Filmy
Scenariusz: Karl-Heinz Geisendorf
Produkcja: Niemcy
Rok produkcji: 1999
Muzyka: Marc Trinkhaus
Andre Sobottka
Maja Carstens
Achim Kohlhase
W 1999 r. świat kina grozy poniósł niepowetowaną stratę – zmarł Joe D’Amato, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli włoskiej szkoły horroru, twórca takich klasyków jak „Buio Omega” (1979), „Antropophagus” (1980) czy „Rosso sangue” (1981). Pamięć znakomitego reżysera postanowił uczcić Andreas Schnaas, jeden z czołowych twórców niemieckiego kina gore, kręcąc remake „Antropophagusa”. Jako że nie mamy do czynienia z kolejną stworzoną li tylko dla pieniędzy przeróbką, a autorskim hołdem dla kolegi po fachu, postanowiłem dać temu obrazowi szansę, licząc, iż będzie to połączenie oryginalnego „Antropophagusa” z cechami najlepszych filmów Schnaasa. Muszę przyznać, iż się nie zawiodłem.
Grupa przyjaciół udaje się do położonej na odludziu miejscowości o nazwie Borgo San Lorenzo. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że osada jest kompletnie wyludniona, a po mającej do nich dołączyć na miejscu parze znajomych nie ma śladu. Brutalne wyjaśnienie zagadki przychodzi wraz z wejściem do jednego z domostw – wewnątrz przyjaciele odnajdują zmasakrowane zwłoki i gazety, z których dowiadują się, że w okolicy grasuje bezlitosny Nikos Karamanlis. Jest on nie tylko mordercą, ale i … kanibalem. Czy ktokolwiek opuści Borgo San Lorenzo żywy ?
Jak widać, fabuła jest bardzo zbliżona do tej z filmu D’Amato – grupa przyjaciół, wyludniona wioska i grasujący w jej okolicy kanibal, wszystko to znamy z oryginalnego „Antropophagusa”. Nie brakuje także bezpośrednich nawiązań do arcydzieła z 1980 r. – mamy więc nieuchwytną, snująca się pośród ruin kobietę, scenę pożarcia płodu, ukrytą w piwnicy i skrajnie przerażoną dziewczynę oraz sceny w siedzibie rodziny Karamanlisów. Sam morderca, którego zagrał nie kto inny jak Andreas Schnaas, również jest bardzo podobny do swojego odpowiednika sprzed niemal 20 lat, a reżyser odegrał tą rolę bardzo przekonująco. Tego samego nie można powiedzieć niestety o innych aktorach, gdyż całokształt ich wysiłków prezentuje się najdelikatniej mówiąc marnie. Oczywiście nie to jest najważniejsze, gdyż głównym punktem programu są tu – jak to w filmach Schnaasa – sceny gore. Za ich przygotowanie odpowiedzialni byli Jens Bauhof oraz Bernd Meissner, i wywiązali się ze swego zadania doskonale. Oglądamy min. wyciąganie wnętrzności, siekierę kilkakrotnie wbitą w ciało, zrywanie skóry z głowy, rozszarpywanie gardła, choć najmocniejszą sceną jest wspomniane już wyszarpanie płodu z łona matki. Co istotne, efekty te są wykonane nieco lepiej niż w poprzednich produkcjach Schnaasa. Co się tyczy muzyki, skomponował ją stały współpracownik reżysera, Marc Trinkhaus. Jego soundtrack nie odbiega znacząco od tych z poprzednich obrazów Schnaasa, jednak poszczególne utwory są całkiem nieźle dopasowane do określonych scen.
Bardzo istotnym punktem w którym „Anthropophagous 2000” zdecydowanie przegrywa z oryginałem jest klimat – Schnaas nie jest mimo wszystko reżyserem na tyle dużego kalibru aby wykreować mroczną atmosferę opuszczonej wioski i usłanych trupami podziemi równie sugestywnie jak to zrobił D’Amato. Oczywiście, przewaga filmu z 1980 r. jest widoczna w większym lub mniejszym stopniu także na innych polach, ale to właśnie kwestia klimatu najbardziej rzuca się w oczy na niekorzyść remake’u w jego konfrontacji z arcydziełem Joe D’Amato.
Oczywiście trudno porównywać film Andreasa Schnaasa z włoskim klasykiem, ale mimo wszystko Niemiec nakręcił godny uwagi film gore, przepełniając go nawiązaniami do słynnego oryginału. Szacunek jakim reżyser wykazuje nie tylko wobec D’Amato (film jest dedykowany także Lucio Fulciemu i Davidowi Warbeckowi, których dokonań przybliżać chyba nie muszę) każe mi spojrzeć na „Anthropophagousa 2000” nieco inaczej niż na większość remake’ów. Poniższa ocena to pochodna poziomu odstającego od oryginału, ale i dobrych momentów, dzięki którym w ostatecznym rozrachunku uznaję film za godny uwagi.