Filmy
Scenariusz: Justin Gray, Jimmy Palmiotti
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2008
Muzyka: Seth Podowitz
Bruce Boxleitner
Keith Szarabajka
Jim Cummings
To, że na podstawie gier coraz częściej powstają kinowe przeboje, co często spotyka się z niezadowoleniem zarówno widzów, jak i graczy, wiemy aż za dobrze. Co ciekawe, niezadowolenie zaczyna się wtedy, gdy prawa do adaptacji gry wykupi wielkie hollywoodzkie studio, zaś na przykład w Japonii nikt nie protestuje, że sporo anime, także tych z wyższej półki, powstaje na podstawie gier, często będących symulatorami randkowymi bądź zwykłymi hentajami. Sprzeciwów zdają się nie budzić również filmy powstające w ścisłej współpracy z producentem gry, mające służyć jej promocji. Takim właśnie filmem jest recenzowany tytuł, którego premiera zbiegła się z premierą „Dead Space” – klimatycznego survival horroru stworzonego przez Electronic Arts. „Downfall” opowiada o wydarzeniach, które rozegrały się na kilka godzin przed rozpoczęciem gry, kończy się zaś dokładnie w momencie, w którym ta się rozpoczyna.
Poniższy akapit radzę opuścić osobom, które nie skończyły jeszcze gry bądź mającym zamiar się z nią zapoznać, jako że opisane tutaj wydarzenia mogą zepsuć przyjemność z samodzielnego poznawania jej fabuły.
Akcja filmu rozgrywa się w dwudziestym szóstym wieku. Załoga ogromnej koloni górniczej USG Ishimura na jednej z nie do końca zbadanych planet, oznaczonych jako Aegis VII, odkrywa potężny artefakt, zwany Znacznikiem. Obiekt zostaje zabrany na pokład statku, jednakże od momentu, gdy rozpoczęto prace nad jego wydobyciem, wzrasta agresywność członków załogi, którzy dopuszczają się kilkunastu zabójstw i samobójstw, dodatkowo coraz więcej osób zaczyna mieć halucynacje. Kapitan statku ignoruje zagrożenie i, mimo sprzeciwów załogi, zamierza zrealizować powierzoną mu misję – dostarczenie Znacznika na Ziemię, aby mógł zająć się nim kościół unitologiczny, którego jest konserwatywnym członkiem. Na pokład Ishimury ostatecznie dostaje się nieznana forma życia, która zamienia ludzi w obrzydliwe zdeformowane monstra, te zaś przepoczwarzają kolejnych członków załogi. Alissa Vincent, szefowa ochrony stacji, wraz ze swoim oddziałem stara się powstrzymać ekspansję mutantów, jednakże – jak wiemy z gry i wprowadzenia do filmu – jej działania skazane są na niepowodzenie.
W tym miejscu kończą się spojlery.
Fabuła filmu jako autonomiczny produkt sprawdza się średnio. Co prawda może zainteresować osoby nie obeznane z grą, jednakże najwięcej przyjemności powinna dostarczyć tym, którzy mieli styczność z komputerowym „Dead Space”. Jako że film jest bezpośrednim wprowadzeniem do gry, oba tytuły wzajemnie się uzupełniają, toteż to, co zostało niedopowiedziane w filmie, wyjaśnione zostaje w programie EA. Tym, którzy obejrzeli animację i odczuwają niedosyt, szczerze polecam sięgnąć po grę, tym bardziej, że jest to produkt naprawdę warty uwagi.
Scenarzyści poruszyli kilka poważniejszych tematów, mogących prowadzić do rozmyślań o tym, do czego może doprowadzić niepohamowana człowiecza chęć dominowania w kosmosie oraz religijny fanatyzm, jednakże stanowią one jedynie tło dla tego, co w tej produkcji najważniejsze – makabry i akcji.
Jeśli miałbym animowane „Dead Space” porównać do jakiegoś filmowego horroru, z całą pewnością byłby to „Resident Evil”. Podobnie jak tam, i tutaj główną bohaterką jest niezwykle twarda kobieta, wraz z grupą niemniej odważnych towarzyszy stawiająca czoła hordom istot, które kiedyś były ludźmi. W obu tych produkcjach fabuła schodzi na dalszy plan, zaś głównym ich atutem jest efektowna i krwawa anihilacja wszystkiego, co się rusza, bez jakiejkolwiek litości dla przeciwnika (a charakteryzują się nią zarówno ludzie, jak i mutanty). W takim samym stopniu „Dead Space” jest horrorem – elementy kina grozy w zasadzie ograniczają się do hord monstrów oraz hektolitrów krwi. Omawiany tytuł, podobnie jak właściwą grę, przyrównać można by jeszcze do nieśmiertelnego „Dooma”, ale napomknięcia o tej serii chyba już do końca świata pojawiać będą się w większości tekstów traktujących o eksterminacji potworów w fantastycznonaukowej scenerii stacji kosmicznej.
Gdybym miał wskazać najpoważniejszą wadę „Dead Space: Downfall”, bez wahania powiedziałbym, że jest to brak klimatu. W tym miejscu wiele osób może się ze mną nie zgodzić, przypuszczam jednak, że większość z tych, które tak zrobią, nie miała styczności z grą. W porównaniu z nią film wypada blado. „Dead Space” była pierwszą od bardzo dawna grą, przy której odczuwałem autentyczny strach. Co prawda powiedziałem to samo przy okazji recenzowanej niedawno „The Path”, tam jednakże był to przyjemny dreszczyk, przy „Dead Space” zaś zaciśnięte zwieracze, całkowite skupienie oraz wyrobiony nawet trzymania wycelowanej broni, gotowej do strzelenia we wszystko, co tylko się poruszy. W porównaniu z tym „Downfall” prezentował się trochę jak dobranocka – miał swój urok, służył jednak za przyjemną i niezobowiązującą rozrywkę.
Przyczepić mógłbym się do dość topornego rysunku, którego co prawda fanem nie jestem, ale nie mogę ukryć, że ma on swój plus, ponieważ stylistycznie kojarzyć może się z chociażby „Æon Flux”, jedną z bodajże najbardziej poważanych amerykańskich animacji dla dorosłych. Średnio prezentuje się CGI; animacje komputerowe wyraźnie odstają od reszty, nie prezentując sobą nic nadzwyczajnego. Znacznie lepiej swoją pracę wykonali animatorzy komputerowej wersji, aczkolwiek – jak mniemam – dysponowali oni wielokrotnie większym budżetem oraz lepszym oprogramowaniem. Bez rewelacji spisali się aktorzy głosowi – swoją robotę wykonali poprawnie, jednakże słuchałem już znacznie lepiej podłożonych głosów. Przypuszczam, że większość osób, które widziały film, uzna ten akapit za niepotrzebne czepianie się, co chyba nie będzie dużym nadużyciem. Jako osoba od dawna siedząca w anime i na co dzień interesująca się filmem animowanym po prostu musiałem wtrącić swoje trzy grosze, jednakże wystawiając filmowi ocenę, nie uwzględniałem animacji ani dubbingu, bo przecież nie one są w tej produkcji najważniejsze.
„Dead Space: Downfall” to produkt, który może się spodobać lub nie. Sięgając po niego należy mieć na uwadze to, że mamy do czynienia z materiałem promocyjnym gry komputerowej, więc jego poziom nie każdemu musi przypaść do gustu, bo zdecydowanie nie jest to rzecz dla każdego. Z czystym sercem mogę zachęcić do obejrzenia tych, którzy przeżyli kosmiczny survival horror, reszcie proponuję zacząć właśnie od niego, a dopiero później zabrać się za animację, bowiem dopiero wtedy będzie można ją w pełni docenić (bądź znienawidzić).