Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Filmy

« powrót
Alone in the Dark
(Alone in the Dark: Wyspa cienia)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Uwe Boll
Scenariusz: Michael Roesch, Peter Scheerer, Elan Mastai
Produkcja: Niemcy, USA, Kanada
Rok produkcji: 2005
Muzyka: Oliver Lieb, Peter Zweier, Reinhard Besser, Bernd Wendlandt
Obsada: Christian Slater
Tara Reid
Stephen Dorff
Mathew Walker

Sięgając po drugi film Bolla nakręcony również na podstawie kultowej już dzisiaj gry komputerowej pod tym samym tytułem miałem szczere nadzieje, że „House of the dead” z 2003 roku w reżyserii tegoż właśnie pana był; że się tak wyrażę; jedynie nieszczęśliwym wypadkiem przy pracy. Tym bardziej, że gra „Alone in the dark” to naprawdę perełka jakich mało i szkoda byłoby znowu zobaczyć coś w stylu wymienionego przed chwilą gniota. Niestety zobaczyłem...

Edward Carnby jest detektywem. Poszukuje on artefaktów, jakie pozostawiła po sobie na Ziemi dawno już wymarła cywilizacja Abkanii. Są one rzekomym kluczem który otwiera przejście pomiędzy naszym światem, a światem cieni. Jak się szybko okazuje nie tylko on jest nimi zainteresowany. Próbuje je bowiem odnaleźć również tajna, rządowa komórka oraz profesor Hudgens. Asystentka tego ostatniego, Aline Cedrac nawiązuje kontakt z Carnbym, bo jak się okazuje – znali się oni już dużo wcześniej. Tym czasem w miejskim muzeum zaczyna rozrabiać dziwna bestia.

Przyznam od razu, że innego tak kiepskiego horroru (nie licząc oczywiście reszty produkcji tego pożal się boże reżysera) ze świeczką będziecie musieli szukać, a najprawdopodobniej i tak nie znajdziecie. Od czego tutaj zacząć?

Może od nawiązań do gry... zaraz, zaraz. Jakich nawiązań?

Poza nazwiskami kilku głównych bohaterów ze swoim pierwowzorem film łączy tyle ile łączy kompot śliwkowy z pewną używką, też potocznie zwaną kompotem. Podobieństwa kończą się więc na nazwie. Nawet w pierwszej części „Resident evil” było więcej nawiązań do gry, ale nie będę tutaj o nim pisał, gdyż to przynajmniej kilka klas w górę w stosunku do filmu Bolla. Kto wie, może to i dobrze, gdyż za sprawą tego i jakże profesjonalnego polskiego tłumaczenia tytułu znajdą się osoby które owego filmu (o ile można to coś tak nazwać) nie skojarzą, nie obejrzą zachęceni chwytliwym tytułem, a co za tym idzie, nie dostaną z nerwów mini-wylewu, lub co gorsza jakiegoś zawału.

Zapewne zapytacie mnie co jest tutaj zrobione aż tak źle. Zastanówmy się... wszystko. Od beznadziejnego i nie trzymającego się kupy scenariusza poczynając, brnąc poprzez stronę techniczną omawianego tytułu, a kończąc na tym, że film ani nic nowego nie wnosi, ani nawet przez krótką chwilę nie zmusza widza do przemyśleń. Naprawdę, niewiele jest filmów potrafiących wzbudzić we mnie tak negatywne odczucia, a filmy tego niemieckiego reżysera (ciekawe jaką szkołę kończył, bo ciężko mi uwierzyć, że filmową ) mają w tej dziedzinie palmę pierwszeństwa. Spróbuję teraz w miarę obiektywnie (o ile to możliwe) przedstawić wam wady i zalety (zalety... dobre sobie, w tym filmie?) „Wyspy Cienia”. Aktorstwo jest, najkrócej mówiąc złe. Wiem, że to może dziwić przy takiej obsadzie i co ciekawe, nie jest to bynajmniej wina aktorów, gdyż wszystko wygląda tak, jakby pan Boll wogóle nie robił dubli. Dlaczego?

Gdyż gra aktorska jest wyjątkowo nierówna; w jednej scenie przez chwilę jest dobrze, zaś po przeskoku na inne ujęcie mamy dziwne uczucie, że nie tylko ujęcie się zmieniło, gdyż na twarzach aktorów pojawiają się sztuczne miny i wyraźnie udawane emocje. Z całej obsady obronną ręką wychodzi jedynie Slater.

Przechodząc do muzyki napiszę tylko, że i tutaj dobrze też nie jest. Kurcze, czterech kompozytorów, a jedyny dobry kawałek to „Wish I had an Angel” Nightwisha na napisach końcowych, co sytuacji nie ratuje. Dalej, co się tyczy montażu, wszystko szybkie i dynamiczne, momentami zakrawa jednak na amatorkę. Potwory również nie wyłamują się ponad przeciętną (czyt. nie odstają powyżej poziomu dna), bo czy kogoś dzisiaj dziwią niezłe efekty specjalne, wydaje mi się bowiem, że to już standard w dzisiejszych czasach.

Pomimo tych rażących niedopatrzeń najśmieszniej jest jednak dopiero we finale. Boll chyba nie umiał sobie nawet poprawnie obliczyć budżetu (który notabene wynosił lekko ponad 20 mln $), gdyż jeden z bohaterów, chcąc zamknąć przejście do krainy cieni i uratować ludzkość (co za patos, istny heros z niego ;-)), pruł ślepo w jego stronę z karabinu maszynowego, my natomiast zamiast „podziwiać” bestie które nafaszerowywane są śrutem patrzymy na jego twarz, a minę robi taką, jakby za chwilę miał zacząć...

No właśnie, może powstrzymam się od dalszego komentarza, ponieważ nie wolno mi w recenzji rzucać bluzgami. Nie wiem czego Boll wymagał od aktorów, ale po ich grze widać, że chyba sam nie potrafił tego sprecyzować, jednak wracając do budżetu to dociekał nie będę, ani ręki nie dam sobie za to uciąć, ale takie właśnie odniosłem wrażenie.

Podsumowywując w dwóch słowach: totalne dno. Film nie warty żadnych, nawet najmniejszych pieniędzy i kolejny pomysł który jakże (nie)utalentowany Uwe Boll bezpowrotnie schrzanił, a najgorsze jest w tym wszystkim to, że to kompletne beztalencie nie zamierza na tym poprzestać. Jego następny projekt, powstały również na podstawie znanej i lubianej gry komputerowej „Bloodrayne” również wyższego poziomu sobą nie prezentuje, a pod ostrze noża idą kolejno „Far cry” i „Postal”. Aż się boję pomyśleć co Boll skręci z tego drugiego tytułu, zważając na fakt, iż sama gra pozbawiona była sensownej fabuły. No cóż, trzeba żyć dalej, ale aż się serce kraje jak się patrzy na filmy wychodzące z pod ręki tej miernoty. Oby ktoś dał jeszcze jedną szansę temu tytułowi za parę lat. Daję dwa, gdyż trzeba jednak wziąć pod uwagę, że jest to film lepszy od „House of the dead” (tamten oglądałem na trzy razy, ten natomiast bez ziewania poszedł na jeden raz), a Slater radzi sobie ze swoją rolą nawet nieźle.

data: 16:29; 11 listopada 2009     autor: Dux