Filmy
(Droga donikąd)
Scenariusz: James Watkins, Andrew Upton
Produkcja: Wielka Brytania/Australia
Rok produkcji: 2007
Muzyka: David Bridie
Amelia Warner
Shaun Evans
Yvonne Strzechowski
Oto kolejna recenzja z serii „Nie taki horror straszny, jak go malują, czyli o filmach, które dystrybutorzy reklamują jako horror, a które tak naprawdę niewiele mają z nim wspólnego”. Chociaż tym razem seans był o wiele przyjemniejszy niż w przypadku „Ładunku strachu”, nie ma się co oszukiwać: „Droga donikąd” to film, który naprawdę spodoba się niewielu osobom i raczej nie będzie wśród nich wielu horrormaniaków. A szkoda, bo biorąc go z wypożyczalni z działu horroru, miałem względem niego pewne oczekiwania.
Brytyjczyk Alex przybywa do Australii, aby spotkać się ze swoją dziewczyną Sophie. Nie zdążywszy na autobus, nie ma innego wyjścia, jak poczekać w Sydney do następnego popołudnia, aby złapać kolejny. Wieczorem Aleksa zaczepia sympatyczny Amerykanin Taylor, oferując mu przyłączenie się do niego i dwóch dziewcząt. Cała czwórka spędza razem szaloną noc, rankiem zaś Alex przystaje na ofertę nowego znajomego, wiecznego włóczęgi, proponującego podwózkę do Sophie. Po dotarciu na miejsce dwójka mężczyzn i kobieta postanawiają razem wybrać się w dalszą podróż. Im więcej jednak czasu mija, tym mniej sympatyczny robi się Taylor – zaczyna mataczyć i bezczelnie obłapiać Sophie na oczach Aleksa, ten zaś powoli zaczyna tracić do niego cierpliwość...
Decydując się na wypożyczenie „Drogi donikąd”, miałem o niej odrobinę mniejsze pojęcie niż osoby, które przeczytały powyższe streszczenie. Nie oczekiwałem co prawda żadnej rewelacji, miałem jednak nadzieję na jakąś uboższą mieszankę „Autostopowicza” z „Kalifornią”, tj. przyzwoity thriller psychologiczny z domieszką horroru. Niby właśnie to właśnie dostałem, szkoda tylko, że owe ubóstwo jest nawet nazbyt ubogie.
Jedną z największych bolączek „Drogi donikąd” jest scenariusz – nie jest on ani odkrywczy, ani specjalnie wciągający, w dodatku nie brak w nim dziur i niedomówień. Brakuje na przykład jednoznacznej odpowiedzi na to, czy Taylor to wyrachowany morderca z własnej woli, czy raczej człowiek cierpiący na jakieś zaburzenia psychiczne. Inny problem to brak klimatu – niby jest to thriller psychologiczny, brakuje jednak jakiegoś wyczuwalnego, dobrze zarysowanego napięcia, które z całą pewnością pomogłoby filmowi. Niby pod koniec całość zaczyna odrobinę zakrawać na horror o maniakalnym prześladowcy, ale to zdecydowanie za mało, tym bardziej, że „duszno” robi się dopiero w ostatnich minutach.
Niestety, klimatu nie pomógł zbudować również główny bohater, w którego wcielił się Scott Mechlowicz. Może i nie ma on co liczyć na Oscara, jednakże nie jest też aktorskim beztalenciem – jego kreacjom w dramato-thrillerze „Mean Creek” i dramacie biograficznym „Siła spokoju” nic nie można zarzucić. Problem w tym, że Mechlowicz przez większość widzów kojarzony jest jako Scotty, który nie wiedział, że jego dziewczyna co niedzielę puka się w vanie z Mattem Damonem. Oglądanie „Drogi donikąd” po uprzednim zapoznaniu się z „Eurotrip” sprawi, że za nic nie będziecie potrafili wczuć się w opowiadaną historię – psychopata nie wzbudzi w was żądnych emocji, jakie wzbudzać powinien, będziecie raczej czekać, aż pojawi się koło niego Włoch powtarzający „mi scuzi”. I na nic zdaje się to, że pod względem warsztatowym Mechlowicz wypada dobrze (pozostali aktorzy zresztą też) – występem w komedii młodzieżowej dał się zaszufladkować jako lekko głupkowaty nastolatek podróżujący po Europie i chyba nie uda mu się już tego zmienić, co w przyszłości może zniszczyć jego ewentualne kolejne role. W o wiele lepszej sytuacji byli Evans i Warner – mniej znani i niezaszufladkowani, który wypadli nawet dość przekonująco.
Jeśli jest coś, do czego trudno się w filmie przyczepić, to realizacja. Jak już powiedziałem, aktorstwo stoi na odpowiednim poziomie, nie gorzej jest również ze zdjęciami (chociaż pustynne plenery Australii po pewnym czasie mogą zacząć nużyć), muzyką (nie ma jej zbyt wiele, ale jeśli już się pojawia, to dobrze uzupełnia akcję) czy „efekty gore”. Ostatnie specjalnie wziąłem w cudzysłów, ponieważ nie można po recenzowanym filmie oczekiwać gore’u z prawdziwego zdarzenia – ot, przez kilka sekund na ekranie można oglądać sceny, przy których co wrażliwsi widzowie mogą przygryźć wargi.
Chociaż narzekam w recenzji na „Drogę donikąd”, krytyka zasłużenie się jej należy – skoro dystrybutor i twórcy reklamują ją jako horror, fan kina grozy ma prawo poczuć niezadowolenie po obejrzeniu filmu. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z produkcją nadającą się do obejrzenia, jeśli podejdzie się do niej jak do thrillera psychologicznego, nie oczekując jednak zbytnich emocji. „Droga donikąd” nie jest filmem złym, dobrym jednak też nie – ot, jest to coś, czym można zająć się chociażby na nudnym wykładzie, ale jeśli ma się jakąś ciekawszą perspektywę, lepiej zdecydować się na nią. Skoro film nakręcony został w 2005 roku, a dystrybutora znalazł dopiero w 2007, wy również możecie trochę poczekać z jego obejrzeniem, jeśli nosilibyście się z takim zamiarem.