Filmy
(Córka Draculi)
Scenariusz: Garrett Ford
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1936
Muzyka: Heinz Roemheld
Słynna adaptacja książki Brama Stokera pt. "Dracula" z 1931 roku zdobyła, jak każdy zapewne wie, ogromną popularność, której z pewnością nawet sam autor nie był w stanie przewidzieć. I mimo, że wiele osób wciąż na nowo zarzuca jej błędy i potknięcia zarówno stylistyczne jak i fabularne, to rzesze miłośników wampira z Transylwanii nie zmniejszają swych szeregów, powodując, iż kolejne wcielenia klasycznego krwiopijcy nawiedzają sale kinowe. Nie może więc dziwić, że również najsłynniejszą i najbardziej klasyczną z adaptacji losów tytułowego bohatera powieści Stokera, jaką jest „Dracula” Toda Browninga (chyba jedynie „Nosferatu – Symfonia grozy” przebija jej wartość filmową) dopadły plugawe macki producentów żądnych sequeli, czego wynikiem jest „Córka Draculi”. Jednak, jak pewnie wszyscy się domyślają, córka nie dorosła do poziomu tatusia i posiada zbyt wiele braków by swym posępnym cieniem wzbudzać lęk w kolejnych pokoleniach miłośników wampiryzmu na ekranie.
Fabuła jest niezbyt skomplikowana, do Londynu, dopiero co wyzwolonego od przeraźliwej żądzy krwi Draculi, którego zwłoki wciąż znajdują się w miejscu jego uśmiercenia, przybywa wspomniana już córka. Jak się szybko okazuje, nie postrzega ona swej wampirycznej schedy jako coś wartościowego, wręcz przeciwnie, jej największym pragnieniem jest chęć wyzwolenia się od nieustannego pragnienia ludzkiej krwi. Nie jest jednak żadną niespodzianką, iż instynkty wampirzycy odgrywają w jej życiu rolę główną, w której dopełnieniu pomaga jej aż nadto wierny sługa. Zmuszona więc wzbogacać się cennym płynem z ludzkich tętnic, córka wyszukuje swe kolejne ofiary zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn. Tutaj właśnie tkwi największa wada filmu, bowiem kobieta-wampir otwiera przed twórcą filmu wiele nowatorskich w tamtych czasach dróg. Wielka to szkoda, że w żadną z nich reżyser nie zapędził się wystarczająco daleko by zapisać swe dzieło w annałach światowej kinematografii. Ileż świetnych, podszytych erotyzmem i pewną fetyszystyczną grą, oczywiście jak na ówczesne możliwości ludzkich sumień, scen mogłoby się pojawić gdyby wampirzyca zajmowała się, w odpowiedni sposób, osobnikami płci przeciwnej. A fakt, że wybiera kobiety też nie jest przepełniony podtekstami, oprócz tego najbardziej oczywistego, że kobieta wpija się w szyję drugiej kobiety. Jednak to, że możemy nieco zwrócić uwagę na pewne skłonności jest gruntownie przykryte zarówno brakiem pokazywania wszelkich zbliżeń, wręcz unikaniem jakichkolwiek dwuznacznych momentów, jeszcze bardziej ostrożnym niż w „Draculi” Browninga uciekaniem od scen posilania się wampira, niezbyt dobrą fabułą, jak i nazbyt schematycznym prowadzeniem akcji. Nie chcę tu sugerować, że przy oglądaniu tego filmu liczyłem na sceny rodem z „Vampyros Lesbos”, nie mam najmniejszego zamiaru tu gloryfikować erotyzmu w filmowych produkcjach, tylko wyrazić swój żal z powodu uniknięcia w „Córce Draculi” większej ilości podtekstów, gier z widzem, pogłębionej psychologizacji, czegoś co, biorąc pod uwagę możliwości fabularne, zmieniłoby ten film w klasyk. I jeśli sądzicie, że wymagam zbyt wiele od filmu z tamtych czasów, to przyjrzyjcie się „Narzeczonej Frankensteina”. Zresztą „Córkę Draculi” miał reżyserować sam James Whale, który w końcu porzucił projekt na rzecz „Narzeczonej...”. Jestem pewien, że jego homoseksualne skłonności i swoista mentalność wyrzutka, tak dobrze widoczna w jego filmach o Frankensteinie, sprawiłaby, iż obraz, który jest przedmiotem recenzji stałby się ze wszech miar o wiele bardziej wartościowy i emocjonalny. Jednak nasza wampirzyca nie daje nam możliwości dalszego snucia wniosków co do jej preferencji, smutków etc., gdyż w miarę szybko zakochuje się w głównym bohaterze obrazu, co może oznaczać, iż wszelka dwuznaczność jest jedynie wytworem wyobraźni recenzenta, gdyż wampirzyca zachowuje się w grucie rzeczy jak typowy upiór nocy, pije krew, po czym zakochuje się w osobniku płci przeciwnej. Jakby nie było to od chwili pojawienia się miłości schematyczna akcja wpada na równie schematyczne i przewidywalne tory, gdyż, jak wiadomo, miłość dla wampira to nic dobrego i może przynieść mu tylko szkodę, tym bardziej, że ma mściwą rywalkę i samego dra Van Helsinga na swojej drodze.
Samo potraktowanie fabuły zaskakuje właściwie jednym, mianowicie odwróceniem klasycznych relacji w świecie wampirycznym, znanych i zapoczątkowanych w "Draculi". Są to niewątpliwie największe zalety omawianej produkcji. Tym razem to kobieta-wampir uwodzi mężczyznę-ofiarę i musi stoczyć bój z inną kobietą. Nie wzbudza to dzisiaj żadnego zdziwienia, ale na pewno w czasach powstania filmu był to ruch odrobinę bardziej zaskakujący, choć pozostawiający zbyt wiele do życzenia w warstwie jego wykonania. Sam pomysł to nie wszystko, wypadałoby poświęcić więcej uwagi pewnym wątkom. Ponadto pojawia się też motyw z książki Stokera, a nie wykorzystany w pierwszej udźwiękowionej adaptacji tejże, czyli motyw pogoni za wampirem do Transylwanii. Czyli zobaczymy ponownie ponure rejony rodzinnych terenów światowego wampiryzmu, zawsze niemal takie sceny w filmowych wersjach Draculi należą do bardzo przyjemnych i ta produkcja nie jest wyjątkiem od reguły.
Niestety te dwa smaczki nie sprawiają, że obraz można gorąco polecić miłośnikom filmowej klasyki. Razi w nim poprawność obyczajowa, nie ma w nim ani kropli krwi, brutalności jest mniej niż w poprzedniku. Film jest widocznie z góry obliczony na zysk. Oczywiście nie spodziewam się ultrabrutalnych efektów gore i roznegliżowanych kobiet biegających na wszystkie strony z przeciętymi tętnicami po filmie z tamtych lat, tym bardziej, że cenzura w Ameryce szalała wtedy w najlepsze. A i wcale takich scen ochoty zobaczyć nie miałem. Często nie świadczą one o sile produkcji, a zwykle wręcz przeciwnie. Mimo to, można było zobaczyć nieznacznie umiejscowioną posokę w ówczesnym kinie amerykańskim, przywołam tu na dowód "Mumię" z 1932 roku, dzięki temu opowieści grozy, a na pewno opowieści o wampirach zyskują na klimacie i realizmie, jeśli w ogóle można o czymś takim mówić w przypadku takich produkcji. Ale cóż, cenzura usuwała czasem nawet kropelki potu na postaciach z komiksów, więc trzeba ścierpieć naturalistyczny minimalizm. Tym bardziej, że nawet jeśliby jakieś brutalniejsze sceny się pojawiły nie byłyby one żadnym gwarantem sukcesu w filmie, w którym i inne aspekty nie są zbyt wysokich lotów. Mógłby z tego wyjść obraz niemal tak groteskowy jak dziwaczny „Maniac” Dwaina Espera z 1934 roku.
Niestety zarówno wspomniane wady, jak i ząb czasu sprawiają, że film nie może przestraszyć nikogo w teraźniejszości. Nie może też niczym zaskoczyć, również pod względem technicznym. Wszystko stoi na przyzwoitym poziomie mieszcząc się w średniej filmowej, nic ponadto. Muzyka także nie zachwyca, ale trzeba uczciwie przyznać, że jest skomponowana z polotem i wiele dzisiejszych ścieżek dźwiękowych jej nie dorównuje. Aktorzy także, niestety, nie sprawiają miłej niespodzianki, klasyczne kreacje aktorskie znane z wielu innych ówczesnych filmów niczym nie oczarowują. Jedynie wart wspomnienia jest Edward Van Sloan, który ponownie wcielił się w rolę Van Helsinga. Jego gra jest zdecydowanie najlepsza ze wszystkich w filmie. Córka sztucznie próbuje oddać ducha Beli, którego kreacja nadal pozostaje najlepszą jeśli chodzi o kinowe wampiry. Słowo podsumowania. Film dla miłośników starych horrorów, szczególnie miłośników "Draculi", warto zobaczyć co działo się potem w filmach Universalu kontynuujących wątek zapoczątkowany w 1931 roku. Dla innych raczej jako ciekawostka, choć jeśli ktoś lubi stare kino nie powinien po tym filmie żałować chwil z nim spędzonych.