Ostatnio na Forum

Przemo - 18:14; 19 października 2016
Cement - 10:48; 25 lutego 2015
Judith Myers - 09:58; 25 lutego 2015

Filmy

« powrót
AVPR: Aliens vs Predator - Requiem
(Aliens vs Predator 2: Requiem)
(Obcy kontra Predator 2)
Ocena: * * * * * * * * * *
Reżyser: Greg Strause, Colin Strause
Scenariusz: Shane Salerno
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2007
Muzyka: Brian Tyler
Obsada: Steven Pasquale
Reiko Aylesworth
John Ortiz
Johnny Lewis
Kristen Hager


 Letnia pora za oknem sprzyja nadrabianiu filmowych zaległości i chętniejszemu sięganiu po niezobowiązującą rozrywkę. Z takim właśnie nastawieniem sięgnąłem po drugą część filmowego crossoveru „Obcy kontra Predator”. Nie dlatego, iż liczyłem na fascynujące widowisko i dzieło dorównujące pomnikowym oryginałom Scotta i McTiernana. Ot, spodziewałem się po dziele braci Strause filmu trzymającego w napięciu i intrygującego – czyli zwyczajnie tego, co od thrillera należy oczekiwać. Niestety, „AvP 2” nie tylko nie dorównał legendom, ale podążył wręcz w zupełnie odwrotnym kierunku osiągając coraz to nowe poziomy bezsensu i nudy.

 Historia do bólu przewidywalna. Podejmując przerwany w „AvP 1” wątek, film rozpoczyna sekwencja narodzin zmutowanego z Obcego i Predatora potwora – uroczo nazywanego Predalienem. Załoga statku Predatorów, na którym dochodzi do owego nieszczęsnego poczęcia, bezskutecznie próbuje powstrzymać nową, nadzwyczaj przebiegłą i drapieżną formę życia. W wyniku walki pojazd kosmiczny rozbija się na Ziemi, w pobliżu górskiego miasteczka. Mutant ucieka, aby zamienić lokalnych mieszkańców w żywe inkubatory dla kolejnych monstrów. Ostatni żywy Predator wysyła natomiast na swą rodzinną planetę informację o katastrofie. Na miejsce przybywa więc kolejny kosmiczny Łowca, tym razem w celu powstrzymania rozprzestrzeniającej się plagi nowej formy Obcego. Po drodze mamy obowiązkowy wątek miłosny, trudne relacji dwójki braci, niemogącą się dogadać z własną córką panią z marines i młodego szeryfa starającego się zapanować nad krwawą rzezią. Krótko: do wyboru, do koloru. Szkoda tylko, że wszystko to nijakie i mało interesujące.

 Już pierwszą część „AvP” uważano za film niepotrzebny i kręcony na siłę. Umówmy się jednak, że poza kilkoma niedociągnięciami dzieło Paula W. S. Andersona oglądało się nienajgorzej, a sama historia starała się w jakimś stopniu zachować ducha oryginalnych – znanych również w Polsce – komiksów serii. Ciężko zatem pojąć, cóż takiego musiało wpłynąć na realizatorów sequela, aby ci pochwalili się tak marnym produktem. Zarysowana powyżej historia to nic innego, jak połączenie paru scenek brutalnych jatek z obyczajowo-sercowymi motywami w stylu serialu dla dorastającej młodzieży. Zapomnijcie o napięciu i atmosferze zagrożenia z „Obcego” i „Predatora”. Bracia Strause od początku nie ukrywają, że interesuje ich jedynie masakra – w dosłownym tego słowa znaczeniu. Krwawe pojedynki potworów, „wylęganie się” kolejnych partii xenomorfów czy wreszcie efektowne zgony bohaterów wywołują w widzu, co najwyżej obojętne wzruszenie ramionami. Ale i trudno się dziwić. Żadna z głównych postaci nie potrafi zyskać naszej sympatii, żadna nie zasługuje na doping, tak jak oficer Ellen Ripley czy umięśniony komandos o twarzy Schwarzeneggera. Jak może być inaczej, skoro naprzeciw symbolom kina grozy staje lekko ślamazarny szeryf (John Ortiz), były więzień (Steven Pasquale) oraz grupa „upiększonych” nastolatków, niczym z „High School Musical”, którym buzujące hormony odbierają resztki rozumu? Jedyną, w miarę interesującą personą wydaje się tutaj Kelly (Reiko Aylesworth) – pani oficer wyraźnie stylizowana na kreację Sigourney Weaver. W tym miejscu dochodzimy jednak do tego, co w „AvP 2” najbardziej kłuje w oczy – wtórności.

 Niezależnie od tego, czy akceptujemy tezy o postmodernistycznym wymiarze współczesnego kina popularnego – opierającego się na zapożyczeniu i kulturowym recyklingu – musimy pamiętać o jednym: film musi czymś się wyróżniać. Nie da się zbudować ciekawej historii wyłącznie na odgrzewaniu starych motywów, a czasem na odtwarzaniu wręcz całych sekwencji. Tarantino w „Pulp fiction”, Burton w „Batmanie” czy o wiele wcześniej Polański w „Nieustraszonych pogromcach wampirów” – wszyscy ci twórcy przepracowywują znane motywy, odnoszą się do historii kina i jego klisz, ale za każdym razem czynią to przepuszczając całość przez filtr własnej estetyki. Film zbudowany wyłącznie z aluzji i powtórzeń jest zwyczajną sklejką i niczym więcej. Taki właśnie jest, niestety, „AvP 2”. Wspomniałem już o jednej, ripleyopodobnej bohaterce. Jakby tego było mało, inny bohater nazywa się Dallas (Tomie Skerrit, widzisz i nie grzmisz?!). Powtarza się znany z drugiej części „Obcego” motyw małej dziewczynki – tu odegrany skrótowo i nieciekawie. Z tego samego filmu skopiowano również jazdę opancerzonym wozem i przybycie marines. Na domiar złego, motywy muzyczne co i raz przeplata charakterystyczny temat przewodni z „Predatora”. Niejako na deser, w epilogu filmu reżyserski tandem wprowadza postać Yutani – szefowej wielkiej korporacji i przyszłego pracodawcę załogi Nostromo – sugerując, jakoby wykorzystywała ona technologię Predatorów dla swych własnych celów. Pomysł to, jak dla mnie, zbyt grubymi nićmi szyty i zupełnie niepotrzebny, acz ponownie starający się jakoś podpiąć pod znaną markę.

 Kulawy i wtórny scenariusz Shane’a Salerno (również autora skryptu do „AvP 1” i „Armageddonu”) ratuje nieco techniczna strona filmu. Tu jednak rodzi się pytanie: czy dla wysokobudżetowej produkcji (a taką jest w końcu „AvP 2”) dopracowane efekty specjalne są osiągnięciem czy też warunkiem przyzwoitości? Osobiście uważam, że to drugie, a zatem ładnie zaprojektowane i wykonane kostiumy Obcych i Predatorów, a także nienajgorsze zdjęcia Daniela Pearla uznaję za pozytywny, acz wcale nie wyróżniający się ponad przeciętność element filmu. W zakresie scenografii miłym zaskoczeniem jest miejski szpital, który pogrążony w ciemnościach i zamieniony w gniazdo kosmicznych robali robi wrażenie. Znów jednak, jest to jedynie jasny punkcik w bezkresie nietrafionych pomysłów. Na domiar złego, wspomniana muzyka Tylera Batesa, kiedy już nie odwołuje się do legendarnych motywów, nie oferuje nic ciekawego. Nie jest to ścieżka dźwiękowa, która jednoznacznie kojarzyłaby się z horrorem i współuczestniczyła w budowaniu napięcia. Równie dobrze, mogłaby ona być podkładem pierwszego lepszego filmu sensacyjnego. 

 Podsumowując, „Obcy kontra Predator 2: Requiem” to typowy film typu „chips&beer”. Jeśli zaprosiliście na piątkowy wieczór kumpli i macie ochotę na „gumę dla oczu” – stanowiącą przegryzkę między piwkiem, a chipsami – z minimalną dawką erotyki i tryskającą posoką możecie śmiało ów tytuł wybrać. Jeśli jednak liczycie na ciekawe spędzenie 90 minut i nieco głębsze przeżycia najlepiej od razu zapomnijcie, po przeczytaniu tej recenzji, o żenującym dziele braci Strause. Od siebie dodam, iż mam nadzieję, że „AvP 2” to pożegnalny requiem dla obu panów jako reżyserów. Fanom z kolei pozostaje czekać na „Predators”, produkcję Roberta Rodrigueza, oraz prequel pierwszego „Obcego” w reżyserii Ridley’a Scotta. Jest nadzieja, że legendarne filmowe monstra powrócą w, tym razem, wielkim stylu.

data: 13:06; 11 listopada 2009     autor: Tomasz Żaglewski