Filmy
(Koszmar z ulicy Wiązów 4: Władca snów)
Scenariusz: Renny Harlin, Brian Helgeland
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1988
Muzyka: Craig Safa
Rodney Eastman
Ken Sagoes
Lisa Wilcox
Andras Jones
O marach na ulicy Wiązowej powiedziano już praktycznie wszystko. Jest to bez cienia wątpliwości jedna z najpopularniejszych serii w dziejach grozy, którą chcąc nie chcąc należy znać. A wszystko zrodziło się w umyśle Wesa Cravena, który napisał, a kolejno przeniósł na ekran wizję sennego demona – Freddy’ego Kruegera. Inspiracją twórcy był gazetowy artykuł opowiadający o tajemniczych zgonach ludzi we śnie, który reżyser przeczytał w 1978 roku. Samo imię naszego (anty)bohatera zostało najprawdopodobniej zapożyczone od chłopca, który w latach szkolnych prześladował młodziutkiego Cravena. Pierwsza z części sagi zyskała olbrzymi sukces, do którego przyczynił się w głównej mierze pomysłowy scenariusz. Sam Wes stał się wtedy również jednym z najbardziej utalentowanych i cenionych reżyserów amerykańskich, będąc twórcą m.in. skandalizującego rape & revange „Ostatni dom po lewej stronie” czy kultowego survivalu pt. „Wzgórza mają oczy”.
Dwie pierwsze części „Koszmaru...” bazowały na mrocznej scenerii, wymownym, mętnym klimacie i odrażającej postaci mordercy nastolatków. W „trójce”, która choć jest w pewnym stopniu jeszcze bardziej przytłaczająca, wręcz klaustrofobiczna, Freddy ujawnia swój humorzasty charakter. Szczęśliwie nie jest on jednak nazbyt komiczny, dzięki czemu film wciąż potrafi przerazić. Nie można tego powiedzieć niestety o „Władcy snów”, który w porównaniu do poprzedni części, wydaje się być najzwyklejszą młodzieżówką komediową.
„Jeden, dwa, kiedy przyjdzie po Ciebie
Trzy, cztery, lepiej zamknij drzwi
Pięć, sześć, miej ze sobą krzyż...”
Największym atutem filmu jest jego lekkość. Zamiast przytłaczać widza przeciągającą się akcją, pędzimy przez seans prędko, zwinnie i bez większych poślizgów. Tempo wyzbywa go jednak charakterystycznego klimatu trzech poprzednich części, który był bezdyskusyjną zaletą. Freddy z mrocznego typa wkradającego się do wilgotnych snów nastolatków, staje się komediową postacią, w której cały ładunek napięcia i grozy wykruszył się gdzieś w żartobliwym zachowaniu. Można odczytać to dwuznacznie: jako zerwanie z tonacją serii której rytm nadały poprzednie części, i wysublimowanie nowej, kontrastującej sylwetki mordercy, bądź wadliwy zamysł twórców. Osobiście podchodzę z dystansem do tej koncepcji, Kruegera, filmu jak i całej serii. Mający dostarczyć rozrywki obraz spisuje się znakomicie, choć nie posiada większych ambicji. Młodzieżowe kawałki popowo – rockowe lat 80. dają o sobie znać na każdym kroku, w tym znakomity utwór Dramaramy – „Anything, Anything” czy „Back To The Wall” wykonany przez The Divinyls. To one w głównej mierze podkreślają jego lekki charakter, i zrywają tym samym z elektroniczną ścieżką dźwiękową do których mogliśmy przywyknąć w poprzednich partach.
Powiedziane nie jest, że młodzieżowe horrory muszą zrezygnować z bryzgającej krwi, gore i innych brutalnych niuansów. Na myśl od razu przychodzi mi świetny „Fright night” (1985) w którym głównemu bohaterowi przyszło się zmierzyć z bandą złaknionych krwi wampirów, czy równie dobry „Vamp” (1986) z zmysłową Grace Jones. „Koszmar na ul. Wiązowej 4” pechowo nie posiada w sobie mocniejszych scenek, choć połamanie rąk u podstawy łokci a następnie przemienienie w owada atrakcyjnej atletki robi wrażenie. Motywy w których władca snów wkracza na ekran są bezpłciowe i nie wzbudzają większych emocji. Przypominacie sobie pierwsze pojawienie się Kruegera na ekranie w filmie Cravena? (Przypomnę, że scena ta została okrzyknięta jedną z najbardziej przerażających wszech czasów). Renny’emu Harlinowi wielce daleko to wzbudzenia porównywalnych wrażeń. W jego wyobrażeniu Freddy staje się komediantem. Zakłada oldschoolowe okulary przeciwsłoneczne, posyła zabójczy(sic!) pocałunek, zamawia pizze z serem i drobnymi głowami swych ofiar na kształt kawałków z kurczaka, a miejscami porusza się niczym modelka prezentująca stroje bikini. Dobrego wrażenia nie wywołuje również zakończenie, które jest bardzo naciągane i najzwyczajniej głupie. Dosłowne zwierciadło kiczu w złym guście.
Warto jednak przyjrzeć się doskonałej kreacji Roberta Englunda jako szkolnej pielęgniarki. Co prawda scenka jest bardzo krótka, ale prezentuje się naprawdę znakomicie, choć nie posiada w sobie większego napięcia. W ramach ciekawostki dodam, że część ta ukazała się na naszym zachodzącym rynku VHS w dystrybucji Max Film, lecz natrafić na nią to prawdziwe szczęście. Ja sam posiadam wersję, w której lektor podczas tłumaczenia opuszcza podtytuł, przez co dostajemy po prostu „Koszmar z ul. Wiązów” (nawet nie wspomniał, że jest to część czwarta...). Nietypowo przekładane kwestie były jednak niegdyś czymś oczywistym: „Urok śmierci”, „Wigilia wszystkich świętych II”, „Nadzy i rozszarpani”, „Zaduszki część IV”, „Wycie”, „Żyją wśród nas”, „Pies” – domyślacie się co to za filmy?
„Władca snów” to miły dla oka horror na Elm Street. W porównaniu do trzech poprzednich części wypada blado, lecz nadal ogląda się go wygodnie, szybko i bez znużenia. Warto jest więc sięgnąć po niego w deszczową, czarną niedzielę, nieważne ilekroć razy się go już widziało.