Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Filmy

« powrót
Nightmare on Elm Street, A
(Koszmar z ulicy Wiązów)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Wes Craven
Scenariusz: Wes Craven
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1984
Muzyka: Charles Bernstein
Obsada: Heather Langenkamp
Robert Englund
Ronee Blakley
Amanda Wyss
Johnny Depp

„Koszmar z ulicy Wiązów” przynależy do tej wąskiej grupki tytułów, o których się nie dyskutuje. Jest to bowiem absolutna klasyka horroru i co by nie mówić, film istotnie niezły, ale żeby od razu idealny? Craven stworzył dzieło, które wystraszy nie na żarty jeszcze niejedno pokolenie nastolatków... i właściwie tylko ich.

Tinę zaczynają nękać koszmary. Widzi w nich mężczyznę w brudnym, zielono-czerwonym swetrze, kapeluszu, ze zdeformowaną na wskutek poparzeń twarzą i nożami zamiast palców. Dziewczyna stara się jakoś z tym uporać, jednak mężczyzna wciąż powraca w jej snach, próbując ją zabić. Gdy jej matka wyjeżdża do Las Vegas Tina zaprasza do siebie swojego chłopaka, Roda, oraz najbliższą przyjaciółkę – Nancy, wraz z jej chłopakiem – Glenem.  Jeszcze tej nocy Tina zostaje brutalnie zamordowana, a podejrzenia padają oczywiście na Roda. Okazuje się, że wszyscy oni śnią o jednym człowieku. Jest nim Fred Krueger, polujący na nich w ich własnych snach morderca dzieci. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że jeżeli ktoś zginie we śnie, ginie również na jawie...

Wyjątkowość „Koszmaru z ulicy Wiązów” zaczyna się już na poziomie scenariusza. Fabuła jest oryginalna i w niesamowity wręcz sposób potrafi oddziaływać na wyobraźnię. Mieliśmy już bowiem do czynienia z mordercami z krwi i kości, ale co zrobić, gdy nawet we śnie nie można czuć się bezpiecznie? Co począć, gdy okazuje się, że zwyczajny na pozór koszmar może zakończyć się tragicznie? Aż wreszcie: jak w takiej sytuacji odróżnić marę senną od rzeczywistości?

W tym właśnie tkwi siła filmu Cravena. Trzeba bardzo dokładnie obserwować to, co dzieje się na ekranie, by z powodzeniem odróżnić jawę od snu. Tym bardziej, że koszmar zaczyna się dziać nagle i wcześniej nie ma żadnych przesłanek ku temu, że za chwilę stanie się coś niezwykłego, a niezwykłych rzeczy dziać się będzie wiele. Już od pierwszych minut udziela się bowiem widzowi mroczny, można wręcz rzec, że psychodeliczny klimat tej mrożącej krew w żyłach opowieści. Stara fabryka, para wydostająca się gdzieniegdzie z nieszczelnych rur, płomienie gdzieś w oddali. Scenografia jest zatem dobrana idealnie i tylko podsyca w oglądającym poczucie niepewności, odrealnienia. Gdzieś tam w tle przebiega... owca. Czyżby Freddy chciał uzmysłowić ofierze, że właśnie ona jest taką owieczką, a on drapieżnikiem? Wreszcie dane jest nam usłyszeć zgrzyt ostrzy Kruegera. Zbliża się, demonicznie się przy tym uśmiechając. Wszystko to podsyca jeszcze znakomita muzyka (motyw przewodni jest po prostu genialny i jeszcze dobrych kilka nocek po seansie będziecie sobie go z niepokojem nucić do snu). Czy trzeba czegoś jeszcze?

Cóż... przede wszystkim powagi w tym, co się robi. Craven zmarnotrawił to, co stać się mogło dziełem ponadczasowym, ale w innym znaczeniu tego słowa – bardziej serio. Zrobił horror dla nastolatków, co i wcześniej już mu się zdarzało, jednakże to właśnie „Koszmarem...” na zawsze oddalił się od konwencji kina bezkompromisowego, a zaczynał przecież od takich dziel jak „Ostatni dom po lewej” i „Wzgórza mają oczy”. Szkoda, że rzucił się na kasę zapominając o tym, w czym był naprawdę dobry. Tak oto widz dostaje miażdżący klimat – przynajmniej gdy po raz pierwszy ogląda „Koszmar”, jeszcze jako dzieciak, boi się nie na żarty. Po latach, wielokrotnym obejrzeniu filmu, nadal budzi on w nim dziwne uczucie niepokoju, wynika to jednak bardziej z sentymentu, niż  jeżeli rzeczywistej wartości filmu. Tak właściwie po co ja to mówię... czy jest ktoś, kto „Koszmaru...” jeszcze nie widział? Jeżeli tak, to postarajcie się to bardzo szybko nadrobić, bo naprawdę warto. Bądź co bądź jest to klasyka horroru... a że nie taka jak smakosze gatunku chcieliby ją widzieć?

Wszystkiego mieć nie można. Największy niepokój budzi oczywiście sama postać Freddy’ego Kruegera (Robert Englund, pomimo iż występuje w masce, zaprezentował nam prawdziwy wachlarz umiejętności aktorskich). Postać tajemnicza, z początku praktycznie nic o nim niewiadomo, nawet jak ma na imię... dopiero później wychodzi na jaw kim on tak właściwie jest (a raczej kim był ;-))...– a zła to do szpiku kości zmora, demoniczna, pragnąca ciąć bogu ducha winne dzieciaki. Wystarczy? Nie?

Już sam jego wygląd budzi postrach, nie wspominając nic o zachowaniu. Nękanie swoich ofiar we snach sprawia mu przyjemność, dla niego jest to wręcz dobra zabawa. Jego ruchy i gesty... zgrzytanie metalowymi ostrzami... uśmieszek na twarzy gdy mówi coś do swoich ofiar... wie, że nikt mu nie ucieknie, więc nie ma się czym martwić. Jedyna nadzieja w zastosowaniu się do ostatniej zwrotki przerażającej wyliczanki cytowanej chyba we wszystkich częściach cyklu o Kruegerze:

One... two...Freddy's coming for you.
Three... four...Better lock your door.
Five... six...Grab your crucifix.
Seven... eight...Gonna stay up late.
Nine... ten...Never sleep... again.

Tak na dobrą sprawę to żadne słowa nie oddadzą magii tego tytułu, to sentymentalna podróż w lata osiemdziesiąte... jeden z tych filmów na których się chowaliśmy, nomen omen jak sami mieliśmy po piętnaście lat. Teraz już tak nie straszy, Freddy zdaje się śmieszny po tych wszystkich kontynuacjach, a w głowie siedzi niezbyt miłe przeświadczenie, że można było całkiem serio, a wyszło trochę głupio i na pół gwizdka...

data: 21:00; 13 listopada 2009     autor: Dux