Filmy
(Halloween: Powrót)
Scenariusz: John Carpenter, Sean Hood, Larry Brand
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2002
Muzyka: Danny Lux
Busta Rymes
Broad Loree
Rick Rosenthal zasiada na reżyserskim stołku w kluczowych momentach dla rozwoju serii. Gdy Carpenter pozostawił niedokończoną historię, on mógł ją pchnąć w dowolnym kierunku. Wprawdzie był ograniczony scenariuszem, a nad wszystkim czuwał sam Carpenter, ale początkujący wówczas reżyser nie mógł narzekać na brak dowolności. Kiedy Miner podoją się próby ostatecznego jej zamknięcia, Rosenthal wespół z producentami stwierdził „nie, idziemy dalej”. Czyżbym wspomniał o rozwoju? Niestety mimo szczerych chęci i kilku mocnych kart (niekoniecznie asów) w rękawie, tym razem nieopatrznie ją uwstecznił.
Trzeba mu jednak oddać, że buńczucznie przywłaszczony sobie moment śmierci Laurie, punkt zwrotny całej opowieści, wykonał po mistrzowsku. Okazało się bowiem, że Myers przeżył ostatnią potyczkę. Po kilku latach odnajduje Laurie przebywającą obecnie w zakładzie psychiatrycznym i z całkiem udanym skutkiem postanawia pozbawić ją życia. Tym samym pozbawił siebie dalszej motywacji, więc z braku laku wrócił do swojego domu, gdzie spotyka go niemiła niespodzianka. Grupa monterów pod kierownictwem Busta „mothafucka” Rymesa urządza mu z chałupki istnego Big Brothera. Nieco zdezorientowany postanawia przycupnąć gdzieś w ciemnych zakamarkach i ocenić sytuację. Gdy nastaje Halloweenowy wieczór, do jego domu wpuszczona zostaje grupka osób, bohaterów interaktywnego show. Mają oni za zadanie logicznie wyjaśnić źródła jego psychozy. Myers nie czekając długo chwyta za nóż, by pomóc bliźnim w rozwiązaniu zagadki, przybliżając im własne szaleństwo.
Mówiąc o uwstecznieniu serii miałem na myśli niefortunną decyzję o oderwaniu „Resurrection” od korzeni, które tak głęboko zapuściły poprzednie odsłony. Jest wprawdzie nawiązanie do poprzedniej części, jest kolejna potyczka rodzeństwa ale na tym cała zabawa w ciągłość serii się kończy. Dalej scenariusz leci z górki na pazurki, bo choć wszystko jest sprawnie wyreżyserowane, to cała zabawa trąci brakiem motywacji. Rosenthal czaruje, szpikuje swój film symbolami i przenośniami, zgrywa celuloidowego Picassa bawiąc się obrazem, ale tylko pierwsze piętnaście minut należy do niego. Laurie podejmuje ostateczną próbę stawienia czoła swemu bratu, a reżyser „dwójki” ma wtedy najwięcej do powiedzenia - i to właśnie na tej krótszej a lepszej części filmu skupmy się najpierw.
Początkowe sceny zaskakują gorzką ironią. W pokoju bez klamek na końcu korytarza żywot swój wiedzie Laurie, nie jej psychopatyczny brat. Rosenthal odwracając sytuację z pierwszych odsłon serii kontynuuje wątek wyniszczającego strachu z „H:20”. Również Myers w jego ujęciu stanowi początkowo tenże sam symbol co w poprzedniku, później ta sytuacja ulegnie zmianie. Morderca pojawia się u bram kliniki. Staje przed oknem Laurie w typowo westernowej scenie rzucając jej kolejne wyzwanie. Następnie w wyświechtany sposób pozbawia życia dwóch strażników, co jednak daje okazję Rosenthalowi do pobawienia się w wizualne sztuczki, spowalnianie obrazu czy zabawę w króliczka. Tyle tylko, że cień na ścianie to odbicie samego Myersa uzbrojonego w kuchenny nóż. Przez ten krótki okres czasu widz zapoznaje się też z ciekawym pensjonariuszem zakładu, mającym obsesje na punkcie seryjnych morderców. Postać to uchwycona została jako symbol degeneracji społeczeństwa łaknącego krwi i rozrywki, dla którego mordercy urastają do rangi bohaterów- preludium do dalszej części filmu i zabawy w makabryczne reality-show. Nie bez powodu nosi on maskę clowna, taką samą jaka skrywała twarz Myersa, gdy ten mordował siostrę. Zaś scenę w której Michael przekazuje mu zakrwawiony nóż można odczytać na wielu płaszczyznach i interpretować w różnoraki sposób. Wróćmy jednak do właściwego wątku ostatecznej potyczki. Strach reprezentowany przez Myersa zniszczył Laurie, zepchnął ją na dno. Niemniej Królowa Krzyku odgrywa tutaj bohaterkę pogodzoną ze swym losem, która zdołała pokonać własne lęki. Toteż gdy Myers zagłębia w jej ciele ostrze noża, ona żegna go pocałunkiem, paradoksalnie ukazując, że wygrała cały pojedynek.
Na pierwszy rzut oka nieco zagmatwane i przesadzone, w praktyce bardzo czytelne. Zaś nakręcone na tyle sprawnie, że widz nieskory do głębszego czytania filmu odnajdzie w tym po prostu dobrą rozrywkę. Tak oto upływają pierwsze minuty, a wraz z Myersem odchodzącym długim korytarzem pełnym świateł (skądinąd rewelacyjna scena) odchodzi to co dobre w tym filmie.
Następnie „Halloween” oddaje smutny pokłon w kierunku typowego teen slashera. Rosenthalowi pozostaje tylko sprawna realizacja kiepskiego scenariusza i zabawa obrazem (wplatanie scen z subiektywnych kamer przypiętych do uczestników wspomnianego wcześnie reality show). Najbardziej uderza brak styczności z poprzednimi częściami. Jeśli pojawia się próba budowania mocniejszych więzów fabularnych to jest ona mizerna- wide sceny w których główną bohaterkę prześladuje obraz Myersa. Ciężko o ciepłe słowa pod adresem aktorów, bo wszyscy spisali się kiepsko (oprócz Lee Curtis błyszczącej przez chwilę). Busta Rymes umiejętnością gry popisać się nie może, ale nawet ze swoimi fanaberiami w stylu kung-fu i żałosnymi tekstami („treet or trick motherfucker!”) utrzymywał jakiś tam poziom prezencji. Dla reszty, łącznie z główną bohaterką i podkochującym się w niej chłopakiem, który pomaga jej przeżyć za pomocą SMSów, wystarczającą nagrodą będzie zwykłe przemilczenie ich kreacji. We wspomnianym wątku tliła się nawet iskierka potencjału, ale nikt nie starał się nawet utrzymać tego ognika. I tak jak wiele innych możliwości wkrótce zgasł. Zostało jedynie to, co zaznaczono wyraźną linią na początku - ukazanie społeczeństwa łaknącego chorej rozrywki i wciąż nieco symboliczny obraz Myersa. Tym razem jako spełnienia krwawych rządz internetowych gapiów. Krwi jest tutaj jak na lekarstwo, co przy braku subtelności poprzednika stanowi o niedosycie pozostałym po seansie. Jeśli pojawia się jakiś efekt, jego wykonanie ogranicza się do polania syropem klonowym ostrza, bądź taniego tricku wizualnego. Przebijanie na wylot i podrzynanie gardeł po pewnym czasie może się znudzić, a obcięta głowa odpycha sztucznością. Jakby na pocieszenie znajoma muzyka gra, gra, gra szaleńczo; dźwięki i takty wzbijają w górę mieszając się z wrzaskiem spanikowanej młodzieży i przenikają mroczny, zrujnowany dom Myersów. Całkiem klimatyczną i nieźle wykorzystaną lokację.
Na „Halloween: Resurrection” z zamiłowania do serii patrzę przez palce. Rosenthal miał coś do powiedzenia i przekazania (przynajmniej przez chwilę). Chciał uwypuklić niektóre zachowania i postawy, wreszcie świetnie zaprezentował finalne starcie Laurie i Michaela. Trudno obarczać go winą za realizację zepsutego scenariusza; i tak dał z siebie dużo. Niemniej film ocenić trzeba jako całość, a ta prezentuje się całkiem średnio. Druga połowa mimo chwilowych zgrzytów i kiperskiego aktorstwa daje się w przystępny sposób strawić. Pierwsze kilkanaście minut to istny majstersztyk. Łącząc to razem z sentymentem do serii, którego wśród horrorofilów nie brakuje, daje coś w granicach „szóstki”.