Filmy

« powrót
Ringu
(Ring, The)
(The Krąg: Krąg)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Hideo Nakata
Scenariusz: Hiroshi Takahashi
Produkcja: Japonia
Rok produkcji: 1998
Muzyka: Kenji Kawai
Obsada: Nanako Matsushima
Rikiya Otaka
Katsumi Muramatsu
Yutaka Matsushige
Rie Inou

Niekiedy zastanawiam się, jakie kryteria musi spełniać dany tytuł, aby na trwałe zapisać się w kanonie gatunku, co czyni z kolejnej opowieści o duchach klasykę? Nakręcony w 1998 roku, za niewielkie pieniądze, oszczędny w środkach wyrazu „Ringu” to film ze wszech miar niezwykły; chociażby ze względu na fakt, iż dał podwaliny niezwykle popularnemu współcześnie podgatunkowi horroru – stawiającym przede wszystkim na klimat grozy i liczne sceny typu jump scares asian ghost stories. Toż to właśnie Hideo Nakata przełożył na filmowy język pewne motywy z powieści Kôji Suzuki, zapożyczył z japońskich przekazów ducha protoplastę filmowej Sałako, a z krążącej rzekomo po Tokio miejskiej legendy – przeklętą kasetę wideo, po obejrzeniu której… widz umiera. Co z tym wszystkim zrobił? Obawiam się, że pytanie to samo w sobie nosi znamiona absurdu, czy znajdę bowiem amatora horroru, bądź nawet zwykłego niedzielnego widza, który o opisywanym obrazie jeszcze nie słyszał?

Misz masz wyżej wymienionych motywów znacznie przyczynił się do stworzenia archetypowego już dzisiaj obrazu mściwej, odzianej w białą halkę, trupiobladej zjawy której twarz skutecznie przysłaniana jest przez pukiel opadających na doń, kruczoczarnych włosów…  kto wie, może to i dobrze?

… bowiem zaledwie w dwa lata później swoje trzy grosze w tym temacie dorzucił i Takashi Shimizu który dobitnie dał wszystkim do zrozumienia, że sam wyraz twarzy takiej zmory przyprawić może widza o palpitację serca, o nieprzespanych nocach nie wspominając. Wracając jednak do „Ringu”…

 …i pewnego niepokojącego przekonania szerzącego się w środowisku tokijskich nastolatków, napomnieć należałoby wreszcie o tej niepozornej, bliżej niezidentyfikowanej taśmie vhs nad którą ciąży klątwa. Pechowy widz który nieopatrznie zobaczy nagrany na niej obraz zostaje telefonicznie powiadomiony o tym, że za siedem dni przyjdzie mu umrzeć. Klątwa niczym wirus infekuje kolejne osoby i zbiera żniwo śmierci na terenie całego Tokio. W końcu jej ofiarą pada młodziutka Tomoko – siostrzenica dziennikarki Reiko Asakawy. Ta, postanawia za wszelką cenę odkryć prawdę o śmierci dziewczyny, tym bardziej, że zginęła ona w wyjątkowo dziwnych okolicznościach. Reiko bardzo szybko wpada na trop innych podobnych zgonów. Dochodzi do wniosku, że serca młodych ludzi nagle przestają bić z bliżej nie określonych przyczyn, a na twarzach zmarłych w każdym pojedynczym wypadku maluje się grymas panicznego przerażenia. Koniec końców zabójcza kaseta wideo trafia i do rąk Asakawy…

…rolę której powierzono Nanako Matsushimie; na całe szczęście chciałoby się powiedzieć, gdyż bezbłędnie odtworzyła bezapelacyjnie najważniejszą rolę w swoim dotychczasowym dorobku aktorskim. Na jej tle równie dobrze wypadają filmowy syn i były mąż. Co najważniejsze chyba, śmiało można stwierdzić, iż na losach całej trójki widzowi praktycznie od samego początku zależy, a wiadomo, że takie identyfikowanie się oglądającego z bohaterami powoduje, iż recenzowany obraz jeszcze intensywniej oddziałowuje na widza. No i oczywiście Rie Inou – odtwórczyni roli Sadako która, podobnie jak Takako Fuji z cyklu „Ju-on”, na trwałe zdążyła się już zapisać w świadomości widza masowego i to nie tylko w Japonii – ojczyźnie obydwu scenariuszy – a na całym świecie. Zasługa w tym amerykanów (a jakżeby inaczej?) którzy bardzo szybko postarali się o własne wersje megahitów grozy rodem z Azji i o ile „The Grudge” made in USA zacnym straszakiem w istocie się okazał (chociaż niepotrzebnym… ale o tym w recenzji kinowej wersji „Ju-on: the Grudge”), o tyle „The Ring” w przekładzie Verbinskiego jest – wbrew temu jak widzą go miliony fanów kina grozy i miłośnicy kina w ogóle – co po najwyżej horrorem niezłym i właśnie w takim świetle należy go rozpatrywać. Po pierwsze, trudno oczekiwać żeby remake przewyższał oryginał, a jeśli już to są to sporadyczne przypadki jak chociażby „The Fly” Cronenberga, „The Thing” Carpentera, czy „Hills Have Eyes” Aji, a wziąć pod uwagę należałoby jeszcze fakt, iż mówimy tutaj o przypadkach zgoła odmiennych – amerykańskich przeróbkach nie starych arcydzieł gatunku, a azjatyckich ghost stories – co samo w sobie jest potocznie mówiąc… głupie. Upatrujecie bowiem jakikolwiek sens w robieniu nowej wersji filmu który ma karku raptem kilka lat?

No właśnie. Ja też nie, aczkolwiek nie znaczy to wcale, że zachowanie producentów jest irracjonalne, o nie… „The Ring” był śmiałym eksperymentem który na nasze nieszczęście okazał się strzałem w dziesiątkę. Światło dzienne ujrzał nieźle nakręcony straszak, z paroma naprawdę przerażającymi momentami i chociaż nie umywał się pod żadnym względem do „Ringu” Nakaty cóż z tego… skoro leniwe amerykańskie nastolatki, którym po prostu nie chce się czytać w kinie, a co za tym idzie – oglądać filmów nieanglojęzycznych – i tak łyknęły kolejną wysokobudżetową papkę rodem z Hollywood. Chcąc oszczędzić wam kolejnych wywodów przejdę do pointy całej sytuacji…

Otóż nakręcony w 2002 roku „The Ring” bardzo szybko zyskał status filmu kultowego i stał się jednym z najlepiej rozpoznawalnych współczesnych filmów grozy. Konsekwencje są opłakane… po znakomitym „The Grudge” i niezłym „The Pulse” fani horroru w wydaniu azjatyckim z poirytowaniem i niepewnością oczekują na amerykańskie wersje „Shuttera”, „A Tale of Two Sisters, „The Eye”, „Battle Royale” i „The Eye”, żeby wymienić tylko te najważniejsze projekty. Fabryka snów i jej zamiłowanie  od szybkiej akcji i nawału

jump-scares mających w całości zastępować mozolnie budowany klimat grozy nie nastraja jednak optymistycznie, obiecuje zaś spłycenie zarysów psychologicznych postaci i dużo… wspomnianej akcji. Niestety nie to liczy się w dobrym horrorze, a tendencja ta widoczna była już w „The Ring” który – w porównaniu do oryginału – wypadł aż nazbyt cukierkowo, stracił całą swoją surowość i nie oferował nic, czego widz nie miałby okazji zobaczyć w wersji Nakaty. W końcu remake powinien wnosić pewien powiew świeżości, czyż nie?

W wypadku obrazu Verbinskiego było zupełnie na odwrót. Mało, że nic nowego nie wniósł, to jeszcze na dodatek, został niemalże całkowicie obrany z symboliki oraz mnogości metafor których obecnością poszczycić się mógł „Ringu”. Tak o to w żyłach nieszczęsnej Sadako płynie krew najsłynniejszego chyba japońskiego ducha, Oiwy-san,  po której zjawa Nakaty odziedziczyła białe odzienie, włosy przykrywające twarz i chęć zemsty na żywych. Sam motyw studni obecny jest również w opowieści o Okiku która po śmierci co noc wychodziła z miejsca ukrycia swoich zwłok i nawiedzała mordercę  – tak więc i tutaj kłania się znajomość japońskiego folkloru, wierzeń, czy mitów. Pamiętać bowiem należy o starym wierzeniu w myśl którego po śmierci dusza ludzka powinna zostać oczyszczona, inaczej powróci pod postacią yurei by dokonać straszliwej zemsty na żywych. Pozostaje jeszcze kwestia dwuznaczności, chociażby tytułu który oznaczać może zarówno otwór studni, jak i krąg zarażonych wirusem-klątwą, po których już wkrótce nadejdzie Sadako. Samo imię mściwej mary rozpatrywać można na dwa sposoby, a to w dalszej perspektywie sprowadza się do tego, iż widz do samych scen finałowych nie jest w stanie jasno sprecyzować jej zamiarów. Bądź co bądź działalność zjawy ograniczać się może do chęci odnalezienia jej doczesnego ciała, tak bestialsko pochowanego żywcem w ciemnym, niedostępnym miejscu. Z drugiej strony widz dochodzi do wniosku, iż może być zupełnie na odwrót – gniew zjawy determinuje jej działanie skazując na śmierć każdego, kto oglądnie przeklętą kasetę, a sam duch wydaje się być uosobieniem pierwotnego, absolutnego zła którego niczym nie da się przebłagać, nadnaturalnej postaci która satysfakcję osiągnie dopiero wtedy, gdy zabije wszystkich pechowych widzów, a krąg zarażonych ciągle się rozrasta. Z resztą cóż tu dużo mówić, to po prostu błędne koło i chociaż wiadomo, że klątwa nie skończy się rozprzestrzeniać, to być może istnieje jednak jakiś sposób który pozwoli chociaż na odkupienie samego siebie… ocalenie własnego życia, czy życia bliskich…

Co natomiast oferuje w tej materii remake?

Cóż… tytuł na który po seansie patrzy się dosyć jednoznacznie (otwór studni), Samarę której imię znaczy tyle samo co każde inne, no i oczywiście zjawę która od czasu do czasu zabłyśnie swoim przerażającym spojrzeniem (aczkolwiek i spojrzenie – oszczędnie dozowane – lepiej wypada w oryginalnym „Ringu”). Szkoda tylko, że nawet zjawa skopiowana została bezmyślnie, z zerową inwencją twórczą i niepoprawnie na dodatek…

Zastanawia mnie czy sam Verbinski przy przenoszeniu Sadako na typowo zachodni grunt wiedział, że jej styl poruszania się, wywodzi się z jednej z awangardowych odmian tańca (Butō Mroku uściślając) i myśląc nad tym już od dłuższego czasu dochodzę do zatrważającego wniosku, że chyba jednak nie miał o tym pojęcia.

Uprzedzając pytania w stylu „dlaczego?” odsyłam do rzucenia okiem na kilka publikacji dotyczących japońskiego folkloru i wierzeń, gdyż właśnie tam początek swój biorą wszelakie mściwe zjawy, oczywiście w wydaniu ojczystym, a nie zachodnim. Dosyć poważnym uchybieniem jest również zrobienie z ducha Sadako małej, niepozornie wyglądającej dziewczynki. Próba zrozumienia tej fatalnej zagrywki sprowadza się do jednego… scenarzysta najwyraźniej sięgnął po postać z konwencji. Motyw „złego dziecka” dobrze znany i tak bliski amerykanom wykorzystywany był już wiele razy, żeby wymienić chociażby znakomitego „Omena” Richarda Donnera, czy niezbyt udany remake „Wioski przeklętych” w przekładzie Johna Carpentera. Powstaje jednak niezwykle mocny kontrargument…  po co zmieniano akurat to, skoro wszystko inne z takim zamiłowaniem skopiowano?

Pozostawię to bez komentarza, niemniej jednak nie bez celu wytykałem wady przeróbki „Ringu”.  Mając o nich chociaż blade pojęcie, z pewnością dużo łatwiej przyjdzie wam docenić o niebo lepszy oryginał. Tak o to stajecie naprzeciw horroru kompletnego, mrożącej krew w żyłach opowieści o zemście zza grobu, która nie na żarty przerazi nawet najbardziej hardych twardzieli… i to właśnie o uczuciu strachu - jakie „Krąg” niewątpliwie wywołuje - wypadałoby napomnieć nieco więcej. Klimat grozy jest bowiem wręcz namacalny, niezwykle mroczny i wyjątkowo sugestywny. Nakata nakręcił film oszczędny w środkach wyrazu i nawet we finale nie będzie wam dane ujrzeć zbędnych fajerwerków. Użycie efektów specjalnych ograniczono do niezbędnego minimum, a świetna ścieżka dźwiękowa również dozowana jest jakby ostrożnie. Dominują ciemne barwy, niekiedy jednak pojawiają się sceny osadzone w malowniczych plenerach (chatka w lesie). Wszystko to sprawia, że obraz nabiera charakterystycznej dla niektórych klasyków gatunku surowości. Mało tego, Hideo Nakata
(„Ringu 2”, „Dark Water”, „Chaos”) nieustannie zaskakuje widza jako reżyser któremu nieobca jest stara, dobra szkoła budowania suspensu. Starannie dozuje napięcie, umiejętnie wycisza akcję i z zamierzonym skutkiem bombarduje widza obrazami jakby żywcem wyjętymi z najgorszych koszmarów. Czyż nie najbardziej przeraża nas to, czego nie widać?

Nakata wyrasta więc w oczach widza na jednego w najlepszych współczesnych reżyserów, któremu do pięt nie dorasta cała rzesza pseudo-twórców coraz bardziej tandetnych teenage slasherów, czy innych beztalenci których stać tylko na kopiowanie czyichś pomysłów. Dla młodych i ciekawskich - w końcu nie od 2002 się zaczęło… ci którzy twierdzą, że próżno szukać wcześniej w kinie amerykańskim motywów zaczerpniętych z kina japońskiego powinni wreszcie zobaczyć „Siedmiu Samurajów” Kurosawy (1954), a w chwilę potem wrzucić do czytnika dvd płytkę z jednym z najbardziej znanych westernów – „Siedmioma Wspaniałymi” Sturgesa (1960) – i wszystko stanie się jasne. Jak na dłoni widać zatem, że od dawien dawna fabryka snów chętnie rozkradała motywy obecne w kinie azjatyckim i zapewne z tym nie skończy, bądź co bądź biznes to biznes. Wracając jednak do Nakaty, hitami pokroju „Dark Water” i recenzowanego „Ringu” na trwałe zdążył się już zapisać w historii horroru, dając podwaliny nowemu podgatunkowi w kinie azjatyckim i nawet nieliczne wpadki (vide „The Ring 2”) nie są w stanie zmazać tego co poczynił… a poczynił wiele, i to wiele dobrego…

Reasumując więc, „Ringu” to już klasyka gatunku i jeden z najlepszych; o ile nie najlepszy; współczesny film grozy. Najlepszy dowód na to, że jeszcze da się skręcić coś świeżego i oryginalnego, a przy okazji przerażającego. Nakata stworzył film oszczędny w środkach wyrazu, ale zawierający w sobie potężny ładunek napięcia i potrafiący nie na żarty przerazić oglądającego – bowiem widz boi się już tego, co sobie wyobraża, a wyobraża sobie naprawdę dużo…

Dobrze, że przy tak umiejętnym zagraniu na emocjach i lękach widza Nakata nie zawiódł  na poziomie finału, który zdaje się być wręcz eskalacją tego, co dane nam było zobaczyć dotychczas. Wyjście Sadako z ekranu telewizora to dzisiaj, scena wręcz kultowa… a czy da się ją jakoś obłaskawić?

Cóż… może tak, może nie…

data: 22:29; 16 listopada 2009     autor: Dux

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com

porady finansowe | nieruchomoœci suwałki | strzyżenie | Dzwonki |