Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Filmy

« powrót
Ginii piggu 5: Manhōru no naka no ningyo
(Guinea Pig 5: Mermaid in the Manhole)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Hideshi Hino
Produkcja: Japonia
Rok produkcji: 1988
Obsada: Shigeru Saiki
Mari Somei
Masami Hisamoto
Gō Rijū
Tsuyoshi Toshishige

Po obejrzeniu „Flowers of Flesh and Blood” byłem pewien, że po „Królika doświadczalnego” nigdy już więcej nie sięgnę. Na kilku serwisach internetowych wyczytałem jednak, że część czwarta posiada sensowną fabułę, która nie ogranicza się do czterdziestominutowej rzezi, tak charakterystycznej dla tej ociekającej krwią serii. Ponieważ jestem tylko człowiekiem, ludzka ciekawość wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem i, co ciekawe, okazuje się, że naprawdę było warto...

Czwarta odsłona „Guinea Pig” traktuje o malarzu, który poszukując natchnienia schodzi pewnego dnia do podmiejskich kanałów. Tam, ku swojemu zdziwieniu znajduje syrenę. Okazuje się, że jest ona ranna, co więcej – zdaje się, że do rany zdążyła się już wdać infekcja. Nasz bohater zabiera ją więc do swojego mieszkania i umieszcza w wannie pełnej wody. Postanawia ją namalować. To okazuje się jednak być niełatwym wyzwaniem, gdyż jej ciało zaczyna gnić i powoli obrastać w pęcherze, z których wylewa się różnokolorowa maź. Nasz malarz, pomimo usilnych starań, nie może zrobić nic, aby jej pomóc. Oboje zdają się jednak mieć ostateczny cel w przeniesieniu piękna syreny na malarskie płótno. Czy mężczyzna zdąży to uczynić?

Podobnie jak w „Devil’s Experiment” i „Flowers of Flesh and Blood”, reżyser nie pozostawia żadnych wątpliwości co do tego, czy ofiara (w tym wypadku trawiona przez tajemniczą chorobę) przeżyje. Na tym jednak wszelkie podobieństwa co do pierwszych dwóch części (no, może poza hektolitrami posoki, ale o tym za chwilę) się kończą. Chciałoby się powiedzieć, że na szczęście, gdyż dosyć już miałem czterdziestominutowych filmideł traktujących o zamęczaniu kolejnych ofiar. Tutaj dostałem całkiem ciekawą fabułę, z jakże zaskakującym finałem, a kto wie, może nawet coś więcej?

Na wstępie pochwalić należałoby aktorstwo odtwórców dwóch głównych ról. Widz aż wyczuwa łączącą ich więź. Skutecznie irytuje natomiast aktorstwo sąsiadów głównego bohatera. Niespodziewanie dobrze wypadają również ujęcia kamer. No i oczywiście krwawe efekty. Jak na film z serii „Guinea Pig” przystało, znajdziemy tutaj całe mnóstwo efektów gore; i pomyśleć, że wszystko zaczęło się od dosyć niepozornej rany. Potem jest coraz gorzej – ciało zdaje się gnić w zawrotnym tempie, obrastają je pęcherze i wrzody. Wszystko chyli się ku upadkowi, gdy ze zgniłego ciała wypełzać zaczyna robactwo... czy malarz zdąży ukończyć swoje dzieło?

„Mermaid in a Manhole” jest więc widowiskiem równie brutalnym i bezkompromisowym jak poprzednie odsłony tej niesławnej serii. Chce się jednak powiedzieć, że tym razem to gore czemuś służy. Czemu? Trudno mi to jednoznacznie określić. Być może Hino chciał zwrócić uwagę na problem przemijalności piękna, a być może chciał zadziwić widzów zaskakującymi zwrotami akcji w finale tej obrzydliwej opowieści i, co by nie powiedzieć, wyszło mu to wspaniale. Z jednej strony uciął bowiem wszystkie domysły, a z drugiej dosłownie pół minuty przed napisami nasunął nam tych domysłów aż za dużo. Sprawiło to, że film nabrał rumieńców i zmusił mnie do pewnych przemyśleń. Faktem jednak pozostaje, że Hino ponownie zatarł granice dobrego smaku i stworzył dzieło bezkompromisowe, nie poddające się jakiejkolwiek formie cenzury. Czy można mu to wybaczyć i czy film istotnie ma jakieś przesłanie?

To pozostawiam do oceny wam, z całą pewnością mogę jednak stwierdzić, że jest to jeden z najlepszych filmów gore, jakie kiedykolwiek dane mi było zobaczyć...

data: 21:29; 13 listopada 2009     autor: Dux