Filmy

« powrót
Psycho
(Psychoza)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Alfred Hitchcock
Scenariusz: Joseph Stefano
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1960
Muzyka: Bernard Herrmann
Obsada: Anthony Perkins
Vera Miles
John Gavin
Martin Balsam
Janet Leigh

Recenzowanie Hitchcocka, a zwłaszcza „Psychozy”, bodajże najbardziej znanego jego filmu, przychodzi mi z pewną trudnością. Każdy z filmów londyńczyka to przecież temat na co najmniej długą rozprawkę, a o jego twórczości, podobnie jak chociażby o dorobku Kurosawy, napisano wiele wyczerpujących tekstów akademickich, właściwie całkowicie wyczerpujących temat. Przy tych wszystkich publikacjach pełna komunałów recenzja podrzędnego szaraczka prezentuje się niczym kominy rybnickiej elektrowni (ot, taki lokalny patriotyzm) przy Burdź Dubaj, niemniej postanowiłem podjąć się tego karkołomnego zadania i napisać mocno subiektywne co nieco o „Psychozie”, której na Horrormanii zabraknąć przecież nie może.

Fabuła filmu to już poniekąd klisza, a przynajmniej wiele z jej elementów można za takową uznać. Marion Crane, w miarę porządna młoda kobieta, pod wpływem impulsu okrada swojego szefa. Pakuje walizkę, wsiada do samochodu i ucieka z czterdziestoma tysiącami dolarów (dla Doktora Zło zamrożonego w latach 60. też byłaby to niezła sumka, ale inflacja robi swoje), które miała wpłacić do banku. Nocą ulewa zmusza ją do zatrzymania się. Pech chce, że trafia do Bates Motel, prowadzonego przez Normana Batesa. Mężczyzna sprawia wrażenie miłego, jednakże po krótkiej pogawędce zaczyna trochę przerażać Marion. Co się dzieje później, zapewne większość czytelników wie: kultowa scena pod prysznicem, parodiowana w setkach, jeśli nie tysiącach filmów, oraz dochodzenie prawdy, która nawet dzisiaj może zaskoczyć widza, nie mającego zbytniego pojęcia o „Psychozie”.

Fabuła to bezsprzecznie jeden z najlepszych elementów filmu, chociaż, z drugiej strony, osobiście uważam, że nie posiada on żadnych wad. Gdy oglądałem „Psychozę” po raz pierwszy w latach 90., scenariusz naprawdę mile mnie zaskoczył – Hitchcock odpowiednio dawkuje napięcie i nigdy przed czasem nie zdradza czegoś, co mogłoby nam zepsuć element zaskoczenia. Przypuszczalnie dziś część widzów, którzy obcują z filmem po raz pierwszy, domyśli się zakończenia, ale na dobrą sprawę nie ma w tym winy reżysera i scenarzysty – „Psychoza” jest po prostu filmem tak znanym i szeroko komentowanym, że chcąc nie chcąc przed seansem możemy poznać wiele spojlerów, czy to czytając opis filmu w programie telewizyjnym, czy przetrząsając fora, czy też czytając coś niecoś o fabule „Psychozy II” i kolejnych części. Bez wątpienia jednak w latach 50. tajemnica rysująca się przed widzami była o wiele bardziej wstrząsająca i ekscytująca, aniżeli w czasach obecnych.

To, co napisałem w powyższym akapicie, nie przeszkadza jednak w oglądaniu filmu – za pierwszym razem oczarował mnie odpowiednio dawkowanym napięciem i niesamowitym klimatem, zaś za kolejnym... niesamowitym klimatem, który nie uleciał nawet mimo półwiecza, które minęło od jego powstania, ani faktu, że znałem już rozwiązanie. Nie ma się co oszukiwać: KLIMAT to coś, co sprawia, że „Psychoza” mimo upływu lat pozostaje filmem świeżym i wciągającym, który ogląda się tak samo przyjemnie za każdym kolejnym podejściem. Poza świetnie poprowadzoną fabułą i odpowiednio dawkowanym napięciem, klimat budują wszystkie inne elementy składowe filmu. Znakomite kreacje aktorskie (rewelacyjny jest zwłaszcza Anthony Perkins wcielający się w Batesa, który w pierwszej „Psychozie” stworzył jedną z najznakomitszych kreacji w historii kina), zdjęcia i lokacje (dom Batesów na wzgórzu za motelem!) oraz muzyka. Chociaż w tle często przewija się jeden motyw, nie można odmówić mu uroku – na dobrą sprawę jest tak uniwersalny, że pasuje do wszystkich scen. Dałoby się nim zastąpić nawet charakterystyczne szarpanie strun skrzypiec ze sceny prysznicowej, aczkolwiek bez niej odrobinę straciła by ona na jakości, zaś parodyści nie mieliby z czego się nabijać; to trochę tak, jak „Szczęki” bez charakterystycznej melodii Johna Williamsa towarzyszącej rekiniej płetwie przecinającej taflę wody. Gus van Sant, odpowiedzialny za remake „Psychozy” (w Polsce znany jako „Psychol”), stwierdził, że ludzie nie kupią pokazanej w czerni i bieli sceny prysznicowej, jednakże, z całym szacunkiem do reżysera, muszę się nie zgodzić – czarno-biała kolorystyka sprawdza się w oryginalnym filmie znakomicie, na czym jeszcze bardziej zyskuje atmosfera.

Jak już wspomniałem, „Psychoza” to film, który mimo leciwości nic nie stracił, ale warto to moim zdaniem jeszcze raz podkreślić. Jest za to znakomitym i trzymającym w napięciu thrillerem, uważanym za jednego z nieśmiertelnych klasyków gatunku kina grozy, który niejako stworzył podwaliny podgatunku, który dziś znamy jako slasher. Tę klimatyczną historię można z ogromnym zainteresowaniem łyknąć nawet dzisiaj, wczuwając się w jej posępną atmosferę, ponieważ pozostała świeża. Wycieczka po mrocznych zakamarkach ludzkiej duszy, w której dużą rolę odgrywają Freudowskie koncepcje i kondycja współczesnego społeczeństwa, jest aktualna po dziś dzień. Chociaż minęło już pół wieku, po świecie nadal chodzi wielu Normanów Batesów, prawdopodobnie nawet więcej, niż w latach 60. Miłośnicy kina z całą pewnością docenią tę produkcję, mimo ogólnej znieczulicy, jaka toczy naszą cywilizację – bo czymże niby jest dla współczesnego widza wariat mordujący kobietę pod prysznicem, gdy na rynku dostępne są ciekawsze pozycje, w których psychole z problemami ganiają za ludźmi z piłą łańcuchową czy znęcają się nad bliźnimi w opuszczonych fabrykach gdzieś na Słowacji? Trzeba obejrzeć „Psychozę”, aby przekonać się, że jednak żadne „Teksańskie masakry” czy „Hostele” nie mogą równać się z szaleństwem niepozornego młodego człowieka. Rzecz jasna jeśli jest się prawdziwym miłośnikiem kina – za takiego z całą pewnością nie można uznać człowieka, który filmy ogląda tylko w telewizji bądź jeśli ściągnie je z sieci, bo szkoda mu płacić twórcom za ich wysiłek. Jeśli dodatkowo ściągnięte filmy, których nie znalazł z lektorem, ogląda z syntezatorem czytającym mu napisy, bo sam nie nadąża bądź jest zbyt leniwy, po „Psychozę” nie ma nawet co sięgać, niech zostanie przy swoich „Trasnformerach” i żałuje, że omija go tak znakomity kawał kina, sam jeden wart więcej niż wszystkie hollywoodzkie i bollywoodzkie superprzeboje minionego półwiecza razem wzięte.

data: 10:17; 14 stycznia 2010     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com

porady finansowe | nieruchomoœci suwałki | strzyżenie | Dzwonki |