo…Można by pomyśleć, że przez te lata które minęły od premiery pierwszego filmu twórcy przygotowywali coś specjalnego i że część druga przynajmniej dorówna pierwszej. Czy tak jest w istocie?

Grupa naukowców wyrusza na ekspedycję do Borneo w celu odszukania krwawej orchidei, kwiatu dzięki któremu można stworzyć lek zapewniający wieczną młodość. Jako ze trwa pora deszczowa a na odnalezienie orchidei mają tylko dwa tygodnie , wynajmują okolicznego łowcę przygód  aby doprowadził ich do miejsca gdzie ów kwiat rośnie. Nie wiedzą jednak, że dżungla jest siedliskiem ogromnych anakond, które dzięki kwiatom urosły do niewyobrażalnych wręcz rozmiarów…

Gdy tylko przed seansem przeczytałem skrót fabuły tego filmu ręce dosłownie mi opadły…Można dojść do wniosku, ze twórcy specjalnie czekali tyle lat aby wymyślić historię tak idiotyczną jak tylko się da. Trzeba przyznać, że udało im się to znakomicie…Pomijając fakt, ze na Borneo nie ma anakond ani tygrysów (choć początek filmu, w którym dwóch Indian urządza łowy na tygrysa właśnie, trzyma w napięciu i jest całkiem klimatyczny) to cały pomysł z krwawa orchideą, kwiatem zapewniającym nieśmiertelność, jest tak idiotyczny ze brak po prostu słów. O aktorach można powiedzieć, że na ekranie są i tyle. Nie są to jakieś wybitne role, ale nie można tez powiedzieć że grają żenująco słabo. Nie przeszkadzają, a to już jakiś plus. A jak jest z efektami specjalnymi i samymi anakondami? Za komentarz wystarczyłoby to, ze tym razem zrezygnowano całkowicie z animatroniki a postawiono na wątpliwej jakości CGI…

Węże pojawiają się w rwanych ujęciach i wykonane są, co dużo mówić, słabo. Jest kilka scen, które trzymają jeszcze jako tako poziom (m.in. ta w której anakonda ściga małpę i wpełza za nią do pustego konara) ale większość to niestety poziom od mocno średniego do bardzo słabego. Szczytem nieudolności jest scena połykania przez olbrzymiego węża jednego z bohaterów. Wystarczy tylko powiedzieć, że najlepiej prezentuje się martwa anakonda, z której brzucha wystaje ciało jednego z tubylców. Widać że nie dysponowano zbyt dużym budżetem, ale zamiast całych stad wielkich węży wystarczyłoby wykreować na ekranie jednego, a porządnego i na pewno byłoby lepiej. Cóż, w tym wypadku sprawdza się powiedzenie, że „co za dużo to niezdrowo”. Podsumowaniem tego jest finał filmu, w którym komputerowych anakond jest tyle, że piksele aż kłują w oczy a chyba nie o to twórcom chodziło…

Czy jest w tym filmie zatem coś, co byłoby warte uwagi? Tak, choćby pojedyncze sceny, takie jak wspomniany wcześniej początek czy też scena walki z krokodylem (w tym wypadku mamy gada wykonanego tradycyjną metodą, bez taniego CGI). Najlepsza jest ta, w której bohaterowie muszą przejść przez bagna i między nimi płynie ogromna anakonda. Trzyma ona nawet jako tako w napięciu (mamy w niej małe nawiązanie do „Szczęk” Spielberga). Co z tego, skoro jej finał zostaje popsuty poprzez pokazanie, zupełnie niepotrzebnie zresztą, tandetnie wykonanego, komputerowego węża…Nie można mieć także zastrzeżeń do krajobrazów, w których rozgrywa się historia. Ładnie sfotografowana dżungla, podmokłe tereny, wioska tubylców. Kolejnym plusem jest to, że „Anakondy…” ogląda się w miarę szybko i nie ma jakichś większych dłużyzn.

Wszystko to jednak zdecydowanie za mało aby uznać ten film za dobry. Nie jest to jakiś niemiłosierny gniot od którego trzeba by trzymać się z daleka, ale nie jest to także film, który trzeba koniecznie obejrzeć. Jest to raczej obraz tylko dla fanów pierwszej części (ale i to raczej w ramach „zaliczenia” sequela) i wielbicieli wielkich węży, ale i oni raczej będą zawiedzeni jego poziomem.

data: 12:34; 03 listopada 2009     autor: ślepy51