Filmy

« powrót
House of Usher
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: David DeCoteau
Scenariusz: Simon Savory
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2008
Muzyka: Harry Manfredini
Obsada: Michael Cardelle
Frank Mentier
Jaimyse Haft
Jack Carlisle

„Ktoś przewraca się w grobie!” – często kwitujemy tak coś, co w jakiś sposób związane jest z konkretną zmarłą osobą, a co za życia zapewne by się jej nie spodobało. Gdyby ludzie naprawdę mogli przewracać się w grobach, zapewne okazałoby się, że najbardziej aktywni na tym polu są dawno zmarli pisarze, których utwory są teraz własnością publiczną i każdy może zrobić z nimi, co im się żywnie podoba. Chociaż prym w przewracaniu się wiódłby pewnie Shakespeare, po obejrzeniu „House of Usher” Davida DeCoteau, luźno opartego na „Zagładzie domu Usherów” Poego, mógłbym się założyć, że Amerykanin przewróciłby się może jednorazowo, ale za to porządnie – kilkanaście razy o trzysta sześćdziesiąt stopni...

Victor Reynolds otrzymuje list od swojego przyjaciela z dzieciństwa, Rodericka Ushera, który prosi go o spotkanie. Mężczyzna przybywa do domu Usherów, jednakże początkowa radość ze spotkania z dawno niewidzianym znajomym szybko zaczyna ustępować grozie, jaka zagnieździła się w murach posiadłości. Roderick znajduje się na skraju załamania nerwowego, a jego cierpiąca na katalepsję (i, zdaje się, nimfomanię) siostra Madeline nawiedzana jest przez ducha nienarodzonego dziecka, którego nigdy nie miała. Jakby tego było mało, Victorowi zaczynają objawiać się paradujące w samych bokserkach (bądź nawet nago) duchy niegdyś znajdujących się na usługach rodziny Usherów hydraulika, malarza i ogrodnika, które chętnie zaangażowałyby go w megaorgię.

Ci, którzy znają opowiadanie Poego bądź jakąś wierną jego adaptację, z powyższego akapitu mogą wysnuć słuszny wniosek, że film DeCoteau to swobodna wariacja na temat „Zagłady domu Usherów”, z oryginałem dzieląca jedynie kilka wspólnych elementów. Scenarzysta, wykorzystując szkielet fabularny opowiadania, dorzucił doń swoje pomysły, wliczając w to nawiedzony dom, tajemniczego lokaja czy – co najbardziej rzuca się w oczy – całą masę scen o zabarwieniu homoerotycznym, w którą zaangażowano niemalże nagich aktorów, całujących się i obściskujących bez żadnego skrępowania. Nietrudno się zresztą temu dziwić, bowiem w produkcję filmu zamieszana była telewizja Here!, nadające programy przeznaczone dla społeczności LGBT, a i sam reżyser jest zadeklarowanym gejem. Homoseksualizmu w żadnej postaci się nie boję, erotyka (zwłaszcza sotfcore’owa, jak tutaj) w męsko-męskim bądź damsko-damskim wydaniu mnie nie przeraża i nie brzydzi, mógłbym więc powiedzieć, że motywy gejowskie w „House of Usher” mi nie przeszkadzały, jednakże jest jedno „ale”. Erotyki jest tutaj stanowczo za dużo, w pewnym momencie zaczyna ona całkowicie przesłaniać całą resztę filmu. Scen o zabarwieniu erotycznym (jedna również w wydaniu heteroseksualnym) jest sporo, każda z nich trwa kilka minut, nie wnosząc nic do filmu, dając jedynie możliwość popatrzenia na umięśnione torsy aktorów, co nie dla każdego jest zaletą. W przypadku osiemdziesięciominutowego filmu tych kilkanaście minut mizdrzenia się daje mierny efekt, powodując, że całość traci tempo (i tak nienajlepsze), a w pewnym momencie zaczyna nieco nużyć.

Znużenie jeszcze bardziej pogłębia brak klimatu. Śmiesznie wypadają sceny, w których narrator mówi o ponurym domu Usherów, „odgrywanym” przez współczesną budowlę. Nawiązaniem do gotyckiego charakteru rezydencji z pierwowzoru są jedynie świece, poustawiane w każdym pokoju (i może jeszcze fakt, że choć akcja rozgrywa się we współczesności, Roderick wysyła Victorowi list, a nie mejl, bo raczej stroni od elekrtyczności). Zdecydowanie brakuje grozy, która w omawianej produkcji praktycznie nie występuje. Klimatu nie uratował nawet Harry Manfredini – jego kompozycje stylizowane są na motywy z horrorów, jednakże mają raczej parodystyczne zabarwienie, co gryzie się z resztą filmu, która – mimo ogólnego założenia i konwencji – stara się uchodzić za poważną. Całość dodatkowo podkopuje nienajlepsza gra aktorska – aktorzy mają na swoim koncie epizody w zaledwie kilku filmach i serialach, a wybrani zostali do filmu raczej ze względu na wygląd, niźli umiejętności.

Do „House of Usher” podchodziłem bez przygotowania, nie mając względem niego żadnych sprecyzowanych oczekiwań, wiedząc jedynie, że należy spodziewać się lekkiej gejowskiej erotyki. Założenie, jakie wybrali twórcy, uważam za nawet interesujące, bo w połączeniu z campową estetyką produkcji mogło ono zaowocować niezłą produkcją dla miłośników kina klasy B. Bardziej uzdolnionej ekipie realizatorskiej może udałaby się ta sztuka, a tak niestety otrzymujemy słabą nawet jak na standardy kina niskobudżetowego produkcję, dla której trudno znaleźć grupę docelową – miłośnicy horrorów srodze się zawiodą, osoby przepadające za campem i kiczem będą kręciły nosami, a jeśli oczekuje się gejowskiej erotyki, lepiej jest wybrać odpowiednią zakładkę w internetowych serwisach udostępniających filmy dla dorosłych. Mimo wszystko twórcy musieli uznać swoją produkcję za sukces, bowiem w kwietniu tego roku zadebiutowała kolejna ich ekranizacja twórczości Poego, oparta na „Studni i wahadle”. Jeśli będzie mi dane ją obejrzeć, niezwłocznie podzielę się z Czytelnikami swoją o niej opinią, póki co jednak delikatnie odradzam sięganie po pierwszą produkcję duetu DeCoteau-Savory.

data: 19:41; 11 listopada 2009     autor: Jacek „Pottero” Stankiewicz

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com