Filmy
(Zombie Nosh)
Scenariusz: Bill Randolph, S. William Hinzman
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1988
Muzyka: Erica Portnoy
S. William Hinzman
Leslie Ann Wick
John Mowod
Każdy miłośnik zombie movies kojarzy lata 80-te z okresem świetności swego ulubionego podgatunku – istotnie, w dekadzie tej powstało całe mnóstwo mniej lub bardziej udanych produkcji o żywych trupach, które zapewniły tej gałęzi horroru trwałe miejsce w historii kina grozy. Lata 90-te miały przynieść zmiany i wysyp produkcji typowo amatorskich, ale nim to nastąpiło w końcówce lat 80-tych nakręcono jeszcze kilka godnych uwagi pozycji. Czy można do nich zaliczyć także „Zombie Nosh” Williama Hinzmana, film znany też pod tytułami „Flesheater”, „Revenge of the Living Dead” i „Revenge of the Living Zombies” ?
W święto Halloween grupa młodych ludzi przybywa w dość odludną okolicę – w tym samym czasie miejscowy rolnik za pomocą traktora wydziera z ziemi pień drzewa, odkrywając przy okazji trumnę z dziwnym napisem. Oczywiście – jak to bywa w horrorach – otwiera ją. Okazuje się jednak, że złożony tam człowiek bynajmniej nie zakończył swojej aktywności w świecie doczesnym i przegryza nieszczęsnemu tubylcowi gardło. Wkrótce jego ofiarą padają kolejne osoby, epidemia rozprzestrzenia się coraz bardziej, a ocaleli ze wspomniane grupy młodzi ludzie barykadują się w pobliskim budynku. Zabierają ze sobą także ranną koleżankę, co okazuje się być niezbyt szczęśliwym pomysłem.
Nie brak opinii, że film Hinzmana to kalka z „Nocy Żywych Trupów” George’a A. Romero. Nie jest to jednak do końca prawdą – analogie fabularne są co prawda doskonale widoczne (zamknięcie się ocalałych ludzi w budynku i szturmy zombie, komunikaty mediów), ale klimat „Zombie Nosh” jest zupełnie odmienny – akcja pędzi w zawrotnym tempie, często zmieniają się lokalizacje, w efekcie nie ma śladu dusznego i klaustrofobicznego klimatu, którym cechuje się klasyk Romero. W tym miejscu przejdę od razu do najmocniejszej strony filmu, jaką są efekty gore. Pierwszym zaskoczeniem jest ich ogromna ilość, która podkreśla szybkie tempo akcji – momentami oglądamy 3-4 sceny zagryzania ludzi przez zombie pod rząd, bez żadnej przerwy, co może wprawić w widza w lekką konsternację. Wykonanie krwawych efektów jest bardzo dobre – twórcy uraczyli nas wyciąganymi z korpusu wnętrznościami, siekierą wbitą w głowę, wyjedzoną twarzą i klatką piersiową oraz wieloma innymi tego typu atrakcjami.
Niestety, podczas seansu „Zombie Nosh” wielokrotnie irytować będzie nas fatalne aktorstwo – próby wczucia się w rolę przez aktorów, czy też symulowanie przez nich strachu wypadają momentami tak pociesznie, że dość często uśmiechałem się półgębkiem w trakcie oglądania. No cóż, przypadłość niskobudżetowych filmów – powie ktoś, ale patrząc na udane elementy całości tym większa szkoda, że aktorom nie udało się odegrać swych ról na choćby przyzwoitym poziomie (pozytywnie wyróżnia się tu główny zombie, którego postać grał sam reżyser – co prawda nie wygłasza on żadnych kwestii, ale jego gra jest niezwykle sugestywna). Mówiąc o rolach, nie sposób pominąć faktu ich marginalizacji i słabego nakreślenia. O bohaterach oraz relacjach między nimi dowiadujemy się niewiele, momentami trudno oprzeć się wrażeniu, iż zostali „wstawieni” do filmu tylko po to, aby żywe trupy miały się czym pożywić.
Muzyka nie zapada raczej w pamięć, chociaż główny motyw jest dość przyjemny dla ucha – warto to docenić choćby ze względu na fakt, że ścieżka dźwiękowa należy do tych elementów niskobudżetowych produkcji, które często szwankują.
Czas na kilka słów podsumowania. „Zombie Nosh” nie jest filmem wybitnym i z całą pewnością nie zalicza się do czołówki zombie movies lat 80-tych, ale broni się wartką akcją i bardzo dobrymi efektami gore – fani podgatunku powinni być zadowoleni, choć inni widzowie już niekoniecznie.