Filmy
Scenariusz: Pablo Maysonet IV, Brian Rivera
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2005
Muzyka: Pablo Maysonet IV, Tim McFadden
Shaun Israel
Anthony Alicea
Czasami przytrafiają się horrory, które filmami grozy są tylko teoretycznie, a widz w trakcie ich oglądania co chwila spogląda na zegarek odliczając minuty do zakończenia kinowych męczarni. W moim wypadku do taką torturą stał się seans „DeadHouse”, niskobudżetowego slashera, a zarazem pełnometrażowego debiutu reżyserskiego Pablo Maysoneta IV. Uwielbiam eksplorować mało znane połacie niezależnego kina grozy i jestem w stanie znieść bardzo wiele, jednak ten film rozłożył mnie na łopatki, i to bynajmniej nie za sprawą umiejętnie budowanej atmosfery grozy. Ale po kolei…
Grupa przyjaciół gubi się, podróżując lokalnymi drogami USA. Poproszony o wskazanie kierunku mężczyzna objaśnia młodym ludziom skrót do szosy nr. 44, jednak decyzja o udaniu się za tymi wskazówkami okazuje się fatalna. Samochód wpada w błoto i zostaje unieruchomiony, a jego pasażerowie są zmuszeni wybrać się na poszukiwanie pomocy. Trafiają do zdewastowanego domu, który okazuje się być siedzibą sadystycznego mordercy o imieniu Victor…
Już po obejrzeniu prologu przeczuwałem, że będę miał do czynienia z trudnym do opisania knotem. Niemal bezkrwawe morderstwo, fatalna praca kamery i problemy z udźwiękowieniem – poważne mankamenty biją po zmysłach już w pierwszych minutach filmu. Niestety, im dalej tym gorzej. Maysonet IV i Rivera kompletnie nie poradzili sobie ze zbudowaniem napięcia ani też z zagęszczeniem klimatu. Wszelkie próby choćby umiarkowanego podrzucenia widza w fotelu wypadają śmiesznie, żeby nie powiedzieć żałośnie. Podam przykład: główni bohaterowie znajdują się w oświetlonym pomieszczeniu, kilka metrów od nich przechodzi, nawet nie biegnie, morderca. Kiedy znika za drzwiami, jedna z przyszłych ofiar obraca się i krzyczy „I swear I saw something !”. Nieudolność twórców w tej i wielu innych scenach może początkowo bawić, jednak z czasem staje się irytująca, a myśli widza coraz częściej krążą wokół pilota, który mógłby zakończyć tortury związane z seansem tego naśladującego TCM gniota.
Aktorstwo w „DeadHouse” prezentuje się wręcz katastrofalnie i dotyczy to całej obsady bez wyjątku. Recytowane na jednej tonacji i połączone z przekomicznymi próbami odegrania strachu dialogi zwalają z nóg swoją głupotą, zawalona jest też niema rola mordercy (Shaun Israel), którego ruchy i gesty dalekie są popisów gry ciałem jakie dawali w przeszłości tacy aktorzy jak Nick Castle czy Kane Hodder. „Wyczyny” Victora nie są zresztą nawet krwawe, a nieliczne krwawe efekty zostały wykonane w sposób żenujący.
Całkowitą porażką jest także ścieżka dźwiękowa. Kaleczące uszy dźwięki przypominają niejednokrotnie odgłos rysowania nożem po szybie, a Maysonet IV wpadł też na iście „genialny” pomysł wstawienia tandetnych piosenek w sekwencji pościgu mordercy za ofiarami. Nad efektem tego zabiegu nie muszę się chyba zbytnio rozwodzić.
Cóż więcej mogę napisać? „DeadHouse” to jeden z najgorszych slasherów jakie w życiu widziałem. W porównaniu z tą kosmiczną porażką tak beznadziejne pozycje spod znaku stalk ‘n slash jak „Motor Home Massacre” czy „The Butcher” urastają do rangi zupełnie przyzwoitych horrorów, co stanowi najlepsze podsumowanie dla produkcji Maysoneta IV i Rivery. Dodatkowa nagana należy się za bezczelne hasła reklamowe porównujące film do „Texas Chainsaw Massacre” i „Last House on the Left” – ociera się to o bluźnierstwo. Schemat, fatalne aktorstwo, nieliczne i źle wykonane sceny gore, błędy w udźwiękowieniu, znamionujące dyletanctwo kamerzysty zdjęcia oraz trudna do zniesienia ścieżka dźwiękowa – mam nadzieję, że ta krótka wyliczanka zniechęci Was do seansu „DeadHouse”, bowiem w przeciwnym razie bezpowrotnie stracicie 78 minut życia.