Filmy

« powrót
House of the Dead
(Dom śmierci)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Uwe Boll
Scenariusz: Mark A. Altman, Dave Besser
Produkcja: Kanada, USA, Niemcy
Rok produkcji: 2003
Muzyka: Reinhard Besser
Obsada: Jürgen Prochnow
Clint Howard
Enuka Okuma

„House of the Dead” to ekranizacja popularnej gry komputerowej pod tym samym tytułem. Nadmienić warto, że strzelanka owa uchodzi w pewnych kręgach za kultową i trudno się temu dziwić gdyż jest wytworem czysto rozrywkowym - oferującym możliwość podziurawienia setek zombiaków i innych bestii z piekła rodem. Starsi zapaleńcy pamiętają ją jeszcze z automatów ozdabiających salony gier komputerowych, na które to pierwotnie była przeznaczona. Gra z tak długą historią i tysiącami wiernych fanów musiała się zatem w końcu doczekać hołdu złożonego jej i przez świat filmowców. Zaraz, zaraz… powiedziałem hołdu?

Przesadziłem, i to o dużo za dużo. Nikt nie przypuszczał, że projekt do którego wystarczyło dopisać paręnaście linijek sensownej fabuły można aż tak schrzanić, ba, nikt nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie śmiał przypuszczać, że Boll może okazać się aż takim partaczem… to właśnie od filmowej adaptacji „Domu Śmierci” zaczął masowo kręcić obrazy oparte na kanwach popularnych gier komputerowych i skutecznie torować sobie drogę do coraz to wyższych miejsc na niepisanej liście najgorszych reżyserów wszechczasów, a można sobie to było darować, oszczędzić irytacji setkom tysięcy miłośników gier komputerowych, tym bardziej, że wszyscy krzyczeli niemalże w chórze: „Uwe to kompletnie beztalencie”!

Fabuła filmu jest prosta niczym konstrukcja budowy cepa… oto grupka młodych ludzi, żądnych jak to zwykle w tego typu historiach bywa seksu i szalonej zabawy, przybywa na wyspę na której odbyć się miała wielka impreza. Jak się okazuje już na miejscu party zdążyło się skończyć zanim się zaczęło, alkohol nie leje się szerokim strumieniem i nie ma pięknych dziewczyn, są za to dziesiątki zombie które chcą schrupać na kolację naszych bohaterów.

Od czego tutaj zacząć… wspominałem już, że film jest koszmarny?

…i to w negatywnym znaczeniu tego słowa… ach tak, na wstępie. Tak właściwie to powinienem skończyć moje wywody na tym i nie pisać nic więcej, co by reżyserowi wstydu oszczędzić. Zalazł mi jednak tak za skórę (w końcu nakręcił jeszcze m.in. „BloodRayne” i „Alone in the Dark”), że z dziką przyjemnością wytknę nawet najdrobniejsze wady tego chłamu…

Film przez znaczną większość swojego trwania niemiłosiernie się dłuży, nie jest ani trochę klimatyczny, ani; o zgrozo; interesujący, a przedstawione w nim sytuacje są delikatnie mówiąc absurdalne. Wyobraźcie sobie, że grupka ludzi przez ponad godzinę strasznie się boi i ucieka przed polującymi na nich potworami, po czym dostają do ręki broń palną i w rytm jakiejś głupawej piosenki (notabene całkowicie nie pasującej do horroru) rozprawiają się w przeciągu kilku minut ze setką zombiaków. Czysty absurd...

Do tego dodajmy kreacje aktorskie najniższych lotów, beznadziejną muzykę jak już wspomniałem, dziwny montaż przerywany irytującymi wstawkami żywcem wyjętymi z komputerowego pierwowzoru, które pojawiają się w najmniej odpowiednich momentach i równie bezsensowny jak cały film finał. Czarny humor który miał z założenia śmieszyć wcale nie wywołuje uśmiechu na twarzy oglądającego. No chyba, że ten zaczyna śmiać się z politowania.

Konkludując więc, Uwe Boll ma solidne podstawy by móc rywalizować o miano najgorszego reżysera wszechczasów z samym E. Woodem. „House of the Dead” to produkt pod każdym względem niestrawny i przyprawi o mdłości każdego fana dobrego kina, nie mówiąc już nic o oddanych fanach gry którym po seansie w głowach zaczną się kłębić dziwne myśli odnośnie reżysera i tego co powinno się robić z takimi partaczami… bo na pewno nie wykładać grube miliony na kolejne projekty, a tak się niestety dzieje. Po premierze znakomitego „Silent Hilla” pojawiły się jednak pewne nadzieje, nadzieje co do tego, że producenci wreszcie zaczną traktować ekranizacje gier bardziej serio niż do tej pory, a Boll… cóż, Boll nie dostanie już w swoje łapska żadnego dobrego tytułu do pogrążenia. Muszę mu jednak przyznać, że jest absolutnym mistrzem w tym co robi, nie jeden choć nie wiem jakby się starał, nie dał by rady tak bardzo zepsuć swojego obrazu, stanowiącego również poniekąd swego rodzaju wizytówkę własnej osoby… a co widz dostaje od reżysera „Domu śmierci”?

Częściowo stargany, pomięty papierek który najwyraźniej służył jako podkładka pod filiżankę kawy, z niestarannie nabazgranym nazwiskiem którego najchętniej w ogóle by nie chciał poznać. Niestety, nazwisko jego na trwałe zapisze się w świadomości masowego widza, bo taka jest cena spartaczenia słynnego tytułu, a że jest to chyba najgorszy film jaki dane mi było do tej pory w całym moim niezbyt długim życiu zobaczyć wystawiam najniższą z możliwych ocen, adekwatną do poirytowania jakie odczuwałem brnąc przez kolejne minuty tej niedającej się zdefiniować nawet najgorszymi przekleństwami, niemiłosiernej kiły filmowej.

data: 23:28; 11 listopada 2009     autor: Dux

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com

porady finansowe | nieruchomości suwałki | strzyżenie | Dzwonki | gzymsy | zdjęcia fryzur | zidane | suwałki praca | instalacje przeciwpożarowe | gry planszowe | Perfumeria | Projekty domów |
sprzedam psa kota | pisanie prac licencjackich | luksusowe apartamenty | myjnia kraków | konferansjerzy | kalendarze | dentysta warszawa |