Filmy
(Dziecko Rosemary)
Scenariusz: Roman Polański
Produkcja: USA
Rok produkcji: 1968
Muzyka: Krzysztof Komeda
John Cassavetes
Ruth Gordon
Sidney Blackmer
Czy jest sens krytykować Mona Lisę? Czy można na serio uskarżać się na „bohomazy” Picassa, IX symfonię Beethovena czy rymy Mickiewicza bez posądzenia o zaściankowość i ciemnotę? Oczywiście nie można. Bo istnieją w każdej przestrzeni kreacji artystycznej – literatury, muzyki, malarstwa – po prostu Dzieła. Dzieła, które mogą nam się nie podobać, które mogą z czasem mniej lub bardziej trącić myszką, ale których znaczenia dla rozwoju szeroko pojmowanej kultury kwestionować nie sposób. Podobnie i z filmem. Co może przyjść z utyskiwania na sztuczność dzieł niemieckich ekspresjonistów? Użalanie się na „Gabinet dr Caligari” więcej zdaje się mówić o samym krytyku, o jego braku umiejętności oceny Dzieła z perspektywy historycznej, niż o realnych brakach samego filmu. To wszystko nie oznacza oczywiście, iż nie warto – czy też nie należy – do owych Dzieł stale powracać, na nowo interpretować i omawiać bez względu na ilość stron zapisanych na ich temat w uczonych periodykach. Niniejszy tekst jest próbą takiego właśnie „ponownego” zachwytu nad Dziełem, próbą odkrycia go po raz kolejny.
„Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego bez wątpienia jest Dziełem. Jest jednym z tych filmów, bez których trudno wyobrazić sobie krajobraz współczesnego horroru, czy też kina w ogóle, a którego wielkości nie należy nikomu udowadniać. Opowieść o młodej Rosemary Woodhouse nie tylko stała się pierwszym prawdziwym finansowym przebojem Polańskiego – otwierając mu drzwi do dalszej kariery – ale i zredefiniowała wyznaczniki gatunku, z którego pierwotnie się wywodzi. Przywróciła modę na opowieści satanistyczne, wypromowała znakomitych aktorów – z Mią Farrow na czele – którzy wzbili się w niniejszym obrazie na wyżyny swych umiejętności. Stała się wreszcie źródłem nieustannych cytatów i odniesień, ze słynną kołysanką Krzysztofa Komedy na czele, przeistaczając się bardzo szybko w kolejny mit popkultury. I jako mit właśnie, podobnie jak wspomniana Mona Lisa, została zaszufladkowana i opieczętowana. Nie ma sensu w niniejszej recenzji rozwodzić się zatem nad technicznym zapleczem „Dziecka Rosemary”. Jakiekolwiek próby dąsania się na (bezsprzecznie uważane za wybitne) aktorstwo, zdjęcia czy muzykę zostałyby – całkiem słusznie – uznane za przejaw wspomnianej we wstępie zaściankowości i „ciemnogrodztwa”. Jest za to sens w próbie wyjęcia filmu Polańskiego z szuflady i (ponownej) odpowiedzi na pytanie: o czym właściwie owo Dzieło jest? A ściślej: o czym ten film mówi nam dzisiaj?
Najpierw rzeczy oczywiste. „Dziecko Rosemary” otworzyło drogę współczesnym opowieściom grozy ostatecznie wyprowadzając je ze średniowiecznych zamczysk na wielkomiejskie ulice. Wraz z „Psychozą” Hitchcocka stało się symbolem radykalnej zmiany w filmowym horrorze, nadając mu posmak realizmu. Jeżeli dotychczasowe opowieści o wampirach i potworach czerpały pełnymi garściami ze wzorców, tzw. ekspresjonizmu wizyjnego – z „Gabinetem dr Caligari” na czele – to „Dziecko Rosemary” idzie raczej drogą realizmu ekspresjonistycznego, drogą F. W. Murnaua i szkoły Vala Lewtona uwspółcześniając jednak dokonania owych twórców. Groza w filmie Polańskiego niby jest, a jakby jej nie było. Nie doświadczy się tu widoku monstrów, fantastycznych scenerii czy nadnaturalnych wydarzeń. Wszystko jest zwykłe, codzienne, szare. Jeśli na moment śmignie nam gdzieś przed oczami diabeł, to natychmiast zostaje wyjaśnione, że to tylko zły sen bohaterki. Nic „na serio”. Owo nieustanne poddawanie w wątpliwość zagrożenia, znane już w tak mistrzowskim wzorcu jak „Ludzie-koty” Jacquesa Tourneura, Polański doprowadza do ekstremum. Co i rusz wydaje się nam, że rozgryźliśmy spisek, że potrafimy wskazać oprawców Rosemary, aż tu za chwilę przydarza się coś, co zupełnie zmienia naszą optykę. Lekarz, któremu do tej pory wraz z bohaterką ufaliśmy bezgranicznie okazuje się zdrajcą, sama Rosemary zaczyna tracić zmysły itd. Zarówno owo spojrzenie realistyczne, jak i charakterystyczne balansowanie na granicy pewności i niepewności (w miejscu oczywistych fabuł gotyckich) nietrudno zidentyfikować we współczesnym kinie. Kultowe japońskie horrory, jak „The Ring” czy „Dark Water” uczyniły „realistyczne” scenerie i „realistyczne” przedmioty głównym ośrodkiem zagrożenia. Z kolei europejski film grozy – hiszpański w szczególności – do perfekcji opanował schizofreniczne prowadzenie narracji. Mistrzem okazał się tu Guillermo del Toro wraz ze swym „Kręgosłupem diabła” i „Labiryntem fauna”. Ale i amerykański slasher ostatnich lat, w postaci „Hostelu” czy „Piły”, jest spadkobiercą spuścizny Polańskiego. Dokumentalno-sadystyczny styl owych filmów konstytuuje się dzięki przeplataniu chłodnej obserwacji i zsubiektywizowanej perspektywy, znanych z „Dziecka Rosemary”, współcześnie tak chętnie wykorzystywanych.
W tym miejscu rodzi się jednak pytanie: czy „Dziecko Rosemary” na pewno jest horrorem? Albo inaczej: czy jest tylko horrorem? Oczywiście nie. Piszę „oczywiście”, gdyż Polański to jeden z tych reżyserów, których śmiało można nazwać inter-gatunkowymi, czy też raczej meta-gatunkowymi. Podobnie jak w późniejszym czasie Tim Burton, Quentin Tarantino, Woody Allen czy bracia Coen twórca „Wstrętu” nie ogranicza się wyłącznie do kodu jednego gatunku, ale tka swoją opowieść wielowarstwowo umożliwiając jej odczytanie na wielu poziomach. „Dziecko Rosemary”, podobnie jak chociażby „Lokator”, może być także uznane za historię o nasilającej się socjopatii i kryzysie wielkomiejskiego życia. Odstawiając na bok wszelkie nadnaturalne sugestie i obrazy świadczące o „diabelskim” poczęciu tytułowego dziecka (jak już wspomniałem sugerowane nam jedynie w serii subiektywnych wizji bohaterki) otrzymujemy nader przekonujący fresk stopniowego alienowania się jednostki i krytykę więzi międzyludzkich. Ręka w górę – kto z Was, szanowni Czytelnicy, nie miał nigdy niemiłych przejść z równie „sympatycznymi” i „życzliwymi” sąsiadami, co ukazani w filmie Castevetowie? Czy rzeczywiście tak rzadko zdarza się nazwać ekscentrycznie zachowujące się starsze osoby (a tak właśnie ukazani się Minnie i Roman Castevet) czarownicami i czarownikami? Trudna ciąża Rosemary i satanistyczne insynuacje pod adresem noszonego przez nią potomka mogą być jedynie efektem osaczenia przez parę staruszków i innych namolnych sąsiadów, coraz gorszych kontaktów z mężem czy wreszcie wyrzutów sumienia samej bohaterki – w młodości pobożnej katoliczki – która nagle staje się częścią środowiska jawnie ateistycznych (czy raczej satanistycznych) Castevetów. Trop dramatu psychologicznego – jedynie wykorzystującego kostium kina grozy – wydaje się w filmie Polańskiego bardzo mocno zakorzeniony i to on właśnie karze nam nieustannie stawiać nadnaturalną hipotezę o szatańskiej ingerencji pod znakiem zapytania. To on wreszcie prowadzi do ostatniej, zauważonej przeze mnie, ścieżki interpretacji filmu.
A co, jeśli uznać „Dziecko Rosemary” za komedię? Tak, tak – nie przesłyszeliście się – komedię autoparodiującą nie tylko swoją tematykę, ale i w szerszym kontekście pewną tradycję filmową. Porównując „Dziecko…” do chociażby „Omenu” Richarda Donnera nie tylko dostrzeżemy większy zasób tajemniczości i niejednoznaczności wyróżniający film Polańskiego, ale i zauważymy, iż stanowi on pastisz wszystkich późniejszych ekranowych historyjek o „diabelskich” dzieciach i satanistach w ogóle. Spróbujcie na serio przysłuchać się scenie, w której Roman Castevet mówi do Rosemary, przerażonej widokiem swego potomka, „Ma oczy swego ojca”. Podobnie w chwili „poczęcia”, gdzie diabeł ukazany jest w ciągu przebitek na swoją twarz przypominającą oblicze męża Rosemary i ręce pokryte jakimś fikuśnym futrem, obserwujemy nie majestat Księcia Ciemności, ale raczej ludowego potworka, o którym młoda Rosemary musiała się nasłuchać chodząc do szkółki niedzielnej. Wreszcie sam „sabat” czarownic i czarowników z udziałem Castevetów, to żenująca zbieranina podstarzałych i zakompleksionych mieszkańców kamienicy, którzy z przyzywania szatana czynią rozrywkę na równi z pieczeniem ciasta i sąsiedzkimi plotami. Sam Polański w innym swoim filmie, „Dziewiątych wrotach”, podążył podobnym tropem po raz kolejny naśmiewając się z ruchu satanistycznego – tam w postaci zblazowanych milionerów opanowanych seksualnym nienasyceniem. To jednak „lokalny” kult diabła z „Dziecka Rosemary” wydaje się kwintesencją czarnego humoru reżysera, zaprezentowanego wcześniej w „Nieustraszonych pogromcach wampirów”.
Powyższe propozycje odczytania „Dziecka Rosemary” to zaledwie moje osobiste ścieżki, które odnalazłem w toku obcowania z Dziełem Polańskiego. Zachęcam Was, drodzy Czytelnicy, do prób własnego odczytywania opowieści o tym, co przydarzyło się Rosemary Woodhouse. Bogactwo i mnogość interpretacji, które zgłębicie w ciągu lektury filmu, z pewnością Was zadziwią. A cóż wypada rzec na zakończenie niniejszego tekstu? Chyba należy tylko powtórzyć za rzeszą wcześniejszych krytyków i widzów, iż „Rosemary’s baby” to kwintesencja sztuki filmowej – podobnie jak Mona Lisa jest kwintesencją malarstwa. I podobnie jak za tajemniczym uśmiechem kobiety z obrazu Leonarda Da Vinci, tak i za pozorną „prostotą” historii Polańskiego kryje się cały wszechświat znaczeń czekający jedynie na odkrycie.