Filmy
Scenariusz: Damon Lemay
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2006
Brynn Lucas
Phil Burke
Jerry Pelton
Jen Brace
Wydaje się, iż nurt krwawych, niskobudżetowych zombie movies nie umrze nigdy. Co roku powstaje mnóstwo filmów spod znaku żywej śmierci, stojących pod każdym względem na rozmaitym poziomie. Wśród nich odnaleźć można prawdziwe perełki, jak choćby „Winter of the Dead” Markusa Heiskanena, „Zombie Chronicles” Brada Sykesa, czy – sięgając do produkcji bardziej profesjonalnie zrealizowanych – „Shadow: Dead Riot” Dereka Wana. Tak wiec Damon Leamy kręcąc w 2007 r. swój „Zombie Town” bazował na sprawdzonych motywach, realizując typowy zombie movie nastawiony przede wszystkim na efekty wizualne. Co z tego wynikło?
Mało solidny, podchodzący dosyć beztrosko do swoich obowiązków mechanik Jake wiedzie nudny żywot w niewielkim amerykańskim miasteczku. Tymczasem w okolicznych lasach mają miejsce niespodziewane ataki żywych trupów, powstałych w wyniku rozprzestrzeniającej się poprzez ślimaki infekcji. Wkrótce większość mieszkańców miasteczka przechodzi „zombifikację”, a nieliczna grupka ocalałych będzie musiała stoczyć walkę z mięsożernymi bestiami…
Co tu dużo mówić – otrzymujemy schematyczną, prostą jak drut fabułę, a ciężar przyciągnięcia uwagi widza spoczywa na krwawych scenach. A tych jest bardzo dużo i zostały wykonane przez Mike’a Turnera i jego współpracowników w całkiem poprawny sposób – liczne rany kąsane, tryskająca krew i końcowa masakra z całą pewnością zadowolą tych, którzy zasiadają przed ekran oczekując hektolitrów krwi. Niestety, spory zawód sprawił mi wygląd żywych trupów, jako że większość z nich pozbawiona jest poważniejszej charakteryzacji niż krwawe ślady na twarzy. Szkoda, bo wobec ubogości scenariusza, nienajlepszej gry aktorskiej i braku klimatu, efekty gore i charakteryzacja zombie powinny być elementami kluczowymi - tymczasem tego drugiego zabrakło. Na szczęście szybkie tempo akcji i brak dłużyzn nie pozwolą się nam podczas seansu filmu Damona Lemaya nudzić. Co prawda uzbrojenie bohaterów w broń palną nie było najszczęśliwszym pomysłem, ale nim to nastąpi, obejrzymy dostatecznie dużo krwawych scen, aby ten zgrzyt przełknąć. Za interesujący pomysł uważam natomiast roznoszenie wirusa zamieniającego ludzi w zombie przez ślimaki – to jeden z niewielu stosunkowo nowatorskich motywów w „Zombie Town”. Zupełnie typowe jest jednak zakończenie – Lemay pozostawił sobie furtkę do stworzenia ewentualnego sequela.
Aktorstwo i warstwa dźwiękowa to elementy, które lepiej pominąć w przypadku omawiania „Zombie Town”, nawet nie dlatego, iż są one złe, ale po prostu nijakie. Bohaterowie to bowiem – o co trudno mieć pretensje, zważywszy na specyfikę tego typu filmów – postacie papierowe i płytkie, więc i odegranie ich nie przedstawiało przed aktorami (dla wielu z nich był to zresztą debiut) ambitniejszego zadania. Co do ścieżki dźwiękowej, usłyszymy raczej rozrywkowe rytmy, jednak żaden z utworów nie pozostaje w pamięci na dłużej – już w niedługim czasie po seansie miałem problem z przypomnieniem sobie któregokolwiek z nich.
„Zombie Town” nie oferuje nic więcej niż to, co możemy zobaczyć w większości niskobudżetowych zombie movies, stanowiąc krwawą rzeźnię pozbawioną klimatu, ciekawych kreacji aktorskich czy interesującej muzyki. Ze względu na wspomniane już brutalne sceny miłośnicy podgatunku oraz niskobudżetowych gorefestów powinni obejrzeć film z zaciekawieniem i to właśnie im obraz Damona Lemaya polecam – pozostali widzowie mogą sobie z czystym sumieniem odpuścić, przeznaczając czas na odświeżenie klasyki filmów o nieumarłych.