Filmy
Scenariusz: Michael bartlett, Kevin Gates
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2006
Muzyka: Stephen Hoper
Imogen Church
Anna Blades
James Fisher
Metoda stylizowanie filmu grozy na dokument stała się głośna w 1999 r., kiedy to na ekrany kin wszedł „Blair Witch Project”, obraz, który podzielił fanów horroru na dwa obozy. Jednych urzekł realistyczny sposób przedstawienia wydarzeń, klimat i niedopowiedzenia, inni byli zgorszeni nachalną kampania reklamową fałszywie określającą produkcję Myricka mianem filmu opartego na faktach. Mimo często przewijającego się we wszelakich dyskusjach argumentu o nowatorskości BWP stylizacja horroru na film dokumentalny nie była w tym wypadku zabiegiem pionierskim – podobnego zagrania użył choćby Ruggero Deodato w „Cannibal Holocaust”, klasyku włoskiego kina kanibalistycznego. Mimo to dopiero „Blair Witch Project” wywołał falę naśladownictw, a jednym z nich jest nakręcony w 2006 r. brytyjski film „The Zombie Diaries”.
Linia fabularna w tradycyjnym tego słowa rozumieniu w tym wypadku nie istnieje – film jest podzielony na epizody, prezentujące nam losy bohaterów próbujących przetrwać w świecie opanowanym przez zombie, a wszystkie wydarzenia filmowane są przez nich amatorską kamerą. Z czasem losy poszczególnych grup ocalałych splatają się…
Podobieństw do „Blair Witch Project” jest tu bez liku. W pierwszych scenach oglądamy garść wywiadów, zupełnie jak w filmie Myricka, a kiedy akcja już się rozkręci, oglądać będziemy nie tylko sceny grozy – obserwować będziemy także codzienne życie bohaterów, ich problemy w pozbawionym jakiegokolwiek zaplecza dzikim świecie, walkę o zdobycie pożywienia, etc. etc. Same starcia z żywymi trupami zostały wykonane bez większego rozmachu, przez co wyglądają bardzo realistycznie – jak zresztą cały obraz. Nie znaczy to oczywiście, że zabraknie scen gore, choć są one raczej nieliczne. W tym miejscu należy też wspomnieć o charakteryzacji zombie, która została wykonana zdumiewająco dobrze – w mojej opinii „The Zombie Diaries” przebija w tym aspekcie większość niskobudżetowych zombie movies ostatnich lat. Nie zobaczymy tandetnej jaskrawej farby czy ledwie pomalowanych twarzy aktorów, ale znakomicie wysmakowane i budzące odrazę (lub zachwyt, zależy od punktu widzenia) oblicza żywej śmierci. W większej ilości zombie pojawiają się rzadko, ale kilkukrotnie ich wejścia są znakomicie zaaranżowane (nieumarli wyłaniający się niespodziewanie z mroku lasu czy doskonała scena pojawienia się pierwszego umarlaka).
Michael Bartlett i Kevin Gates dokonali bardzo trudnej sztuki – skutecznie wykreowali atmosferę apokaliptyczną. „The Zombie Diaries” obfituje bowiem w ujęcia opustoszałych terenów zarówno wiejskich jak i miejskich, przy tych ostatnich przywodząc na myśl wyludniony Londyn z „28 Days Later” Danny’ego Boyle’a. Umiejętnie wyeksponowane zostały takie aspekty życia w świecie zombie jak brak jedzenia, problemy komunikacyjne i brak pomocy z zewnątrz, co pogłębia poczucie zagrożenia i beznadziei. Osiągnięcie tego efektu było możliwe także dzięki całkowitej rezygnacji z elementów humorystycznych, tak częstych w zombie movies. Niebagatelną rolę odegrały też lokalizacje – opuszczone i zrujnowane budynki, lasy, a nawet dziki cmentarz. Niby to typowe dla kina grozy chwyty, ale zważywszy na konwencję filmu dokumentalnego i jego realizm sprawdzają się doskonale.
Gra aktorska, choć nie najważniejsza i mało wyeksponowana przy chaotycznej (jakkolwiek wywołanej przyjętą konwencją) pracy kamery, prezentuje się bardzo przyzwoicie, choć znanych nazwisk w obsadzie nie uświadczymy. Po raz kolejny okazało się jednak, że mało znani aktorzy potrafią niejednokrotnie stworzyć lepsze widowisko niż zgrane karty filmowej sceny.
Jak zatem podsumować film Bartletta i Gatesa? Najłatwiej byłoby powiedzieć że to połączenie „Blair Witch Project” i „28 Days Later”, jednak takie uproszczenie byłoby wobec „The Zombie Diaries” wysoce niesprawiedliwe – film ten niezaprzeczalnie posiada swój własny charakter. Trudno oprzeć się wrażeniu że nieco większa dawka gore, jakże ważnego elementu zombie movies, zrobiłaby obrazowi dobrze, ale apokaliptyczny klimat, świetna charakteryzacja zombie i niebywały realizm przedstawionych wydarzeń to wystarczające powody, aby sięgnąć po tę brytyjską produkcję.