Filmy

« powrót
Halloween H20: Twenty Years Later
(Halloween: 20 lat później)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Steve Miner
Scenariusz: Robert Zappia, Matt Greenberg
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1998
Muzyka: John Carpenter
Obsada: Jamie Lee Curtis
Josh Hartnett
Michelle Williams
Will Brennan
LL Cool J

Po dwudziestu latach od premiery, „Halloween” Carpentera spotkał godny hołd. Po stokroć godny, gdyż lepszego złożyć się nie dało. Współpraca scenarzysty Matta Greenberga i Steve Minera (żal przejmuje, że nazwiska tak utalentowanego reżysera próżno szukać wśród gigantów współczesnego horroru) przyniosła wskrzeszenie legendy, która niegdyś zasłużenie podbiła serca fanów. Nazwisko pierwszego pana, którego konto w tamtym czasie reprezentował niemrawy „Mimic” nie napawało optymizmem. Drugi już wcześniej zdążył zaprezentować wiele ze swych obliczy - etatowego „przerażacza”, od którego wizji włosy jeżą się na głowie (dwa kolejne sequele „Friday the 13th”) , porywającego wodzireja w „Warlocku”, czy niesfornego zawadiakę mrugającego do widza w „Lake Placid” - a wszystkie z nich był urzekające. Tym razem Greenberg stanął na wysokości zadania, a Miner poszedł śladami Tommyego Hewitta, sztukując wszystkie dotychczasowe twarze i sklejając ich fragmenty w porywającą całość.

Kolejne, nadszarpnięte już więzy krwi i tajemne znaki odstawiamy na chwilę na bok. Jesteśmy w szkole średniej, gdzieś w północnej Kalifornii. Szybko zapoznajemy się z gronem przyjaciół, gdzie prym wiedzie siedemnastoletni Johny.  Jest synem dyrektorki szkoły, w której bez trudu odnajdziemy… Laurie Strode. Teraz pod przybranym nazwiskiem Keri Tate, z dala od Haddonfield próbuje ułożyć sobie życie i zapomnieć o koszmarze, jaki prześladuje ją od dwudziestu lat. Niestety ów koszmar nie tylko nie daje się wymazać z pamięci. Po tych długich latach, które spędził w ukryciu postanawia o sobie przypomnieć i zamknąć niedokończone sprawy. Brat Laurie odnalazł ją jeszcze jeden raz…

„Mr. Sandman bring me a dream…”. W tym przypadku Sandmanem jest Miner, a sen jaki ze sobą przynosi ma w zasadzie tylko jedną wadę - po 80 minutach trzeba będzie się z niego niechybnie obudzić. Przeróżne koleje losu towarzyszyły pracom nad siódmą odsłoną cyklu, a zarówno producenci jak i scenarzyści stanęli przed poważnym dylematem. Kwestia była trudna do rozstrzygnięcia, drogi jakimi mogli pójść zupełnie różne. Jedna prowadziła ścieżką wydeptaną przez poprzednie 3 części, wgłąb celtyckich wierzeń i tajemnych intryg. Druga zakładała odrzucenie tych wątków i sięgnięcie do korzeni historii. Dimension Films planowało już wcześniej nakręcenie sequelu który miałby spinać się fabularną klamrą z dwoma pierwszymi filmami serii, ale jego wyprodukowanie przewidziano nie wcześniej, niż na początek nowego milenium. O zapadnięciu klamki zadecydowała inicjatywa Jamie Lee Curtis, która zaproponowała ponowne i ostateczne starcie swojej bohaterki z seryjnym mordercą Michalem Myersem. Wszystkich jej założeń, wliczając w to odtworzenie obsady z pierwszej części i powtórne osadzenie na stołku reżyserskim Johna Carpentera, nie udało się osiągnąć. Niemniej skompletowano kolejną ekipę, przygotowano odpowiedni scenariusz i pierwszy klaps zapadł.

„Blood is thicker than water” głosił pierwotny tragline “H:20”. Stwierdzenie nieznacznie zahaczające o paradoks w odniesieniu do wydarzeń rozgrywających się na ekranie. Zasada “higher number, higher bodycount”, będąca od pewnego czasu udziałem serii zostaje złanmana. Również krew nie przelewa się w pokaźnych ilościach, a mimo to widz czuje się w pełni usatysfakcjonowany. Geniusz Minera, tak samo jak przysłowiowy diabeł tkwi w szczegółach. Spycha swój film z niepewnych torów fabularnych fanaberii. Urzymując go w klasycznym charakterze równocześnie unika jednoznacznego zaszufladkowania “H20” przez schematy, bo gdy te pojawiają się na choryzoncie (wide “więcej ofiar, więcej krwii”) omija je w zręcznym uniku. Za przykład niech posłużą już początkowe sceny. Wymykają się niepisanej, choć częstej zasadzie pierwszej ofiary płci żeńskiej (ewentualnie pary), do której slashery lgną z upodobaniem w myśl swej estetyki. Tutaj motyw ten (niemiłosiernie wyświechtany w teen slasherach, do których „H:20” błędnie, a nader często jest zaliczany) zostaje odwrócony, a z życiem jako pierwsza żegna się dwójka osiedlowych przyjaciół. Zerwanie z typową konwencją, następujące jeszcze kilkukrotnie w dalszej części filmu  daje pewien obraz świeżości w stosunku do poprzedników. Pozwala widzowi odkrywać starą historię zupełnie na nowo, kolejny raz poczuć chłodne ostrze Boogeymana. Sama Janet Leigh (tutaj w roli Normy Watson, sekretarki Laurie) powtarza bowiem za szeryfem Brackettem pamiętną sentencję „everyone deserve to a good scare!”.

…no właśnie. Kolejną sprawą są cytaty zręcznie wyciągane z ust bohaterów i samych filmów. Wspomniana wyżej gwiazdka „Psycho” (a prywatnie matka Jamie Lee Curtis) po wypowiedzeniu tych słów wsiada do samochodu - dokładnie takiego, jakim jej bohaterka poruszała się w filmie Hitchcocka. Jest ukłon w stronę Cravena (dwie bohaterki w pewnej scenie oglądają „Scream 2” na ekranie TV), i De Palmy (znów ta Norma Watson! Tym razem zbieżność imienia i nazwiska z postacią z filmu „Carrie”), a nie zabrakło także wersów wyjętych z dwóch pierwszych części. Kolejny raz spotkamy pielęgniarkę dr Loomisa (w tej roli ponownie Nancy Stephens), w mieszkaniu której Myers odnajduje informacje o obecnym miejscu pobytu Laurie. Szkoda tylko, że zabrakło charyzmatycznego Pleasence’a - „H:20” jest pierwszym sequelem, w którym nie wystąpił zmarły już aktor. Jest za to świetna Lee Curtis, z przerażeniem wyłączająca samochodowe radio gdy pojawia się w nim stary hit formacji Chordettes, w towarzystwie kilkorga aktorów młodszego pokolenia. Wśród nich prym wiodą młody, acz przekonujący Joshua Hartnett i  śliczna Michelle Williams, twarzyczka kultowego serialu „Dwason’s Creek”. To jej przypadło w udziale  wierne odwzorowanie sceny z pierwowzoru, gdy spoglądając w okno klasy dostrzega Myersa pośród drzew…

Zatrzymajmy się na chwilę przy tej scenie. Oprócz analogicznego charakteru ma ona do odegrania znacznie ważniejszą rolę. W trakcie tej lekcji Laurie omawia z uczniami fragmenty Frankensteina. Padają kluczowe dla filmu słowa, mówiące o strachu przed własnym przeznaczeniem (dla Frankensteina przeznaczeniem była konfrontacja z Monstrum, dla Laurie ponowne spotkanie z bratem). Są one wytrychem do odczytania filmu, a zarazem narzędziem, którym Miner posłużył się z niezwykłą zręcznością. Film po raz kolejny zyskuje nieco metafizyczny wymiar. Nie sposób odczytywać go tylko na jednej płaszczyźnie, a niektóre wydarzenia traktować dosłownie. Żadne sequel od czasu pierwszego „Halloween” nie uzyskał tak subtelnie usnutej atmosfery grozy, balansującej na granicy poetyckiego oniryzmu. Próby stworzenia takiego klimatu podają się Dewight Little w części czwartej, lecz przerysowanie kilku wątków i bohaterów nadało ciekawy, aczkolwiek nieco baśniowy wydźwięk opowieści. Cytat z „Frankensteina” stał się podwaliną do powtórnego ulepienia Myersa z alegorycznej gliny. Podobnie jak w oryginale, jego postać znów staje się symbolem, zatracając swój przyziemny wymiar. Tym razem niosącym ze sobą inne treści. Carpenter widział w Myersie ucieleśnienie czystego zła. Z perspektywy Minera jest on strachem, przed którym nie sposób się uwolnić, a który tkwi głęboko w sercu i wyniszcza człowieka przez lata. Oryginalne i subtelne ramy filmu wzmacnia muzyczny background, stworzony z odpowiednim wyczuciem. Stonowane i spokojne dźwięki zlewają się z obrazem tworząc spójną całość. Niezwykle oszczędne użycie motywu Carpentera podkreśla odrębność tej historii, odcięcie się od wizji sequela opartego na powtarzaniu sekwencji i motywów.

”Make him the cutest that I've ever seen”. Sandman wywiązał się z obietnicy. „Halloween: H20” stał się przebojem kasowym, a zarazem najbardziej dochodowym odcinkiem z całej serii (przy 73 milionach dolarów jakie zarobił musiał ustąpić miejsca jedynie nowemu „Halloween”, który w bieżącym roku pobił wszelkie rekordy) i zyskał ciepłe przyjęcie wśród krytyków. Nieco mniej łaskawie spojrzeli na niego fani legitymujący się znakiem ciernia, choć i wśród nich zdarzają się pochlebne opinie. Miner nakręcił film wymykający się oczekiwaniom, podobnie jak Carpenter, klucza szukając w pozornej prostocie, upiększonej poetycką grozą. I stworzył najlepszy „Halloween” od czasu pierwowzoru.

data: 19:11; 11 listopada 2009     autor: Adrian Miśtak

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com

porady finansowe | nieruchomoœci suwałki | strzyżenie | Dzwonki |