Filmy
Scenariusz: Judy J. Kushner
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1983
Muzyka: Danny Girlando
Diane Cummins
Saul Meth
Miriam Meth
William Szarka
Obskurny i zarazem paskudnie zrealizowany slasher, który wyszedł spod ręki samej Doris Wishman, kojarzonej głównie z ociekającymi nagością filmami rodzącego się w USA kina sexpoloitation. Tym razem obyło się bez feministycznego wydźwięku znanego chociażby z „Bad Girls Gone to Hell”, czy „Too Much, Too Often”, choć campowy urok roznegliżowanych ciał wciąż pozostał jej domeną. Wishman chętnie i nadzwyczaj często eksperymentowała z gatunkami i rodzajami filmowymi, więc gdy zapanowała moda na slashery i ona postanowiła zmierzyć się z wizerunkiem seryjnego mordercy, oczywiście na swój własny sposób.
Fakt faktem, nieco wybiegający poza ramy, do których przyzwyczaiła nas ogólna formuła stalkerów. Wishman inspirację odnalazła w nieociosanym połączeniu horroru z kinem kryminalnym, z którego zaczerpnęła charakterystyczny motyw narratora komentującego wydarzenia. Jak na slasher dosyć nietypowe - ale pozycja wyjściowa do stworzenia czegoś ciekawego była co najmniej dobra. Szkoda, bo komentator sprawdził się tylko w pierwszych minutach, sprawnie obdzielając komentarzami poszczególne wydarzenia z życia pewnej rodziny. Trzeba dodać, że rodziny mającej niezwykłego wręcz pecha do wpadania pod nóż swych krewnych. Po pierwszych zdjęciach wręcz gotyckich scenerii cmentarza i piorunów przeszywających niebo, szybciutko przenosimy się do skromnie umeblowanego mieszkania (które później, po drobnych zmianach kosmetycznych, będzie służyło za większość lokacji tego filmu). Tam widzimy dziewczynę dziarsko zrzucającą szlafrok przed pamiętliwym okiem kamery, która zaraz po tym wślizguje się do wanny by wziąć gorącą kąpiel. Narrator komentuje zaś zaciekle pojawienie się w progu jej siostry, uzbrojonej w siekierę. Kilka kiczowatych ciosów, trochę czerwieni oblewającej ofiarę i barwiącej wodę w wannie i niezbyt czujna kamera, uznajmy że zupełnie przypadkowo (!) uciekająca przed widokiem masakrowanej dziewczyny. I pierwszy trup gotowy! Niebawem pojawia się drugi, bo agresywna siostra okazała się stworzonkiem bardzo fajtłapowatym. Potknęła się przy pierwszej okazji i upadła klatką piersiową wprost na ostrze swej broni, rozlewając krew po całej podłodze - co za pech! Jakiś czas później, znów w tej samej rodzinie dochodzi do kolejnej tragicznej tragedii. Dwójka braci ginie z rąk niezrównoważonej psychicznie krewnej, która trafia za to na pięć lat do szpitala psychiatrycznego. Czas bardzo szybko leci, bo po kilku sekundach kończy się zamknięcie morderczyni i dobre czasy narratora. W tym momencie Wishamn powinna podziękować panu, którego głos słyszymy zdecydowanie częściej niż dialogi bohaterów z muzyką razem wzięte. Ale tak się nie stało, co zaowocowało skutkiem odmiennym od zamierzonego - miast interesować słuchacza, narrator jedynie drażni niepotrzebną obecnością. Po co komu znać dokładnie całą historię i wszelkie szczegóły? Nieprzemyślanie zabito element zaskoczenia czy niepewności, czyniąc ten film niestrawnym już po pierwszych kilku minutach projekcji. No cóż, skoro jednak jesteśmy skazani na tajemniczy głos, skorzystajmy chociaż trochę z pomocy i wsłuchajmy się w jego słowa. A mówi on nieprzyjemne rzeczy - mianowicie, że rodzeństwo byłej morderczyni jest do niej bardzo sceptycznie nastawione i chce się jej jak najprędzej pozbyć. W tym celu próbują ją przestraszyć i wywołać nawrót choroby. Wkrótce trup zaczyna słać się po podłodze, ale nie wiadomo tak do końca kto go kładzie - zawistne rodzeństwo, czy też sama zainteresowana, której stan cały czas się pogarsza?
Reżyserka rozdziawiła mi usta w grymasie niepohamowanego podziwu i to trzeba jej oddać. Głównie dlatego, że w „a Night to Dismember” kompletnie nie ma się do czego przyczepić! Otóż to, każdy mały element składniowy tego filmidła wykonany jest tak potwornie źle, że trudno już bardziej wychylić się poza szereg; ten film to płaska ściana czystego tandeciarstwa, w której jedne elementy prześcigają się z drugimi w byciu kiepsko zrealizowanymi, choć i tak prawie wszystkie solidarnie sięgają najgłębszego dna. Doprawdy, ciężko czasami wskazać element najbardziej kulejący, bo wszystko zlewa się w jeden paskudny ściek. Można się rozczulać nad ultymatywnie niskim budżetem, choć historia nieraz pokazała, że z nikłymi środkami można nakręcić coś ciekawego. No dobrze, chyba nie aż z tak nikłymi, które pozwalają na nadużywanie jednej, skąpo udekorowanej lokacji. Niemniej inwencja zawiodła na całej linii. Historia ma poważne błędy logiczne, dziury w scenariuszu widoczne są na każdym kroku. Trudno nawet powiedzieć za ile z tych kwiatków winę ponosi utracenie większości materiałów zrealizowanych w 1979, które pociągnęło za sobą ponowne kręcenie i przesunięcie daty ostatecznego zmontowania filmu aż na rok 83. Oceniając umiejętności Doris Wishman trudno jednak przypuszczać, że pierwotna wersja okazała by się relatywnie lepszą.
Pod względem aktorstwa film leży i kwiczy na całej linii. Dość wspomnieć, że dla większości obsady film był zarówno aktorskim debiutem jak i pożegnaniem się z widzami po drugiej stronie ekranu. Uwagę może zwrócić obsadzenie w głównej roli Samanthy Fox, znanej z prezentowania swych wdzięków w produkcjach z pogranicza erotyki i błękitnego biznesu. Niestety część rozbierana, w której bierze ona udział to zlepek scena utrzymanych w przesterowanych barwach rodem z klubów disco, podsyconych psychodeliczną muzyką - widać mało, a oprawa nadzwyczaj irytująca, bo oczopląsu można dostać. Muzyka drażni dziwnymi plamami syntezatora, kompletnym niezgraniem z akcją. Gore albo nie ma, albo jest wykonane w sposób przeraźliwie tandetny. Paskudny kolor krwi piętnuje zbyt niskie środki jakimi dysponowała ekipa, a serce, które ściskane w dłoni tryska krwią to zwieńczenie niepowodzeń charakteryzacji i efektów.
Złych elementów jest jeszcze cała masa, ale szkoda czasu i szkoda klawiatury na ten film. Pewnym plusem może być jedynie to, że możecie się z nim uporać w sposób szybszy niż przewiduje to czas projekcji - jeśli zaczniecie przesuwać film lub oglądać go w trybie przyspieszonym to nie stracicie zupełnie nic, bo brak tu jakiejś spójnej fabuły. To raczej zbitek kolejnych kadrów, które same z siebie nijak nie wynikają. Pytanie tylko, czy warto tracić czas i marnować głowicę video, narażając ją na zabrudzenia. A o to nietrudno, gdy ma się do czynienia z taką kupą szlamu!