Filmy
Scenariusz: Jeff Dunn
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1998
Lonzo Jones
Sarah-Mann Drake
Steve Losey
Lata 90-te i początek naszego wieku to okres istnego wysypu amatorskich i pół-amatorskich produkcji o zombie. Reprezentują one rozmaity poziom, od przyzwoitego kina klasy C aż do zupełnie niestrawnej papki. Niestety, film „Zombie Cult Massacre”, za który odpowiedzialny jest Jeff Dunn, należy do tej drugiej grupy.
Marvin i Sally podróżują przez mało uczęszczane drogi, jadąc w odwiedziny do krewnych. Po drodze zostają zaatakowani … oczywiście, przez zombie. Z opresji ratują ich członkowie lokalnej sekty, której przewodzi Jeffrey. Marvin i Sally trafiają do siedziby sekciarzy, gdzie poznają ich przywódcę, bełkoczącego nieustannie o przybyciu „nowego królestwa” i otumaniającego swych wyznawców absurdalnymi wizjami. W podziemiach natomiast schwytani ludzie są okrutnie torturowani przez należącego do sekty pseudolekarza. Wszyscy wiedzą oczywiście o zagrożeniu ze strony zombie, ale las który zajęły żywe trupy jest otoczony ogrodzeniem, a wokół niego rozstawione są placówki strzelnicze z których co jakiś czas likwidowani są co odważniejsi nieumarli. Sekciarze popełniają jednak błąd – próbują uwięzić mężczyznę należącego do bandy metalowców i jego dziewczynę. Oboje wymykają się i trafiają do swych ziomków, co skutkuje najazdem na siedzibę sekty – a zombie też nie są bezczynne.
Rozpoczęło się całkiem dobrze – nim jeszcze przedstawieni zostali Sally i Marvin widzimy scenę z żywymi trupami w lesie zabijającymi dziewczynę, i to bardzo krwawo. Po tym początkowym pokazie gore miałem nadzieję na dobry zombie movie klasy C, ale z każdą upływającą minutą uświadamiałem sobie, że film Dunna to niestety totalny niewypał. Przede wszystkim – zachwiane zostały proporcje w rozbudowywaniu poszczególnych wątków, przez 40 minut oglądamy siedzibę sekty oraz jej wyznawców, nie dzieje się praktycznie nic. Zombie na długi czas są zmarginalizowane, dopiero w końcówce odgrywają poważniejszą rolę. Taki obrót sprawy skutkuje niestety niebezpiecznym ziewaniem u widza …
… które może być przerwane śmiechem, gdyż idiotycznych momentów w „Zombie Cult Massacre” nie brakuje. Bodaj najbardziej żałosnymi są sceny w których bohater widzi w swym śnie (a może raczej wizji ?) szatana. Jego wygląd jest żałosny, a rzuca on na dodatek wątpliwej jakości żartami, co sprawia że widz zaczyna się zastanawiać czy aby na pewno sięgnął po horror. Żenujące zakończenie potwierdza niestety te obawy …
Pominę już tutaj typowe dla niskobudżetowych produkcji wady, takie jak fatalne aktorstwo i równie kiepska warstwa dźwiękowa, gdyż z tej mizerii można mimo wszystko wyłowić pewne plusy. Plusy ? Liczby mnogiej użyłem ? Niestety, to też zbyt optymistyczne spojrzenie – w zasadzie jedyną mocną stroną tego obrazu są efekty gore. Będziemy mogli obejrzeć dekapitacje, przegryzane gardła, a nawet scenę rozszarpywania piersi jednej z bohaterek. Wykonanie tych krwawych scen nie jest z całą pewnością bezbłędne, ale jak na niskobudżetową pozycję należy je ocenić pozytywnie. Ale nie róbcie sobie nadziei na nic więcej – nawet końcowa walka między wyznawcami sekty a metalowcami pozostawia wiele do życzenia, oglądając ją przypomniała mi się strzelanka z filmu „Maniac Nurses Find Ecstasy” Tromy … ten sam poziom wykonawczy.
Czas na kilka słów podsumowania, w którym muszę zdecydowanie odradzić seans „Zombie Cult Massacre”. Jest to film fatalny, nie warto go oglądać nawet dla sporej ilości gore, gdyż są znacznie lepsze niskobudżetowe produkcje o zombie gdzie ten element też jest niezły. Również fani zombie się wynudzą, gdyż nieumarłych w większej ilości zobaczą dopiero pod koniec filmu. Nic dodać nic ująć – omijajcie ten obraz szerokim łukiem.