Filmy

« powrót
Bride of the Monster
(Narzeczona potwora)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Edward D. Wood, Jr.
Scenariusz: Edward D. Wood, Jr.
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1954
Muzyka: Frank Worth
Obsada: Béla Lugosi
Tor Johnson
Tony McCoy
Loretta King
Harvey B. Dunn

Rok 1954 był wyjątkowy dla Eda Wooda, któremu obecnie przyczepia się etykietkę najgorszego reżysera wszech czasów. Szczególność tej daty polega na tym, że to właśnie wtedy na w Ameryce zadebiutowała „Narzeczona potwora” – jedyny film domorosłego reżysera, którzy przyniósł zyski z dystrybucji kinowej. Przy okazji ową produkcję uważa się za najlepszą, jaka wyszła spod ręki Wooda, to znaczy jako tę, która jest najmniej tandetna i najbardziej zdatna do oglądania.

Gdzieś w Ameryce stoi rezydencja nazywana Old Willow, zamieszkiwana przez szalonego naukowca Erica Vornoffa. W pobliżu posępnego domu znajdują się równie posępne bagna, z których nie wraca nikt, kto zapuści się na nie nocą. Miejscowa policja jest bezradna wobec zaginięć, uważając je za wynik nieostrożności, jednakże Janet Lawson, dziennikarka i dziewczyna porucznika Dicka Craiga, rozprzestrzenia pogłoski, jakoby za wszystko miał być odpowiedzialny potwór z bagien. Nie mogąc znaleźć oparcia w stróżach praw, postanawia przeprowadzić dochodzenie na własną rękę i odwiedzić bagnisko.

„Narzeczona potwora” to twór, który znakomicie wpisuje się w nurt horrorów powstających w latach 50. minionego stulecia, zawierający chyba wszystkie najważniejsze w tamtym okresie wątki. Jest postać szalonego naukowca, jest potwór, są ludzie, którzy starają się ich powstrzymać, nie zabrakło również motywu broni nuklearnej. Ten ostatni w pierwotnym scenariuszu, znanym pod roboczym tytułem „Narzeczona atomu”, miał być ponoć bardziej rozbudowany, jednakże producent – zamożny rancher, od którego reżyser wywoodził pieniądze – nalegał, aby go przepisać i umieścić w nim przestrogę przed korzystaniem z tego typu broni.
Fabularnie obeszło się bez wodotrysków i innowacji, nie uniknięto też błędów logicznych, ale ogólnie rzecz biorąc nie jest źle – widywałem już znacznie gorsze pod tym względem filmy stworzone w tamtym okresie, by wspomnieć tylko „Atak gigantycznych pijawek”. Nie ma się też co oszukiwać: jak na Wooda, którego scenariusze często bywały pozbawione jakiegokolwiek sensu (co przyznaję jako wielki jego miłośnik), fabuła przedstawia się nad wyraz dobrze i spójnie, zaś jej prostactwo to po prostu wynik braku doświadczenia Eddiego w pisaniu scenariuszy. Nie pomogło nawet zafascynowanie Wooda horrorem i nawiązania do klasycznych filmów grozy z lat 30., takich jak „Dracula”, „Frankenstein”, „White Zombie” czy „Narzeczona Frankensteina”, bowiem nawet mimo najszczerszych chęci, nie potrafił on wykrzesać ze swojej produkcji ani odrobiny grozy.

Chociaż filmom Wooda zarzuca się koszmarną realizację filmów, „Narzeczona potwora”, jak na film liczący sobie ponad pół wieku, trzyma się całkiem nieźle. Co prawda jest tandetnie i nad wyraz oszczędnie, jednakże nie uważam tego za wadę – w dniu dzisiejszym recenzowana produkcja na kilometr zalatuje oldschoolem, zaś w taką atmosferę łatwo było mi się wczuć. Reżyser słynął z tego, że – ze względu na brak czasu i funduszy – powtarzał jedynie najbardziej sknocone ujęcia, więc obserwowanie tych mniej poważnych wpadek, jakie w filmie pozostały, to swoista lekcja historii, z której dowiedzieć można się, jak przed laty realizowano filmy. Mało tego, wpadki są naprawdę urocze i przywołują na twarz uśmiech – u mnie był to uśmiech radości, u innych zapewne będzie to uśmiech zażenowania. Jedno jednak jest pewne: trudno przejść obojętnie obok sceny, w której człowiek atakowany jest przez olbrzymią ośmiornicę, musząc samemu przy tym poruszać jej mackami, bo ekipa, kradnąc monstrum ze studia, zapomniała zabrać mechanizm odpowiedzialny za jego żywotność, czy tej, w której potężny Tor Johnson zawadza o ścianę, zdradzając przy tym, że jest to tylko niezbyt stabilna makieta. Radości może dostarczyć również obserwowanie dublera Béli Lugosiego chodzącego na koturnach, aby zbliżyć się wzrostem do Węgra. Nie wspominając już o oglądaniu wyczynów aktorów, którzy o aktorstwie nie mają pojęcia (główne role zagrały osoby, które wyłożyły pieniądze na realizację filmu, zaś jedyną osobą, która znała się na grze aktorskiej, był Lugosi) i innych tego typu niedociągnięć. Nienajgorzej wypadła za to muzyka.

Moim zdaniem „Narzeczona potwora” to film, który warto obejrzeć, jeśli lubi się stare horrory. Pewnie, że bardziej zalatuje tandetą i kiczem aniżeli sporo innych tego typu produkcje z lat 50., ale za to nie w takim stylu, jak chociażby współcześnie produkcje Uwego Bolla. Pół wieku temu wyglądało to źle, ale dziś ma jakiś nieodparty urok, który sprawia, że Ed Wood, nawet mimo – a może przede wszystkim z powodu – łatki najgorszego reżysera w dziejach, postrzegany jest jako twórca kultowy, mając na całym świecie grono wiernych fanów, do których zalicza się również piszący te słowa.

data: 01:36; 15 lutego 2010     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com

porady finansowe | nieruchomoœci suwałki | strzyżenie | Dzwonki |