Filmy

« powrót
No-do
(Beckoning, The)
(Wezwani)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Elio Quiroga
Scenariusz: Elio Quiroga
Produkcja: Hiszpania
Rok produkcji: 2009
Muzyka: Alfons Conde
Obsada: Ana Torrent
Francisco Boira
Héctor Colomé
Rocío Muñoz
Francisco Casares

Do „Wezwanych” podchodziłem ze sporym entuzjazmem – był to jeden z nielicznych eurorodzynków, jakie w minionym roku trafiły do polskich kin, a akurat pod względem doboru eurohorrorów rodzimi dystrybutorzy spisują się całkiem nieźle. Inaczej niż w większości przypadków, uwierzyłem nawet w hasło reklamowe. W każdym razie w tę część porównującą film do „Sierocińca”, bo tę z „Kodem Leonarda da Vinci” z góry uznałem za dużą przesadę. Taka łatwowierność okazała się niestety błędem, bowiem na filmie trochę się przejechałem.

Małżeństwo po przejściach kupuje luksusową willę na przedmieściach, w której onegdaj mieściła się prowadzona przez katolickich księży szkoła dla ubogich dzieci. Radość z nowego domu mija bardzo szybko – niedługo po wprowadzeniu się Francescę i jej córkę, Rosę, zaczynają nękać dziwne odgłosy dochodzące ze strychu, jak również objawiające się im zjawy. Głowa rodziny nie wierzy w ich rewelacje, ale, rzecz jasna, tylko do czasu.

Już samo streszczenie fabuły ujawnia największy zgrzyt filmu. Scenariusz jest oklepany i przewidywalny, powiela wątki z wielu innych produkcji o nawiedzonych domach, nie siląc się nawet na wprowadzenie jakichś innowacji czy elementów zaskoczenia. Chociaż polski dystrybutor obiecuje zagadkę na miarę twistów Dana Browna, tę formę promocji można tylko zbyć śmiechem – zakończenie nazbyt szybko staje się oczywiste, więc nie ma mowy o żadnej wciągającej intrydze. Nie pomaga nawet zarzekanie się, że historia oparta jest na prawdziwych wydarzeniach. Jeśli chodzi o straszenie, jest ono takie samo jak fabuła – coś tam skrzypnie, czasem pojawi się jakiś duch bądź zostawi ślad swojej bytności, kiedy indziej zjawi się jakaś nawiedzona postać, która wie więcej od pozostałych... Wszystko to już kiedyś widzieliśmy, Hiszpanie jedynie pozbierali to w jedno i pokazali po swojemu.

Osobiście za największą zaletę „Wezwanych” uważam jakość i pieczołowitość wykonania. Już na samym początku witają nas sceny wzorowane na „No-do” (skrót od „Noticiarios y documentales”, czyli „Wiadomości i dokumenty”) – hiszpański odpowiednik „Polskiej kroniki filmowej” (tak, młodszy czytelniku: tej, z której fragmentów zaśmiewasz się do łez, gdy na YouTubie oglądasz filmik zachęcający do walki ze szczytem imperialistycznej myśli technicznej – stonką ziemniaczaną), czarno-biały, z rozedrganą kamerą i podniosłym głosem narratora. W takiej formie przedstawiane są również co ważniejsze wydarzenia związane z historią domostwa. Te, których nie przedstawiono w formie „No-do”, także odpowiednio „ucharakteryzowano” – czasem będzie to dodany na kliszę filmową „zanieczyszczający” filtr, sprawiający, że materiał wygląda jakby pochodził z lat 70., kiedy indziej znów ujęcia będą stylizowane na kręcone starą domową kamerą. Czasem również zdarzy się, że współczesne sceny przybiorą kolory czerni i bieli. Poza urozmaicającymi seans wizualnymi sztuczkami na plus zapisać można również dobrą muzykę, przekonujące aktorstwo oraz niezłe efekty specjalne, z których ilością na szczęście nie przesadzono.

Niestety – sprawne wykonanie w mojej opinii nie uratowało nawet „Avatara”, gdzie superefektami starano się zamaskować gównianą fabułę, tak więc i „Wezwanym” się nie upiecze. Film ma co prawda jakiś klimat, który twórcy usilnie starają się zagęścić, ale moim zdaniem im nie wyszło – nie było ani jednej sceny, w której poczułbym przynajmniej nieprzyjemny dreszcz bądź w jakiś sposób przejął się losami bohaterów. Dodajmy do tego jeszcze oklepany scenariusz, a dostaniemy typowego średniaka, którym można załatać nadmiar wolnego czasu. Raczej przy nim nie zaśniecie, ale większość widzów podczas seansu zapewne będzie myślała o niebieskich migdałach, zamiast spróbować wczuć się w atmosferę. Lepiej nie brać ze mnie przykładu i podejść do filmu bez wygórowanych oczekiwań, nie spodziewać się produkcji na miarę „Labiryntu fauna”, „Innych”, „Sierocińca” czy chociażby „[REC]” – może wtedy seans sprawi więcej przyjemności.

data: 10:59; 31 stycznia 2010     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com