Filmy

« powrót
Cat People
(Ludzie koty)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Paul Schrader
Scenariusz: Paul Schrader, Alan Ormsby
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1982
Muzyka: Giorgio Moroder
Obsada: Nastassja Kinski
Malcolm McDowell
John Heard
Annette O'Toole
Ruby Dee

Ludzie od zarania dziejów wierzyli, że człowiek posiada dwoistą naturę. Wzmianki o metamorfozie w zwierzęta sięgają jeszcze czasów potężnych herosów i mocarnych bogów. Przykładowo, Lykaon chcący oszukać Zeusa został zamieniony w wilka. Podobny los spotkał dwójkę bandytów zwanych Kerkopi, którzy z ręki tego samego boga stali się małpami. Uciekająca przed śmiercią Hekabe, przybrała postać psiej suki, a Perklymenos w dwunastu pracach Heraklesa zamienia się w pszczołę. Tego typu metamorfoz w starożytnej Grecji jest jeszcze mnóstwo, podobnie jak zwierzęcych form końcowych. Co ciekawe, z biegiem lat, zjawisko to nie obumarło, lecz przybrało nieco inną formę. Przeskoczmy do roku 1921. Na terytorium byłego Konga udokumentowany został przypadek, gdzie znaleziono okrutnie pokiereszowane ludzkie zwłoki. Początkowo sądzono, że sprawcą zabójstw jest dziki kot. Istotnie, niewiele się pomylono. W 1933 władze podjęły śledztwo, które dowiodło, że za śmierć przeszło 20 osób odpowiedzialna jest tajemnicza sekta ludzi – lampartów. Grupa działała na zasadzie rytualnych inicjacji, w których zakładano na siebie lamparcie skóry i uzbrojone w ostre jak żyletki pazury straszydła, w rytualnym szale rozszarpywały bezbronne ofiary. Podobna sytuacja miała miejsce w latach 1922 – 1930 na terenie byłej francuskiej Gwinei. Przeciągający latami proces zakończył się aresztowaniem blisko 210 osób, należących do społeczności ludzi – panter, oskarżonych między innymi o ludożerstwo. Ciekawostką jest, że w jej skład wchodziły również kobiety. Tym nieco książkowym wstępem, mam przyjemność wprowadzić Was do recenzji remake’u „Ludzi kotów”, z mojej perspektywy niezwykle pikantnemu, lecz zarazem estetycznemu dreszczowcowi.

Irena oraz Paul to osierocone rodzeństwo, które wychowywało się oddzielnie. Po latach odnajdują się i postanawiają razem zamieszkać. Początkowa sielanka i wzajemna fascynacja z biegiem czasu zaczyna przybierać zupełnie inną formę. Paul robi się coraz dziwniejszy, szczególnie w momencie, kiedy Irena znajduję pracę w okolicznym ZOO i zakochuje się w jednym z jego pracowników. Między czasem, w lokalnych mediach pojawia się informacja o śmierci prostytutki, rozszarpanej przez czarną panterę, którą schwytano. Wydarzeniu towarzyszy tajemnicze zniknięcie Paula. Czy to jednak aby na pewno zwykły zbieg okoliczności?

Oglądając nową wersję „Ludzi kotów”, nie sposób zapomnieć o subtelnym pierwowzorze z atrakcyjną ślicznotką o kociej urodzie, Simone Simon, i ustrzec się od porównań. Sądzę, że to właśnie dlatego niemała część kinomanów, którym oryginał jest bliski sercu, z grymasem na twarzy ogląda remake. Wielka różnica przejawia się przede wszystkim w wymowie. „Ludzie koty” z 1941 bazował na niedopowiedzeniach, strachu przed tym, czego nie możemy dostrzec. Eteryczny charakter opowieści w znakomity sposób przemieniał się w pełnowymiarową grozę. Nowe „Ludzie koty” ignorują delikatną wizję producenta Vala Lewtona, w zamian zastępując ją dla niektórych nazbyt dosłowną dozą seksu i brutalności. Mnie jednak osobiście podobał się autorki pomysł  Paula Schradera. Nie wyobrażam sobie odbicia kalką z dobrym skutkiem tego, przez co widzowie pokochali film Jacquesa Tourneura (autor „Ludzi kotów” z 1941 roku). Schrader będący równocześnie reżyserem i scenarzystą swojej produkcji, dorzuca do swojego kina sporo freudowskich spostrzeżeń. Mam tutaj na uwadze przede wszystkim popędy, zwłaszcza seksualne, będące pierwotnym elementem życia każdej istoty. Paul (Malcolm McDowell) przez cały film pragnie zaciągnąć do łóżka urokliwą Irene (Nastassja Kinski), ponieważ tylko i wyłącznie w ten sposób może przedłużyć byt swojego gatunku. W tym wypadku warto napomknąć o idealnej decyzji obsadowej. Duet Kinski & McDowell stanowią niezwykle wysmakowane przeciwieństwo bohaterów, z którymi zapoznaliśmy się w wersji z 41. Tak, jak od filmowych sylwetek kipi aż seksapil, tak i cały obraz ocieka erotyzmem i zmysłowymi zdjęciami charakterystycznymi dla erotyków z lat 80. ze szczególnym uwzględnieniem „Dziewięć i pół tygodnia” (1988).

„Ludzie koty” charakteryzują się bardzo dosłowną treścią. Czarna pantera szatkuje na kawałki każdego, kto wejdzie jej w drogę, w pewien sposób ozdabiając film krwawymi kadrami. Przypominam, że brak ich w pierwowzorze, gdzie napięcie budowane jest przede wszystkim przy pomocy znakomitej gry światłocienia. Paul Schrader stawia wszystko na jedną kartę. Nie boi wprost pokazać tego, o czym metaforycznie przemawiał Jacques Tourneur w swoim filmie. Ciężko powiedzieć jednak, że poprzez swą treść jedna wizja jest gorsza od drugiej. Co to, to nie. Każdy stanie w szeregu fanów za swoją, w jego mniemaniu, ciekawszą historią. Mnie osobiście ciężko jest wyraźnie obrać stronę którejś z nich, ponieważ dostałem dwa niezwykle podobne, ale jednocześnie kompletnie odmienne filmy. Nowe „Ludzie koty” starały się kilkakrotnie skopiować geniusz scen, z oryginału. Niestety, z przeciętnym skutkiem. Wystarczy wspomnieć choćby o nocnym pościgu czarnej pantery przez obślizgłą ulicę za Ireną. Ta niepokojąca sekwencja, w remake’u została kompletnie pozbawiona tak wielkiego ładunku emocji, jaki przekazywał nam oryginał. Film Schradera odznacza się jednak klimatyczną muzyką. Co ciekawe, jeden z utworów („Putting Out Fire”) do instrumentalnego tła Giorgio Morodera, wykonał David Bowie. Ten sam kawałek znalazł się później na jednym z krążków pośród jego autorskiej dyskografii, a sam piosenkarz wielokrotnie prezentował go podczas tras koncertowych. Bowie pomimo ewidentnie muzycznemu talentowi, jest także cenionym aktorem. Przypisuje mu się występ między innymi w wampirycznym dreszczowcu pt. „Zagadka osobowości” (1983).

Trwający około dwóch godzin „Ludzie koty” dla niektórych mogą wydać się mimo wszystko zbyt długim, rzekłbym, monotonnym widowiskiem. Sądzę, że pomimo niekrótkiego czasu trwania, jak najbardziej warto jest zainteresować się tą pozycją. To naprawdę ciekawa historia, koniec końców nakręcona z jak to się mawia, pazurem, przyrównując ją do pierwowzoru. Ten, kto oglądał oryginał, bez zastanowienia powinien zaopatrzyć się w kontrastujący remake. Cała reszta kinomanów podobnie. To naprawdę dobry film, daję słowo.

data: 14:41; 11 listopada 2009     autor: Judith Myers

Copyright © Horrormania.pl 2010
Wszelkie prawa zastrzeżone
realizacja: kmatuszewski.com