Filmy
(Teksańska masakra piłą mechaniczną)
Scenariusz: Tobe Hooper, Kim Henkel
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1974
Muzyka: Wayne Bell, Wayne Bell
Ally Danzinger
Paul A. Partain
Rok 1974. Swoją premierę ma debiutancki obraz Toba Hoopera - „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Film to niezwykły, gdyż definitywnie kończy okres gdy ludzie chodzili do kina na następny horror traktujący o księciu Draculi lub kolejny kiczowaty monster movie o przerośniętych żyjątkach biorących odwet na rasie ludzkiej. No bo czy tego wszystkiego, aż tak odrealnionego, można się tak naprawdę obawiać? Hooper wprowadza mordercę z krwi i kości, człowieka który swoje prawdziwe oblicze skrywa za maską uszytą ze skór swoich ofiar, a w rękach dzierży swoje ulubione narzędzie mordu… piłę łańcuchową i jedno jest pewne: zło nigdy przedtem nie nabrało aż tak realnej formy.
Film ten; czego można się było spodziewać; wstrząsnął opinią publiczną, a przez wielu znawców tematu po dziś dzień uważany jest za pierwszy w historii kina slasher, Leatherface stał się zaś dzięki niemu jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon kina grozy. Zapytacie mnie zapewne co w tym filmie takiego niezwykłego? Cóż… odpowiedź poznacie poniżej.
Wszystko zaczyna się niepozornie, ot zwykły upalny sierpniowy dzionek. Piątka przyjaciół; Sally, jej niepełnosprawny brat Franklin, Jerry, Kirk i Pam podróżują swoim vanem przez Teksas. Zmierzają do domu dziadka rodzeństwa, aby tam w spokoju oddać się szaleństwom i błogiemu lenistwu. Po drodze zahaczają o cmentarz i właśnie tam dowiadują się od miejscowych mieszkańców, że ktoś bezcześci groby w całym Teksasie. Sally zostaje więc wpuszczona na teren cmentarza dopiero gdy wyjaśnia, że spoczywają tam jej bliscy. To jednak dopiero początek dziwnych wydarzeń… wkrótce potem młodzi ludzie zabierają z drogi autostopowicza, gość od samego początku wydaje się być niespełna rozumu. Opowiada im o tym z jakim zapamiętaniem jego dziadek ubijał krowy w rzeźni, to jednak nie wszystko, bowiem w pewnej chwili mężczyzna wyjmuje brzytwę… jeśli jednak myślicie, że na tym się skończy, to się mylicie. Prawdziwy koszmar rozpocznie się bowiem dopiero wtedy, gdy Pam wraz ze swoim chłopakiem trafią do pewnego niepozornego gospodarstwa…
Już sam zarys fabuły powinien was ostatecznie uświadczyć w przekonaniu, że jest to film przeznaczony wyłącznie dla widzów o mocnych nerwach. Ta druga grupa; słabsza psychicznie; zapewne wyłączy go zaraz po pierwszej sekwencji ukazującej wygrzebywanie zwłok z ziemi, a następnie tworzenie z nich przestrzennych kompozycji, takich obłąkanych dzieł sztuki. Z resztą zwłoki w różnych stadiach rozkładu będą się tutaj przewijać nagminnie i zrobią wrażenie nawet na zaprawionych w boju miłośnikach filmowej makabry. Do tego dodać należy sceny zabójstw, może nie jakoś szczególnie krwawe, ale za to realistyczne aż do bólu. Szczególnie, że Skórzana Twarz ofiary uśmierca w sposób wyjątkowo okrutny - od wieszania ich na rzeźnickich hakach (temat rzeźni i uboju bydła to poza zwłokami również szkopuł, który się będzie tutaj przewijał nagminnie), poprzez używanie rzeźnickiego młota do rozłupywania czaszek, na rozczłonkowywaniu piłą mechaniczną kończąc i wierzcie mi, że hektolitry posoki ani szybujące w powietrzu kończyny wcale nie są tutaj potrzebne. Krew jest zatem używana dosyć oszczędnie (chociaż w finale dane wam będzie ją ujrzeć w nieco większych ilościach ;)), ale rekompensowane jest to masowymi zbliżeniami na twarze przerażonych ofiar i ich jękami. Może właśnie dzięki temu ten błyskotliwy i co by tu dużo nie mówić, wyjątkowo odważny debiut Hoopera skutecznie przeraża po dziś dzień, a tak niepokojącego realizmu w ukazywaniu scen mordów pozazdrościć mu może nie jeden współczesny reżyser horrorów.
Zapewne niemała w tym zasługa surowości obrazu, jaką udało się uzyskać głównie dzięki wyjątkowo niskiemu budżetowi, co w latach siedemdziesiątych skutkowało wiadomo czym - nie najwyższej jakości sprzętem - co z kolei przełożyło się na właśnie taki, a nie inny efekt końcowy i chociaż najprawdopodobniej nie jest to zabieg celowy, to tylko dodaje to jeszcze większej pikanterii temu przerażającemu, jedynemu w swoim rodzaju widowisku. Będąc już przy aspektach czysto technicznych obrazu nadmienić wypadałoby również o muzyce. Ścieżka dźwiękowa jest skąpa, ale i to należy w tym konkretnym wypadku zaliczyć na plus bowiem wcale nie są tutaj potrzebne jakieś nadmiernie rozwinięte motywy muzyczne. Wystarczą te trzaski, świsty i gwizdy połączone z dosyć ciężkimi w odbiorze brzmieniami na początku, podczas kolacji (ale o tym za chwilę) i w etapie końcowym filmu. Idealnie składają się one na i tak już ciężki klimat filmu, a ten z pewnością pomagają budować również i ujęcia kamer, niejednokrotnie skierowane na dosyć nietypowe miejsca. Nie zawodzi również i gra aktorska. Hooper co prawda zatrudnił amatorów, jednakże równocześnie nie daje widzowi szans, aby to odczuć. Dobrze wypadają młodzi, w roli nieświadomych zagrożenia wczasowiczów i tutaj szczególne brawa należą się odtwórczyni głównej roli Marilyn Burns, na jej twarzy można bowiem niejednokrotnie dostrzec autentyczne przerażenie. Prawdziwy teatrzyk odstawiają jednak członkowie kanibalistycznej rodzinki. Szaleństwo to chyba właśnie to słowo które najlepiej obrazuje potworności jakich się oni dopuszczają. Znakomita gra aktorska potęguje to wrażenie przynajmniej kilkukrotnie. Przedrzeźnienie błagających o litość ofiar, obłąkane wyrazy twarzy, szatańskie uśmieszki, obłęd malujący się w ich oczach, czy wreszcie wyraźnie widoczny brak wszelkich norm moralnych, traktowanie ludzi tak samo jak obchodzenie się z bydłem przeznaczonym do uboju…
Całe to okrucieństwo i obłęd swoje apogeum osiągają w scenie kolacji, scenie która stała się archetypowym elementem całej serii (pominiętym jedynie w remaku „Texas chainsaw massacre” z 2003 roku.). Powtórzę się jednak, że pomimo tego wszystkiego o czym tutaj czytacie nie zobaczycie przelewanej w ilościach hurtowych sztucznej krwi i nie dajcie się zwieść opiniami wielu domorosłych krytyków filmowych klasyfikujących „Teksańską…” Hoopera jako prekursora krwistych filmów z pod znaku gore gdyż mija się to z prawdą i to z kilku powodów. Po pierwsze jest to szablonowy slasher, a po drugie; i jest to rzecz dosyć prozaiczna; … jak film nakręcony w 1974 roku może być prekursorem podgatunku gore skoro Herschell Gordon Lewis swoje gore kręcił już w latach sześćdziesiątych (że wymienię tutaj tylko trylogię złożoną z „Blood Feast”, „Two Thousand Maniacs” i „Color Me Blood Red”), a i w 1970 (na cztery lata przed premierą debiutanckiego obrazu Hoopera) powstał „Wizard of Gore” - jedno z jego bardziej rozpoznawalnych dzieł. Wracając jednak do sedna sprawy – „Teksańska masakra piłą mechaniczną” nie jest ani prekursorem filmów gore, ani nawet filmem gore. Ot i tyle.
Reasumując więc, Hooper stworzył coś co śmiało można nazwać arcydziełem gatunku. Jest to jeden z najlepszych; o ile nienajlepszy slasher w historii gatunku. Film niesamowicie oddziaływujący na psychikę widza, z jednej strony niezwykle brutalny, a z drugiej wcale nie tak krwawy jak się o nim pisze. Nie dajcie się zatem zwieść głupim pseudo-argumentom w stylu, że film pod tytułem „Teksańska masakra piłą mechaniczną” nie może zaoferować nic poza dziewięćdziesięcioma minutami odmóżdżonej jatki. Tutaj liczy się bowiem przede wszystkim surowy klimat, budowane z wyczuciem napięcie którego poziom wzrasta a każdą kolejną minutą filmu i prawda którą Hooper przekazuje w sposób wyjątkowo bezprecedensowy, że prawdziwe, pierwotne zło tkwi nie w wampirach, wilkołakach, czy innych różnej maści bestiach, a w człowieku…
… i jeszcze jedno… obłąkańczy taniec Leatherfaca z piłą mechaniczną na tle wschodzącego słońca. Jednakże tego nie da się opisać, to po prostu trzeba zobaczyć.