Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Filmy

« powrót
Yōkai daisensō
(Great Yokai War, The)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Takashi Miike
Scenariusz: Takashi Miike, Mitsuhiko Sawamura, Takehiko Itakura
Produkcja: Japonia
Rok produkcji: 2005
Muzyka: Kōji Endō
Obsada: Ryūnosuke Kamiki
Hiroyuki Miyasako
Chiaki Kuriyama
Bunta Sugawara
Etsushi Toyokawa

Takashi Miike, znany fanom horroru głównie za sprawą takich tytułów jak „Koroshiya 1”, „Visitor Q” czy „Gra wstępna”, przez niektórych uznawanych za kultowe produkcje kina klasy B, ostatnimi czasy coraz odważniej wypływa na wody mainstreamu. Całkiem niedawno do Polski trafił jego pastisz spaghetti westernów, „Sukiyaki Western Django”, a w tym roku Japończycy mogli oglądać wyreżyserowaną przez niego aktorską wersję kultowego anime „Yattāman”. Kilka lat temu Miike stworzył inną produkcję familijną – horror fantasy dla dzieci, „The Great Yokai War”. Warto jednak mieć na uwadze to, że rzecz, która w Japonii jest produkcją familijną, na Zachodzie, za sprawą różnic kulturowych, często staje się takową dopiero po odpowiednich, nieraz daleko idących cięciach, w innym przypadku otrzymuje kategorię co najmniej PG-13. Tak też było w przypadku recenzowanego filmu, którego nie dało się ocenzurować bez szkody dla fabuły.

Kilkuletni Tadashi Ino po rozwodzie rodziców przenosi się na wieś, gdzie mieszka z matką i dziadkiem. Podczas letniego matsuri wybrany zostaje Kirin Sōshi – obrońcą i sprzymierzeńcem dobrych yōkai (w najogólniejszym rozumieniu: duchów i demonów z folkloru japońskiego). Wedle miejscowej legendy osoba, którą spotka taki zaszczyt, musi udać się na górę Ōtengu – pokonanego przed laty przez prawdziwego Kirina demona, sprawującego pieczę nad jego mieczem, który musi odebrać następca herosa. Tadashi wybiera się na górę, gdzie spotyka grupkę przyjaznych mu yōkai. Niedługo później odkrywają, że nikczemnik imieniem Yasunori Katō przywołał do życia demona Yomotsumono, będącego ucieleśnieniem żalu wszystkich przedmiotów porzuconych przez ludzi. Wraz ze swoją protegowaną, Agi, Katō zamienia dobre duchy w potwory, z pomocą których chce zemścić się na ludziach. Jedyną osobą, która może go pokonać, jest oczywiście bojaźliwy Tadashi.

Wbrew obiegowym opiniom, recenzowana produkcja nie jest remakiem „Yokai Monsters: Spook Warfare” z 1968 roku – łączy je jedynie tytuł (obydwa w oryginale nazywają się „Yōkai daisensō”), koncepcja wielkiej bitwy (daisensō ) yōkai oraz podobieństwo kilku potworów, cała reszta to już rezultat inwencji Miikego i pozostałych scenarzystów adaptujących na potrzeby filmowego scenariusza powieść Hiroshiego Aramaty.
Nie da się ukryć, że „The Great Yokai War” to produkcja, która może odrzucić część widzów – jeśli słowo „yōkai” jest dla nich równie tajemnicze co „heksakosjoiheksekontaheksafobia”, w pewnym momencie mogą się znudzić, bowiem film garściami czerpie z japońskich folkloru i kultury popularnej. Działa to również w drugą stronę – ci, którzy mają jakieś pojęcie o yōkai, mogą się nieźle bawić, próbując odgadnąć, jaki demon właśnie pojawia się na ekranie. A tych jest tu cała masa, by wymienić tylko kappę, yuki-onnę, hitodamę, ōkubi, tanuki, rokurokubi czy Wanyūdō. Pojawiają się również odniesienia do twórczości Shigeru Mizukiego, głównie najbardziej rozpoznawalnej jego pracy, mangi „GeGeGe no Kitarō”, jak i typowych japońskich obrządków i wierzeń. Sprawia to, że bez przynajmniej minimalnego obycia w sprawach demonów rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni, film szybko może (ale nie musi) przerodzić się w śmieszną bajeczkę o dzieciaku i ludziach wyglądających jakby urwali się z balu przebierańców. To tak, jakby kazać obejrzeć Japończykowi polski film, w którym bohaterem jest mówiący szympans, dwóch jego ludzkich przyjaciół, którzy wraz z bebokami, utopcami, Skarbnikiem, szyszymorą, pokuciami i dziwożonami walczą przeciwko nikczemnikowi imieniem Stirlitz – fabuła sama w sobie jest zrozumiała, ale bez znajomości kontekstu wiele się traci.

„The Great Yokai War” rzekomo miało być japońską odpowiedzią na „Harry’ego Pottera”, „Władcę Pierścieni” czy „Opowieści z Narnii” – wysokobudżetową produkcją, która zainteresowałaby młodych Japończyków. Nie licząc tego, że produkcją, którą oglądać mogą dzieci, jest tylko w Japonii, założenie to zrealizowane zostało nieźle. Mamy tutaj przygodę, elementy fantasy i komedii, akcję, miejscami bywa niepokojąco (myśląc o młodszej japońskiej publiczności; dzieci europejskie czy amerykańskie po obejrzeniu tego filmu pewnie miałyby koszmary) – jest wszystko, co powinno znaleźć się w dobrym kinie rozrywkowym. Rzecz jasna Miike, kręcąc ów film, dysponował większym budżetem, niż w przypadku swoich horrorów dla wąskiego grona odbiorców, co również widać – mamy tutaj masę efektów komputerowych, jak również stop motion i klasyczne tokusatsu. Jeśli chodzi o same efekty, zrealizowane zostały one nieźle, chociaż – nie oszukujmy się – miejscami wypadają sztucznie. Lepiej na szczęście jest z muzyką, zdjęciami i doborem scenografii – te cały czas trzymają poziom.

Stworzona przez Miikego opowieść o yōkai ma swój klimat i urok. Jest to film, przy którym można naprawdę znakomicie się bawić, zwłaszcza jeśli ma się w sobie coś z dziecka. Oglądając tę produkcję, przypomniały mi się czasy młodości, kiedy z równie wielkim zainteresowaniem połykałem inne tego typu produkcje fantasy, jak chociażby „Goonies”. Dla wiecznie młodych duchem pozycja, zdaje się, obowiązkowa, ale i osoby po prostu szukające prostej, niezobowiązującej rozrywki powinny być z filmu zadowolone.

data: 00:11; 29 listopada 2009     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz