Filmy

« powrót
Paranormal Activity
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Oren Peli
Scenariusz: Oren Peli
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2007
Obsada: Katie Featherston
Micah Sloat
Mark Fredrichs
Amber Armstrong
Ashley Palmer

„Paranormal Activity” to prawdziwe objawienie na scenie grozy. Niezależna produkcja zmiażdżyła w USA murowanego faworyta okresu halloweenowego, „Piłę VI”, w ekspresowym tempie zarabiając kilkadziesiąt milionów dolarów. Całkiem niezłe osiągnięcie jak na kosztującą zaledwie piętnaście tysięcy zielonych produkcję, która przez dwa lata od momentu premiery nie mogła zaistnieć w szerszej dystrybucji.

Ów przebój kasowy utrzymany został w modnej ostatnio konwencji dokumentu, a zaistnieć pozwoliły mu prawdopodobnie sukcesy podobnych stylistycznie „[•REC]” i „Projekt: Monster”, powstałych mniej więcej w tym samym czasie co omawiany film, mających jednak więcej szczęścia jeśli chodzi o dystrybucję. „Paranormal Activity” koncentruje się na motywach towarzyszących opowieściom grozy prawdopodobnie od samego ich początku – na duchach i nawiedzonym domostwie. Katie zaczyna doświadczać nadprzyrodzonych zjawisk – nocami słyszy dziwne odgłosy, czuje obecność istoty, która czasem wzywa ją po imieniu. Jej chłopak, Micah, kupuje kamerę, mając nadzieję, że uda mu się uwiecznić na taśmie osobliwe doświadczenia, o jakich opowiada jego ukochana.

O tym, że „Paranormal Activity” robi w ostatnich tygodniach furorę, wspomniałem na początku recenzji, wiedzą o tym również ci z was, którzy śledzą na bieżąco serwisy filmowe i doniesienia z amerykańskiego box-office’u. Film promuje zwiastun zawierający rzekomo autentyczne reakcje robiącej pod siebie amerykańskiej widowni, zbiera raczej przychylne opinie widzów i recenzentów, jest też jedną z niewielu produkcji, która ostatnimi czasy z tygodnia na tydzień zyskiwała widownię, zamiast ją tracić. Sam Steven Spielberg był recenzowaną produkcją zaskoczony – ponoć przeraziła go nie na żarty, pomógł też reżyserowi przerobić ją do dystrybucji kinowej. Pełen nadziei na dobry film zapakowałem się z grupką znajomych do starej škody, aby przemierzyć prawie sześćdziesiąt kilometrów i obejrzeć ów fenomen w katowickim Heliosie na jednym z przedpremierowych pokazów. Jak to jednak często bywa w przypadku ogromnych nadziei, upadek na ziemię był bardzo bolesny.

„W »Paranormal Activity«, proszę pana to, jest tak: nuda. Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic”. Owa parafraza inżyniera Mamonia świetnie oddaje moje uczucia względem omawianego filmu. Miał być ultraprzerażający film o duchach, a wyszedł nudny koszmarek, w którym większość czasu zajmują rozmowy Katie i Miki, starających się rozwiązać zagadkę nawiedzenia. Coś zaczyna dziać się dopiero nocami, ale sposoby działania ducha przed dość długi czas są usypiające – coś tam stuknie, tupnie, zacharczy, zatrzęsie żyrandolem, poruszy drzwiami. Gość z zaświatów zaczyna rozkręcać się dopiero po pewnym czasie, zaczynając trzaskać drzwiami, bawiąc się tabliczką ouija, aby gdzieś pod koniec filmu zabrać się za bardziej przerażające dla młodego narzeczeństwa manifestacje swojej bytności. Nie wiem, czy to wynik mojej arogancji, czy może zbyt dużej ilości obejrzanych horrorów (a co za tym idzie – znajomości reguł rządzących filmami o duchach), ale absolutnie nic mnie w tym filmie nie przeraziło ani nie zainteresowało. Początkowo byłem naprawdę nakręcony, ale w pewnym momencie zacząłem na „Paranormal Activity” po prostu przysypiać, a niedługo później w ślad za mną poszli znajomi oraz część osób znajdujących się na sali. Największym moim przeżyciem podczas seansu był rozsypany popcorn oraz alarm wibracyjny telefonu, który brutalnie wyrwał mnie z lekkiego letargu. Nie byłem jednak jedynym widzem, który żałował pieniędzy wydanych na film – wychodząc z sali kinowej, dało słyszeć się głosy widzów nazywających „Paranormal Activity” gniotem, bajką dla dzieci czy oklepaną do bólu i nieciekawą historyjką (a były to najdelikatniejsze określenia).

Mimo całego negatywnego nastawienia, jakie obrałem po obejrzeniu filmu, nie mogę odmówić mu pewnych zalet. Ważne jest przede wszystkim nietypowe podejście – to, co wcześniej oglądaliśmy w dziesiątkach fabularyzowanych horrorów, teraz oglądamy w formie niby-dokumentu, co ma dodatkowo wzmagać atmosferę grozy. I właśnie z formułą filmu wiążą się wszystkie zalety – naturalne dialogi (wszystkie improwizowane) i zachowania aktorów, nienachalne efekty specjalne oraz brak jakiejkolwiek ścieżki dźwiękowej nadają mu odpowiedniego klimatu. Katie i Micah są tutaj przedstawieni jako bezbronne ofiary demona, co – w odróżnieniu od fabuł – może niektórym widzom pomóc w zidentyfikowaniu się z nimi, zamiast odbierania ich jako archetypicznych bohaterów, którzy to prawie zawsze przepędzają zło z powrotem na drugą stronę. Jednakowoż, nawet mimo najszczerszych chęci, nie udało mi się wciągnąć w tę historię – świadomość, że mam do czynienia z wymyślonym scenariuszem w połączeniu ze znajomością reguł filmów o duchach sprawiły, że po prostu się wynudziłem. Nie pomogły nawet starania scenarzysty i reżysera zarazem, który przed nakręceniem filmu przestudiował książki z zakresu demonologii, aby stworzyć jak najbardziej prawdopodobną, realistyczną i nieprzesadzoną (co zniszczył Spielberg) historię o nawiedzeniu.

Gdy będziecie wybierali się do kina na „Paranormal Activity”, miejcie na uwadze, że zaprezentowana zostanie wam niejako okrojona wersja filmu, inna od tej, którą oglądali nieliczni widzowie przed dwoma laty, a krążącej teraz w sieciach wymiany plików. Po powrocie do domu udało mi się dotrzeć do oryginalnego zakończenia oraz kilku wyciętych fragmentów. Części usuniętego materiału, chociażby filmu, który Micah znalazł w Internecie, można żałować, bo była to jedna z lepszych scen. Podobnie zapłakać można nad pierwotnym zakończeniem, które spodobało mi się zdecydowanie bardziej od kinowego. Reżyser zdecydował się na nie pod wpływem sugestii Spielberga, moim zdaniem ze szkodą dla filmu, ponieważ było ono nazbyt przesadzone i zburzyło całą kompozycję filmu. Ponoć powstało również trzecie zakończenie, które ma być dostępne w wydaniu DVD. Jeśli wierzyć informacjom znalezionym w Internecie, wersja kinowa zawiera niewiele nowych scen, skupiono się raczej na wycinaniu, zaś zasadniczą różnicą jest jej „podrasowanie”, polegające na dodaniu kilku efektów specjalnych oraz zmianie natężenia dźwięków, aby poprawić jump scenes.

„Paranormal Activity” sprawiło mi spory zawód. Być może główną tego przyczyną jest kampania promocyjna, sugerująca widzowi, że jest to jakieś epokowe dla horroru wydarzenie – oczekując czegoś niesamowitego, dostałem przeciętny moim zdaniem film, co prawdopodobnie zaowocowało tym, że się doń zraziłem. Niemniej gratuluję twórcy udanego debiutu i życzę kolejnych sukcesów. Miłośników filmu proszę o uszanowanie tego, że mam odmienne zdanie, tych, którym się nie spodobał, pozdrawiam. Jeśli zaś chodzi o osoby, które jeszcze filmu nie widziały, mimo wszystko zachęcam do przejścia się do kina, ewentualnie obejrzenia, gdy za kilka miesięcy wyjdzie na DVD – „Paranormal Activity” stało się jakimś ewenementem, toteż chyba warto wyrobić sobie na jego temat własne zdanie.

data: 19:35; 22 listopada 2009     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com