Filmy
(Boogiepop Phantom)
Scenariusz: Kouhei Kaidono, Yasoyuki Nojiri
Produkcja: Japonia
Rok produkcji: 2000
Muzyka: Yota Tsuruoka
Na samym początku recenzji przyznam się szczerze i bez bicia, iż fanem anime nigdy nie byłem i, póki co, nadal nie jestem, choć coraz bardziej zbliżam się to tej formy ekspresji. Fakt, że bawiłem się nieźle przy „Basilisk” i spędziłem niezapomniane chwile przy wyśmienitym „Jin-Roh”, jest jednak jeszcze trochę zbyt mało istotnym aby mnie całkowicie przekonać się do animowanych bohaterów, choć świadom jestem nierzadkiego geniuszu tkwiącego w przedstawianych w ten sposób opowieściach. Rysunkowe historie, po prostu, jeszcze nigdy nie uderzyły we mnie wcześniej z siłą perswazji walca drogowego. Oczywiście wszystko w życiu ulega zmianom, i dopóki nie spotkałem na swej drodze pewnego mrocznego kawałka japońskiej animacji, nie byłem, wbrew temu co sądziłem, w stu procentach świadom, jakie potężne działanie może wywierać na widzu animowana opowieść. I tak, jak we wszystkim musi być ten pierwszy raz, tak i w mojej przygodzie z anime, pierwszy raz wpadłem całkowicie i bez reszty w sidła opowiedzianej historii.
A tym dziełem, które wciągnęło mnie najbardziej ze wszystkich animacji, jakie miałem przyjemność bądź nieprzyjemność widzieć jest wielce intrygujący "Boogiepop Phantom". To niesamowite anime oferuje nam doskonałą, wielopoziomową opowieść, która za ośrodek tematyczny stawia sobie samotność i zagubienie. Niby nic skrajnie oryginalnego, szczególnie w Japonii, ale tutaj nabiera świeżych barw, niektóre są co prawda nieco rozmazane i przytłumione, lecz wciąż jaskrawie oddziałują na receptory wzroku miłośnika nie tylko animacji, ale i filmu w ogóle. Przyjrzyjmy się tej palecie z bliska poczynając od jej bohaterów.
Bohaterowie owi początkowo wydają się raczej typowi, ludzie skryci, nieufni, samotni, tęskniący za lepszym życiem, które często obecne jest jedynie w ich imaginacji. Skrywają oni jednak dziwne tajemnice, a ich umysły są dla nich pułapką pełną mroku i strachu, i to w te właśnie zbolałe umysły powoli wnikamy, coraz głębiej i głębiej wraz z każdym odcinkiem. Są jednak bohaterowie przede wszystkim ludźmi dającymi się pożreć własnym (a nawet i cudzym) wspomnieniom lub czasem, wręcz przeciwnie, wyrzucający ich za dużo. Właśnie wątek pamięci jest jednym z dominujących w fabule nie śmiejącego się Boogiepopa („Bûgîpoppu wa warawanai” – Boogiepop się nie śmieje). Mamy nawet jeden odcinek ewidentnie skupiający się na procesie wspominania i jego wartości dla człowieka. Jest to tym ciekawsza część serii, ponieważ pojawiające się na ekranie napisy, obecne tylko w tym jednym odcinku, omawiające problem anime, zdają się zbliżać nie tylko do filmów Takashi Miike (jak „Izo”, „Agitator” czy „Visitor Q”), ale nasuwają wręcz delikatnie na myśl francuską nową falę.
Potem jednak zarówno ilość postaci, jak i ich różnorodność zaczyna sięgać coraz to większych rozmiarów, a dziwne światło, które przeniknęło ich ciała pewnego dnia, jak się okazuje, niektórym z nich dało specjalne możliwości. Jednak daleko im do supermocy herosów pokroju Spider-mana, ich umiejętności, mimo, że na początku uwodzą łatwą do spełnienia pokusą wypełnienia pustki w ich sercach, to w miarę zaklejania kolejnych pęknięć na cordis bohaterów paradoksalnie powodują pojawianie się kolejnych, coraz głębszych rys, a wraz z nimi objawiają się coraz większe pustki, a potem i całe otchłanie pożerające postaci niemal w zupełności.
Dodać do tego należy niesamowitą, chwiejącą się na granicy sennego koszmaru, posępnego realizmu i niemożliwych do zrealizowania marzeń bohaterów otoczkę w jakiej przyszło im egzystować, a powoli powstaje przed naszymi oczami dzieło atakujące zmysły specyficznym połączeniem oniryzmu, grozy oraz dramatu pod subtelnym, jakże zwodniczym nimbem codzienności. Rozrastające się w nim miasto, skąpane w tęczowej poświacie nieznanego pochodzenia, tajemniczy błysk i krążące wokół legendy o Boogiepopie porywającym/zabijającym ludzi dopełniają koszmarnej wizji. Wizji, która przedstawiona została w wyjątkowo pesymistycznych kolorach, barwy tego anime są zwykle wyblakłe, z dużą ilością czerni i szarości, a ujęcia dzienne rozmazują się w przefiltrowanych promieniach słonecznych.
W tym niesamowicie dusznym świecie są ONI. Dziwne, upiorne istoty na granicy realnego bytowania i legendy, industrialne mity próbujące opanować nasz świat. Posiąść go, żerując na tych uczuciach, które staramy się odrzucić, a które bezlitośnie rosną i atakują ludzi w najmniej spodziewanych chwilach. Istot tych nie można już odróżnić od humanoidów, w zamazanej rzeczywistości nikt nie jest bowiem tym, na kogo wygląda. Co więcej, dziwna opowieść o Boogiepop Phantomie wydaje się coraz bardziej realna. Ludzie wciąż znikają a śladów nadal brak. I co to było za dziwne światło, które dało moc wielu osobom? Wszystko to dzieje się w uśpionej scenerii ponurego Tokio spowitego elektroniczną tęczą.
Głównym plusem anime jest, jak można się domyślać z moich słów, nastrój. Duszny, posępny, mroczny i, o czym już wcześniej wspomniałem, oniryczny. Do tego dochodzi narracja, która okazuje się skrajnie niechronologiczna. Cofamy się w czasie opowieści raz o 5 lat, raz o trzy, aby potem wrócić do miejsca gdzie jeszcze przed chwilą rezydowaliśmy, tylko po to by przeskoczyć do wydarzenia, widzianego już wcześniej, tyle, że z innej perspektywy. Dezorientacja manifestuje się więc nie tylko w warstwie przedstawionej historii, ale i w samym sposobie jej przedstawienia. Każdy element tego anime buduje nastrój niepewności z góry skazując na niepowodzenie próby odgadnięcia kolejnych kroków podejmowanych przez postaci. Ponadto, właśnie te powtarzające się wydarzenia tworzą więź między bohaterami, więź fabularną, odkrywaną powoli w miarę posuwania się niespiesznie w tym targanym wątpliwościami świecie.
A kim są sami bohaterowie? Uczniowie z problemami, mężczyzna będący skrajnym otaku, dziewczynka z motylami wspomnień, chłopak zjadający pamięć, kobieta szukająca zemsty i wielu innych. Fabuła aż do ostatniego odcinka nie pokazuje wszystkich kart, utrzymując widza w napięciu i ciągłym oczekiwaniu. Czasem może się człowiek nieco pogubić, szczególnie, że niektórzy bohaterowie są do siebie często podobni i np. część widzów przy pewnych scenach może mieć problemy z odgadnięciem, którą osobę właśnie ogląda. Nie jest to, zapewniam, duży problem, gdyż po chwili można się zawsze połapać, dodatkowo wspomoże to jeszcze i tak tajemniczą fabułę anime.
Nie mogę na koniec nie wspomnieć o doskonałym odcinku, który co pewien czas powtarza niemal ten sam fragment rozmowy, kończącej się stwierdzeniem jednej z postaci: "Czy myśmy już o tym nie rozmawiali?". Jest to w moim przekonaniu najlepszy odcinek, wprowadzający widza bardzo intensywnie w niechronologiczny i odrealniony świat anime. Pojawia się też tu trochę motywów horrorowych, nie jest to bynajmniej groza a'la "Friday the 13th", tylko budowane w warstwie fabularnej uczucie samotności, osaczenia i nieufności w świecie niemożliwego do ogarnięcia mroku, jednak nie trzeba być zaskoczonym, jeśli gdzieniegdzie spadną na nas gęste krople posoki.
Pojawia się też odpowiednia muzyka. Chyba już tradycją stał się dla mnie fakt, iż ani ending ani opening w animacjach mi się nie podobają, „Boogiepop Phantom” nie jest wyjątkiem (dotychczas wyjątkiem pozostaje tylko seria „Monster”). Jednak w trakcie trwania serii ścieżka dźwiękowa jest doskonała. Dopasowuje się ona do historii, wysyłając do naszych uszu elektroniczne zgrzyty, mechaniczny zgiełk, który zmienia się co pewien czas w klasyczną muzykę filmową, a po chwili ponownie sączy przytłumioną kakofonię nowoczesnego miasta. Czasem pojawiają się równie chaotyczne jak opowieść dźwięki, a innym razem zastąpi je jakaś tajemnicza melodia. Muzyka to bardzo ascetyczna momentami. Minimalistyczny industrial mógłbym powiedzieć.
Czy są tu zatem jakiekolwiek wady? A i owszem. Minusem w moich oczach jest wygląd Boogiepopa - za mało mroczny jak na taką opowieść. Taki nijaki wręcz, twórcy powinni bardziej przemyśleć jego końcowy image. Styl rysowania też nie należy do moich ulubionych, choć z drugiej strony, generalnie nie jestem miłośnikiem rysowanych historii, ale preferuję styl, jaki możemy podziwiać np. w serii anime „Berserk”. Tym bardziej jednak chwalę ten serial, który tak niesamowicie mnie wciągnął.
Uważam, że mogę go bez obaw polecić osobom lubiącym nietypowe opowieści (w tym "MPD Psycho" w reż. Takashi Miike, które skojarzyło mi się podczas oglądania anime) o wyżej wspomnianej tematyce, gdzieś pomiędzy jawą a snem, gdzie mrok rozjaśnia się tylko na chwilę, tylko po to by odsłonić coś znacznie gorszego niż on sam. Choć wciąż jest nadzieja na przetrwanie, i tej porzucić nie można.