Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Filmy

« powrót
Killjoy
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Craig Ross Jr.
Scenariusz: Carl Washington
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2000
Muzyka: Richard Kosinski
Obsada: Ángel Vargas
Vera Yell
Lee Marks
Dee Dee Austin

Zmiażdżony przez krytykę i recenzentów wszelkiej maści film okazuje się być dosyć ciekawym przedsięwzięciem. Zrealizowanym w niemalże amatorski sposób, to fakt, ale czy jakiegokolwiek miłośnika filmowej grozy tenże fakt zniechęci? OK, trochę przesadziłem – część pewnie ominie szerokim łukiem pierwszy horror w dorobku Craiga Rossa Juniora, woląc podziwiać jego obecne (choć dosyć skąpe) dokonania  przy dwóch serialowych hitach – „Prison Break” i „400”. Inni pewnie zwietrzą w niskim budżecie dobrą zabawę i choćby z samego zainteresowania wyciągną rękę po „Killjoya”. Ci drudzy pewnie nie pożałują decyzji.

Killjoy to w języku potocznym osoba wyróżniająca się poczuciem humoru kompletnie odmiennym od towarzystwa. Co akurat pasuje jak ulał do diabelskiego clowna przyzwanego w akcie zemsty. Sam motyw przywoływania na pomoc piekielnego monstrum zaczerpnięty został wyraźnie z „Pumpkinheada” Winstona, ale jego oprawę zmieniono w dosyć ciekawy sposób. Dziewczyna gangstera nie ma łatwego życia, ale to i tak pestka w porównaniu do losu podkochującego się w niej chłopaka. Pewnej nocy czarnoskóry (jak zresztą większość aktorów w tym rap-gangsta horrorze) Lorenzo nie wytrzymuje presji związanej z posiadaniem konkurenta i wraz z kumplami wywozi biednego chłopaka gdzieś za miasto. Niby niewinna zabawa kończy się postrzałem i śmiercią ofiary, która wcześniej na pomoc zdążyła zawezwać morderczego clowna Killjoya. Ten, wykarmiony duszą przyzywającego go, w rok po tragedii zjawia się na ulicach miasta tropiąc i eliminując gangsterów, którzy przyczynili się do śmierci jego dobroczyńcy. Ale na nich nie poprzestaje- zagrożeni są wszyscy znajomi chłopaka.

Na początku wielki plusik ląduje na koncie Rossa Juniora za stworzenie całkiem przyzwoitej oprawy do umieszczenia akcji filmu. Gangsterzy związani z kultową hiphopową, rymujący i ćpający coś na boku, graffiti na ścianach, oldschoolowe bryki i tego typu gadżety wprawiają widza w całkiem przyjemny i luźny nastrój. Bo jakkolwiek by na to nie patrzeć, film od początku aż do końca nastawiony jest na prostą i niewymagającą rozrywkę. Nikt nikogo nie zmusza do podskoczenia w fotelu, bo nie ma takiej potrzeby. Lepiej skupić się na ciekawie opowiedzianej historii, w którą udało się wpleść kilka nawiązań do innych filmów (jak choćby wyjęcie z ust Jacka Torrance’a słynnego „Come out, come out, wherever you are!”) i sporo naprawdę zabawnych gagów. Długie i przeciągłe „Bitch” (czytaj „bieeeeeeecz”) w wykonaniu tytułowego bohatera, czy soczyste „fuck that! I’m not going nowhere” w odpowiedzi na propozycje rozdzielenia się i poszukania morderczego clowna padające z ust bohaterki cholernie przypominającej Brendę ze „Strasznych filmów” – krótko mówiąc, czysty relaks. A prorokujący bezdomny, który podczas wizji prezentuje do kamery boskiego zeza? To trzeba zobaczyć!

Inna sprawa, że chwilami jesteśmy raczeni ujęciami i dobrze spreparowanym oświetleniem pasującym stricte do horroru właśnie, co daje pewną próbkę potencjału Rossa Jr. To, że zdecydował się nakręcić film czysto rozrywkowy było już tylko jego decyzją i chwała mu za to, że wybrał taką ścieżkę. Dobre kino na rozluźnienie utrzymane w klimatach grozy, częstokroć dużo cięższe do znalezienia jest, niż dobry horror. Kilka elementów kuleje, a brak funduszy jest widoczny gołym okiem. Nutka kiczu zawsze mile widziana, ale można sobie było darować wplatanie do „Killjoya” sztuczek wizualnych, na które nie było stać ekipę. Prostacki efekty chwilami aż nazbyt drażnią oko (jak w przypadku serii wystrzelanej do Lorenzo) i mimo szczerych chęci oglądającego, kłuły będą w oko jak igły w sosnowym lesie. A tak zupełnie na marginesie- skąd koleś miał w sześciostrzałowcu z dwadzieścia naboi, którymi młócił bez przeładowania?

Za dużo od tego filmu nie wymagajcie. Prosta rozrywka dla nakarmienia oka, a nie dla przestraszenia. Jeśli kiedyś w ciemną nockę siądziecie przed ekranem, to lepiej wrzućcie w odtwarzacz coś innego. „Killjoy” nie jest wcale zły, ale kompletnie nieodpowiedni na taką porę. Chyba, że właśnie oczekujecie znajomych taszczących schłodzone puszki z procentami.

data: 14:52; 12 listopada 2009     autor: Adrian Miśtak